Kategorie
co u mnie

Wpis na dzień singla: chlebów 6, rozrywek nie jedna i rok 2025

W zeszłym tygodniu widziałam słońce. To w sumie samo w sobie byłoby dobrym tytułem tego wpisu, no nie? A tak poważnie, faktycznie na chwilę zrobiło się tak, śmiem powiedzieć, nie lodowato, gdzieś tam to ciepło było, lodowiec zagradzający drogi się lekko nadtopił, tunele w śniegu nieco się poszerzyły, a że na blogu też ostatnio wiało chłodem i pustką, to postanowiłam nadrobić. Nawet podsumowania roku nie było, Drogi Czytelniku. No nie było, co tu dodawać. Gdybym miała podsumować 2025 w tym momencie powiedziałabym, że przyzwyczajałam się w tym roku do wielu nowości i tylu zmian na raz nie dźwignęłam, a przynajmniej nie na tyle, żeby jeszcze regularnie pisać, utrzymując styl, jaki był. Swoją drogą bardzo mi miło, jak mi ludzie w wiadomościach prywatnych ten styl opisywali, bo naprawdę chciałabym być taka, jaką mnie na tym blogu widzieli. A tak konkretniej, to co w tym zeszłym roku?

Przeprowadzka była, to czytelnicy wiedzą. Pisałam też o kilku koncertach, bardzo się cieszę, że mogę pograć na żywo, bo to zawsze jest energia nie do podrobienia. W sumie, jak tak się nad tym zastanowić, to chyba ten obszar muzycznej działalności, granie koncertów lub ćwiczenia do nich, to jest obszar najmniej mnie stresujący. Paradoksalnie dużo bardziej zwlekam przed produkcją lub miksem samemu, w domowym zaciszu, a jak mam komuś odesłać wynik, to już w ogóle strach i groza, niż przed graniem przy ludziach / z ludźmi, czy ogarnianiem ich technicznie. To nie powinno działać odwrotnie? A, no i byłam na występie Studia Accantus! Na wielu różnych występach byłam, tak w sumie, ale ostatni koncert był w grudniu, to jeszcze nie opowiadałam. Super było! Co ciekawe, widziałam to dwa razy, w klubie i w teatrze i przyznaję, że dźwięk w klubie jakoś lepiej mi siadł, nie wiem o co chodzi, znowu, odwrotnie powinno być, nie? 😉 Ale na pewno zainspirowali mnie do trwania przy moich tłumaczeniach z angielskiego na polski, nadal lubię to robić i obserwować, jak robią to inni.

Oprócz tego koniec trzeciego roku studiów z jakąś ogromną ilością praktyk, chroń nas wielki Boże przed protokołami obserwacji, a także początek roku czwartego i, brawo, kolejne zmiany. Do praktyk jeszcze nie dotarliśmy, ale scenariusze do napisania były. Duuużo scenariuszy. Piszemy, a potem poprawiamy, na jednych zajęciach, ponieważ mamy zbyt mało szczegółów, a na drugich, ponieważ piszemy zbyt szczegółowo. Witamy w pracy w szkole, tak w sumie przygotowanie do realnego życia całkiem poprawne. Czasami oprócz pisania niezliczonych konspektów, protokołów, planów, zadań, kart pracy itp., pierwszy rozdział magisterki uśmiecha się do mnie złowieszczo, zdarza się zadanie nietypowe, np. gra dydaktyczna. Scenariusze przygotowują nas do papierologii, do codziennego życia w klasie przygotował mnie piękny dzień, kiedy to pojechałyśmy do koleżanki, żeby "skończyć" naszą grę dydaktyczną na metodykę edukacji wczesnoszkolnej. Zadania, również w brajlu, bo jest niewidomy uczeń, karty z dotykowymi oznaczeniami, no i oczywiście plansza. Sporo było gotowe, dziś tylko dokończymy, no nie? No, to dobra, zaczynamy o 18, pewnie koło 20, no, może 20:30, wyjdziemy.
– Nie no, dziewczyny, jak będzie 22:30, to nie ma, ja wychodzę! – Oznajmiła jedna z koleżanek w pewnym momencie pracy. Kiedy wychodziłyśmy za 15 północ nastroje były różne, ale drużyna zgrana, jak cholera. 😉 Ja byłam dumna, bo mogłam ze spokojem brać udział w oznaczaniu kart wypukłymi obrazkami, nawet sobie powycinałam, dziewczyny poćwiczyły czytanie i pisanie brajlem za wszystkie czasy, bo niektóre zadania źle się wydrukowały, piękny wieczór, naprawdę. A jeszcze cała gra polegała na tym, że zadania losowało się czymś w rodzaju koła fortuny, ruletki czy jak to tam nazwiemy, w każdym razie sporo czasu zeszło nam na rozkminianiu, jak niby zrobić, żeby ta strzałka się kręciła i nie wskazywała non stop w to samo miejsce, bo pierwotny pomysł zawiódł. Poczułam się inżynierem, wytężyłam umysł iii… i nie pomogło przez jakieś pół godziny, ale w końcu jakoś tam na to wpadłyśmy.

