Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

My się nie przeprowadzimy do mniejszego domu, my ten duży dom wypełnimy ludźmi! Czyli dużo metrów kwadratowych niebieskiego nieba

Państwo Bernie i Tim Websterowie mieszkają w typowym jak na tamtą zabudowę domu, który jest wielki, a nie wygląda. :d Na dole macie niby tylko salon połączony z jakby jadalnią, a w dół się schodzi do części z kuchnią. Ale co z tego, jak potem macie klatkę schodową z chyba 6 zakrętami, a na każdym z tych półpienterek musi być jakieś pomieszczenie, chociażby łazienka. Kiedy pierwszego dnia otworzono nam drzwi i prawie od razu pokazano pokój, muszę przyznać, że się nieco wystraszyłam. Wcale nie akcentu ani nowych wrażeń, odniosłam po prostu wrażenie, że będzie to bardziej coś w stylu hotelu, niż domu. Przecież jest duży, dużo może być do roboty, nie znam ani tych ludzi, ani ich zwyczajów, może my wcale nie będziemy spędzać czasu z nimi, tylko ze sobą. Nie mogłam się bardziej pomylić.

Pan Tim Webster, kiedy kilka dni później rozmawialiśmy przy posiłku, jak zwykle z resztą, opowiedział mi taką historię.
„Kiedy mieszkała tu z nami trójka naszych dzieci, zrozumiałe było, że mamy taki duży dom. Kiedy oni się od nas wyprowadzili wszyscy się zastanawiali i my się zastanawialiśmy, czy by nie znaleźć czegoś mniejszego. I wiesz co? Powiedziałem, że nie, nie będziemy się przeprowadzać do mniejszego domu. My po prostu wypełnimy ten dom ludźmi.”

Państwo Bernie i Tim Websterowie mieszkają w typowym jak na tamtą zabudowę domu, który jest wielki, a nie wygląda. :d Na dole macie niby tylko salon połączony z jakby jadalnią, a w dół się schodzi do części z kuchnią. Ale co z tego, jak potem macie klatkę schodową z chyba 6 zakrętami, a na każdym z tych półpienterek musi być jakieś pomieszczenie, chociażby łazienka. Kiedy pierwszego dnia otworzono nam drzwi i prawie od razu pokazano pokój, muszę przyznać, że się nieco wystraszyłam. Wcale nie akcentu ani nowych wrażeń, odniosłam po prostu wrażenie, że będzie to bardziej coś w stylu hotelu, niż domu. Przecież jest duży, dużo może być do roboty, nie znam ani tych ludzi, ani ich zwyczajów, może my wcale nie będziemy spędzać czasu z nimi, tylko ze sobą. Nie mogłam się bardziej pomylić.

Pan Tim Webster, kiedy kilka dni później rozmawialiśmy przy posiłku, jak zwykle z resztą, opowiedział mi taką historię.
"Kiedy mieszkała tu z nami trójka naszych dzieci, zrozumiałe było, że mamy taki duży dom. Kiedy oni się od nas wyprowadzili wszyscy się zastanawiali i my się zastanawialiśmy, czy by nie znaleźć czegoś mniejszego. I wiesz co? Powiedziałem, że nie, nie będziemy się przeprowadzać do mniejszego domu. My po prostu wypełnimy ten dom ludźmi."

Mieliście całkowitą rację, świetny pomysł! I tak to się zaczęło, a teraz państwo Webster przyjmują u siebie różnych turystów ze świata od jakichś 15 lat. Może nawet więcej, nie pamiętam, wybaczcie. Co może być też źródłem mnóstwa ciekawych opowieści, ponieważ oni coś opowiedzą gościom, goście im… I tak żyją w zgodzie z mnóstwem krajów, co mnie wcale nie dziwi. Bernie zawsze ma rękę na pulsie, wie doskonale, co gdzie jest, dzięki Bogu. Zawsze miała dla mnie uśmiech, dobre słowo i, rzecz jasna, torbę z lunchem, którą wręczała mi każdego ranka przed wyjściem do szkoły. Tim natomiast od razu zrozumiał, co jest dla mnie najważniejsze, co w sumie nie jest dziwne zważywszy na ich kulturę narodową. "Would you like a cup of tea?" – "Chciałabyś herbaty?". Kto zna mnie lepiej ten wie doskonale, że herbata jest jedną z rzeczy niezbędnych do egzystencji. Tim wpadł na to też dość szybko i po kilku dniach, tuż po zadaniu tego pytania, oboje wybuchaliśmy śmiechem, uznając, że pytanie było niepotrzebne. Cóż można jeszcze o nim powiedzieć? Być może to, co sam o sobie mówił, to znaczy, że uwielbia notesy (dostał od nas notesy z Żyrardowa) oraz to, że często gubi różne rzeczy. I to by sięnawet zgadzało.