W ogóle ten semestr, i na uczelni, i prywatnie, częściej spędzałam na graniu w gry. Te dydaktyczne zapewniły nam sporo zabawy przez większość przeznaczonych na to zajęć. Mam wrażenie, że jeśli chodzi o grupy studenckie, niczym nie osiągnie się takiego zaangażowania, jak zapewnieniem możliwości rywalizacji. Posługując się wiedzą, sprytem, a czasem i słowami, które przyszłym pedagogom nie zawsze przystoją, zamienialiśmy się nad kolejnymi planszami i rozwiązywaliśmy skomplikowane zadania, polegające na 5 podskokach obunóż, mnożeniu w zakresie 100 czy wymienianiu nazw drzew iglastych. Okazało się jednak, że jedna z gier zajęła nas tak bardzo, że zostaliśmy po zajęciach, aby w nią grać, czym interesowali się inni, przechodzący koło nas wykładowcy, ale też, że nie samą dydaktyką żyje człowiek.

– No dawaj, x, zasłaniaj! – Gabi wydała komendę, a ja wcisnęłam odpowiedni przycisk na padzie.
– O, no i dobra, i teraz możesz go bić tym zwykłym. I extra, i już ,pokonany. –
– Tak?
– No taaak, jak tak dalej pójdzie, to będziemy mogły zmienić poziom na łatwy.
– A ten, przepraszam, to jaki jest?
– To? To jest tryb historia, wolniejszy, niż łatwy.
Heh, no, dzięki, to podsumowuje moje możliwości, ale tak, Czytelniku, gramy z Gabi w grę na switchu. Ponieważ obie jesteśmy fankami Harrego Pottera gramy razem w "Hogwarts legacy", która to gra, niestety, niestety, o ile mi wiadomo nie ma żadnej wersji / modyfikacji dostępnościowej i sama w nią grać nie mogę. Gabi zaoferowała się, że ona chętnie zagra jeszcze raz, ja przystałam na to chętnie, bo inaczej nie mogłabym zagrać wcale, no i teraz ja dopytuję, sprawdzam, biję i tłumaczę z angielskiego, a ona opowiada, czyta, celuje i mówi mi, kiedy X. Myślałam, że wspólna gra będzie się raczej opierać na mojej obserwacji, ewentualnie wspólnym decydowaniu, co odpowiadamy na pytania, okazało się jednak, że dostałam jeden pad, wyjaśniono mi, że chodzę i rzucam zaklęcia, a przy okazji wspólnie odkryłyśmy, że gra jest na tyle dobrze udźwiękowiona, że niektóre zadania / mini gry mogłabym przechodzić na słuch, gdybym od razu wiedziała, o co w nich chodzi. Przeciwnicy, brawo oni, rzucają zaklęcia na głos, więc, jak jeszcze trochę poćwiczę, to i osłaniać będę bez rozkazu. Poza tym, stety lub niestety, mamy z Gabi dosyć podobne podejście do tej gry i spędzamy trzy minuty nie ruszając postaci z miejsca, bo akurat stoi przed portretem kogoś ,kto gra na lutni, a my chcemy posłuchać. :p Niezwykle efektywna metoda wykonywania zadań to jest. Ale utwór ładny.

Oprócz gier czasami nawet próbujemy się uczyć. Moje notatki z współczesnych nurtów filozofii zostawię sobie na pamiątkę. Mówcie, co chcecie, ja te wykłady lubiłam i to nie tylko za treści na nich przekazane, ale i za to, że na pytanie, jakim kwiatkiem dziś jesteśmy, uzyskałam zmęczoną odpowiedź koleżanki, że zwiędłym. I inne takie podobne. Z resztą, zmęczenie nasze objawiało się też na innych przedmiotach.
– Proszę pani, ta książka niezbyt pasowała do naszego projektu i ja ją musiałam wywalić… – Pani doktor westchnęła, prawdopodobnie zastanowiła się, jak daleko jest do najbliższego mostu, z którego można skoczyć we Wisłę i poprawiła.
– Wyeliminować z procesu analizy! –
– O, tak, no właśnie, to zrobiłam. –
A na zajęciach z funkcjonalnej oceny widzenia okazało się, że niektóre logarytmiczne tablice do oceny ostrości wzroku można czytać palcami.
– A to ciekawe, panie patrzą, pani maja ma całkiem niezłą ostrość widzenia, się okazało. Cudooownie. – Może dlatego pani profesor, która swoją drogą doskonale wie, czemu nie widzę, moją diagnozę może pamiętać nawet lepiej ode mnie, kiedy studenci ćwiczyli na sobie badanie wzroku zapytała koleżanek w mojej grupie, czy już mi może wykryły poczucie światła. Tak tak, pani profesor, a jak podłożymy papierek i światło padnie, to będzie pożar. Robota pali nam się w rękach, powiedziałabym. Cudowne są te zajęcia, uwielbiam.
A, no i odkryłam, że jak się człowiek chce pomiędzy zajęciami spokojnie przespać, siadając na kanapie na korytarzu, to życzliwi ludzie co 10 minut będą pytać, czy wszystko w porządku. Ani nie pracowałam, ani nie spałam, ale troskę doceniam, w sumie to miłe było.

Cóż tam jeszcze w tym roku było… O, wyjazdy. Na pewno do Krakowa, gdzie nie tylko spacerowałam, testując mikrofony binauralne w lasku wolskim, ale też, w zaciszu domowym, spędzałam długie godziny na rozmowach, słuchaniu starych i nowych piosenek, swoją drogą teksty dotyczą tych samych tematów i tu i tu, nie dajcie się oszukać, a także obserwowałam, jak na mojego kumpla obraża się jego własne GPT. Smutny świat. 😉 Odwiedziłam też Wrocław, gdzie też zawsze mam gdzie się zatrzymać i z kim połazić. Czy to z Sylwią, z którą żadna pogoda nam nie straszna i zawsze na kawę dotrzemy, czy też z Michałem, z którym zostaliśmy przez znajomego wyciągnięci na spacer. Nad rzeczką, opodal krzaczków i torów kolejowych, w tym przeszliśmy po takim murku, co dopiero potem mi powiedzieli, ile miał wysokości, bo inaczej by, panie, afera była i bym sobie po nim tak spokojnie nie szła. Tak na marginesie, wiedziałeś, Czytelniku, że pierwszy Pasibus był właśnie we Wrocławiu? Bardzo lubię burgera stamtąd.