I szczerze mówiąc, właśnie skończył mi się pomysł, jak wam oddać mój pobyt w tekście. Chciałabym wam opowiedzieć, o naszych śniadaniach, wszyscy lekko śpiący, ale zamiast na to narzekać, śmiejący się z tego. O naszych obiadach o osiemnastej, to w ogóle jest magia w ich kraju, że się wtedy je. Siadaliśmy do stołu i rozmawialiśmy o tym, jak nam mijał dzień, co udało nam się zrobić, jak nam smakuje jedzenie. Mój kolega zabiłby mnie, gdybym tego nie napisała, więc piszę. Na obiad często były takie dania, które mi najbardziej odpowiadają, czyli kurczak z czymś. Z ryżem, z różnymi sosami, z warzywami i przyprawami. Bardzo smaczne! Jak po dniu w szkole, po lekcjach i warsztatach, zasiadasz sobie do stołu, dostajesz super lasagne, dostajesz dokładkę, dostajesz truskawki z lodami na deser, a potem bez pytania otrzymujesz herbatę w salonie… ludzie, jesteście w raju. Mogę wam też wspomnieć o naszym kominku w salonie, w którym czasami gospodarze rozpalali ogień. Można sobie tam było siedzieć na miękkich sofach, pić herbatę, jeść te truskawki i… po prostu istnieć sobie w spokoju. Miłe było to, że czasami moi gospodarze siedzieli sobie i oglądali serial, ja siedziałam z nimi i robiłam coś na komputerze i już. Mogliśmy sobie wspólnie odpocząć, czasem wymieniając opinie na temat swoich zajęć. Nie było tam żadnego wymuszenia czy sztywnej atmosfery, co w ogóle zdaje się być ich cechą charakterystyczną. Nie chcę być źle zrozumiana, ale powiedzcie mi, jakby to wyglądało w Polsce? Wyobraźcie sobie, że są goście, z innego kraju, na tydzień, w waszym domu… umawiamy się na 8:30 na śniadanie. No to Polacy już przynajmniej kwadrans wcześniej są na dole, żeby już wszystko było ustawione, jak goście zejdą, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik… A moi Irlandczycy wstawali wraz ze mną i wraz ze mną schodzili, przynajmniej w niektóre dni. Śniadanie? Bardzo proszę, my zwykle jemy płatki, chcesz płatki? Upadła też teoria tych ciężkich, tamtejszych śniadań. Ja jadłam płatki lub tosty, zdaje mi się, że Websterowie też. A po śniadaniu oczywiście herbata.