Mam nadzieję, że w tym roku będzie jeszcze więcej koncertów, gier, wycieczek i, jeszcze o tym nie mówiłam, książek. Na początku wspólnego mieszkania z Kingą zdarzało nam się oglądać seriale, teraz czytamy książki. Czasem słuchamy audiobooków, ale ostatnio pojawił się też brajl i czytanie. Czytane przez nas książki miały w ostatnich tygodniach taką tematykę, że może dobrze, że czytamy je razem, nasze komentarze mogą troszkę rozluźnić atmosferę. Było o uzależnieniach, były zapiski kuratora sądowego, teraz będzie troszkę inna książka, tak w ramach dawkowania sobie tych przyjemności. :p Dzięki zawartości przekleństw w zapiskach kuratora narzekanie na trudny poranek staje się długie i barwne, jak gruzińskie toasty.
Sama też czytam, choć często rzeczy, które znam. Przypomniałam sobie zapiski Andrusa, stąd te toasty, swoją drogą, skończyłam wszystkie przeze mnie posiadane książki Jadowskiej związane z Thornversem, nadal trwa powtórka Pottera, bo wychodzą słuchowiska (aktualnie część czwarta), a także powtórzyłam "projekt Hailmary", bo w marcu, wreszcie, tyle czekałam, wyjdzie film! Przyznaję, że dawno na nic tak nie czekałam, zwiastuny zapowiadają coś dobrego, pomysły mają trafione, przynajmniej z tego, co do tej pory pokazano, a i muzyka pasuje do klimatu. Świetny pomysł z głosem z komputera, tak powiem, co by omijać nadmierne spoilery.
Co do słuchowiska "czary ognia", no mogli niektórych aktorów zostawić w spokoju, mogli nie zmieniać. Ci, co weszli od tej części grają wg. mnie dobrze, choć nie rozumiem absolutnie czemu nie grają tego wszystkiego po prostu wyżej, inaczej mówiąc, nie udają młodszych, niż są. Proszę państwa, tu są jeszcze 3 następne części do zagrania, kiedy będziecie rosnąć? W częściach pierwszych najmłodszych bohaterów grają dzieci, a nawet tam słyszę różnicę między częścią pierwszą, a trzecią. Tutaj mamy część czwartą, a Harry brzmi tak, jakby był już spokojnie w szóstej. Natomiast dźwięki, muzyka i zgranie dialogów najlepsze, jak do tej pory. Na taką "czarę ognia" z jej szybkimi wymianami między kilkoma postaciami na raz, z jej żartami i momentami grozy, czekałam. A, no i Malfoy w tej wersji podoba mi się bardziej. Jestem na 12 rozdziale, czekam na nowe.

Jak skończymy czytać, idziemy jeść. Żeby mieć co jeść, trzeba się wybrać po zakupy. Ostatnio wybrałam się np. do Lidla, budząc stres, irytację i przerażenie wśród pracowników sklepu. Co się pan kierownik nagadał, to jego, oczywiście nie do mnie, tylko tak ogólnie, do świata, czekałam na decyzję 15 minut, a jak w końcu jakiś pracownik do mnie podszedł, to cała trudna i problematyczna wyprawa trwała 10, mam wrażenie, że wraz z płaceniem. I co, było o co płakać? Oczywiście nie samym Lidlem człowiek żyje, bardzo polecam aplikację Too Good To Go, która umożliwia nam "uratowanie" paczek z jedzeniem z różnych restauracji i sklepów. Taką paczkę z żywnością za niewielkie pieniądze rezerwujemy w aplikacji, a potem udajemy się do wybranego punktu, odbieramy i, otwierając w domu, mamy niespodziankę, co tam nam się dziś trafi na kolację. Odbierałyśmy takie z Biedronki, z kilku kawiarni, piekarni i hotelu. Przy okazji można pozwiedzać świat, bo paczki nie przywędrują same, trzeba je sobie osobiście przynieść. Już wiem, gdzie jest Nowotel w centrum i pierwsze wrażenie miałam tak dobre, że serio mam nadzieję, że zdarzy mi się kiedyś w takim spać.
Oczywiście, oprócz niespodzianek, paczki mają w sobie rzeczy całkiem łatwe do przewidzenia. Np. dość proste do domyślenia się było, że w paczce z piekarni będzie chleb. Chlebów było sześć. Różnych.
– Kurcze, szkoda, można było w sumie poprosić, żeby je od razu pokroili, nie? – Zauważyła Kinga, rozpakowując zakupy. Ooooo, w moim jestestwie rodzi się właśnie Merida waleczna, strażak Sam, Bob budowniczy, ja nie dam rady?
– Dooobra, trudno, ja pokroję, poprosi się następnym razem.
Kroiłam. I kroiłam. I kroiłam.
– Ej, wiesz co, robię zakupy, – zagadnęła mnie Kinga słodkim głosem, – i zastanawiam się ile chleba wziąć? Tak wiesz, żeby nie zabrakło.
– Masz! – Odwróciłam się, dziękując, w imieniu Kingi, Bogu, że w ręku mam akurat końcówkę bochenka, nóż natomiast na chwilę odłożyłam na blat. – Masz i żryj! Możesz nawet dostać jeszcze drugie takie!
Kinga w ramach nagrody karmiła mnie ciastkami, bo wychodzi z założenia, że podczas tresury też się bez nagród człowiek nie obejdzie, to co ja, gorsza od psa? Dostaję więc smaczki. O, jeszcze żelki są! To sobie zjem w ramach nagrody za wpis.

A propos wpisu, piszę do Ciebie, Drogi Czytelniku, dziś, 15 lutego. Wczoraj były walentynki. Ja w walentynki, to mogę sobie co najwyżej pograć na bębenku. Dla takich przypadków, co musieli tę sobotę przetrwać, przemyślna ludzkość wynalazła dziś dzień singla. Mam taki pomysł, że ja to bym chciała kiedyś wydać singla w dzień singla. Co, Czytelniku, brzmi jak plan? Nie wiem, mnie to bawi na przykład. :d A w tym roku zamiast singla wpis. Proszę państwa, oto wpis. Z uniwersytetu Shizzz. Niedługo wychodzi płyta z musicalu Wicked. Jejjjjj!
Jest spoko. Jeeest dobrze. Będzie lepiej, tylko żeby jeszcze to słońce się jakoś utrzymało.

Piszcie, co tam u was słonecznego ostatnio, a ja się idę cieszyć jeszcze jednym wolnym tygodniem przed drugim semestrem czwartego roku. Magisterko, jestem przy tobie, pamiętam.
O, u mnie jeszcze płyta "sunday best", którą wydał ostatnio Nick Jonas jest takim słonecznym elementem, bardzo mi się ten album podoba. Wreszcie wrócił do żywych instrumentów i trochę takiego stylu, jak kiedyś. Wiecie, że będzie Camp Rock 3? Będzie tłumaczone, oj będzie. <3

Pozdrawiam ja – Majka
* Uniwersytet Shiz, to jest szkoła magii i czarodziejstwa w krainie Oz
** Camp Rok 3, to jest Disney, proszę sprawdzić 1 i 2, za szkody na umyśle nie odpowiadam, jak ktoś nie lubi musicalowych disneyowych.

PS: A o wizycie w trójmieście pisałam w poprzednim wpisie, zapraszam do lektury wszystkich! 😉

5 odpowiedzi na “Wpis na dzień singla: chlebów 6, rozrywek nie jedna i rok 2025”

O, to ja myślałem, że jednak na tym polegało wasze granie, że Ona gra i Ci ewentualnie coś raz na czas jakiś opowie, co gra. Albo co akurat się dzieje, albo co się nie dzieje, a mogłoby. Heh, nie mierz innych swoją miarą, mówili. 😀

jejj! Napisałaś! A już żem myślał, że zapomniałaś o tej naszej pięknej wyprawie obok torów kolejowych 😀
Cudownym było usłyszeć wtedy coś w stylu: Teraz idziemy takim murkiem, który jest 4 metry nad ziemią, i ma około 100 cm szerokości. 😉 Osobiście czułem się tak, jak bym właśnie usłyszał głośne, i krzykliwe Hairpeen right! W ostatniej chwili. Kto grał w topspeeda, ten pamięta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Shares