Innym ciekawym zjawiskiem w Derry była oczywiście tamtejsza pogoda. Kiedy w czwartkowy poranek wyszłam przed dom, pan Webster spojrzał w niebo i oznajmił nieco zamyślonym tonem: "Na niebie jest taka okrągła, jasna rzecz. To świeci. Wygooglowałem to i oni to nazywają Słońcem.". Uznaliśmy, że to musi być jakiś nowy wynalazek. Następne dni witaliśmy takimi komentarzami jak: "Jaki śliczny dzień. Dziewięć centymetrów kwadratowych niebieskiego nieba!". Jeśli aktualnie w waszym otoczeniu, drodzy czytelnicy, pada deszcz, to bardzo was proszę, zastanówcie się dwa razy, czy to na pewno jest deszcz. Deszcz, to ja widziałam w Derry. Tam, jak wyszłam na duży deszcz, po powrocie miałam mokrą kurtkę, bluzę pod kurtką, T-shirt też, nie wiem, jak deszcz tam dotarł, a także prawie całe spodnie. Ja nie wiem, ten deszcz pada w poprzek, czy jak? Kiedy Bernie mnie zobaczyła od razu wyraziła podejrzenie: "to chyba nie był zbyt dobry moment na wychodzenie, co? Ja ci dziś podłączę łóżko, odłączysz sobie, jak będziesz szła spać.". Tu należy się wam wyjaśnienie, my tam mieliśmy elektryczne łóżka. Ponieważ określenie elektryczne łóżko nasuwa mi od razu dziwaczne skojarzenie z elektrycznym krzesłem, pozwolicie, że wyjaśnię. Gospodarze nazywali to "electric blanket" i polegało to na tym, że podłączaliście do kontaktu odpowiedni kabel, a wasz materac się nagrzewał! Świetne to było! Zwłaszcza po tym deszczu.
W ogóle Bernie dzielnie dbała nie tylko o to, żebym była najedzona, ale też, żebym była zdrowa. Może dlatego, że sama posiada wykształcenie medyczne. Nie omieszkałam jej, rzecz jasna, opowiedzieć mojego ulubionego żartu o szkołach medycznych. Kazali się studentom nauczyć na pamięć książki telefonicznej. Studenci z uniwerku zapytali, po jaką cholerę. Studenci z politechniki zaczęli robić ściągi. A ludzie z medyka zapytali: a na kiedy? Bernie się śmiała, a ja jej dorzuciłam kilka informacji o mojej przyjaciółce, pilnie uczącej się masażu i łaciny zawodowej. Dodałam też, że ja jej kompletnie nie rozumiem. :d Przy okazji omówiłyśmy też kwestię mojego niewidzenia, a Bernie dopytywała, czy śledzę doniesienia medyczne na temat oczu. Będąc przy temacie oczu muszę przyznać, że moi gospodarze bardzo fajnie sobie poradzili z problemem mojej niepełnosprawności, a raczej z brakiem jakiegokolwiek problemu. Bernie bardzo dobrze tłumaczyła, jak ominąć kuchnię, żeby na nią nie wleźć, Tim dosyć obrazowo opisywał te cudowne, maleńkie kwadraciki nieba, a obojgu należą się podziękowania. Dzięki, że nie dostawaliście ataku paniki, jak ja latałam z moimi rzeczami w tę i z powrotem po tych schodach. 😉
Podziękowania należą się też za pomoc w zresetowaniu systemu wtedy, kiedy komputer przestał do mnie mówić. Tim tłumaczył mi, co jest na ekranie, nie znając ani windowsa, ani polskiego. I to jest wyczyn, zasłużyliśmy na herbatę! :d

Godnym zapamiętania momentem był też nasz ostatni wieczór. Siedzieliśmy sobie w salonie, a w telewizji leciał "the biggest weekend", jak zrozumiałam, festiwal muzyczny z BBC. Jednym z występujących tam artystów był Ed Sheeran, więc musiałam zostać do końca koncertu, żeby to zobaczyć. Tim powiedział później, że po raz pierwszy miał okazję na prawdę przysiąść i posłuchać tekstów Sheerana. Cieszę się, że zafundowałam taki eyeopener. 😉 Kiedy koncert trwał miałam coś do powiedzenia prawie o każdej piosence, a kiedy się skończył pożegnałam się, jak należy. Reakcja Tima bezcenna: "machasz mu na dowidzenia? To jest program radiowy!"

Tak oto mijał mi tydzień z ludźmi, których na początku oceniłam inaczej, niż trzeba. Jechałam do poważnych, starszych państwa, którzy na pewno będą mieli mnóstwo zajęć oprócz nas. Mhm… a przyjechałam do państwa Websterów, którzy: zawsze spytali, co miałam w szkole i jak mi się podobało, prawie każdego dnia spotykali się z jakimiś ludźmi i jechali do miasta, w wolnym czasie oglądająseriale, np. "grę o tron", a kilka tygodni wcześniej byli na koncercie Rolling Stonesów. Dobrze było!
A teraz garść ciekawostek na koniec.
Prąd. W naszych ścianach znajdowały się gniazdka na przycisk. Dobrze czytacie, gniazdko, żeby działało, trzeba było włączyć małym przyciskiem, takim, jak od światła.
Woda. Pomijając już dwa krany, jeden od zimnej, a drugi od ciepłej wody, to pokonał mnie prysznic na sznurek. Polega to na tym, że zanim wejdziesz pod prysznic i normalnie odkręcisz wodę, musisz pociągnąć sznurek, który uruchamia całe to urządzenie. Zawsze zapominałam albo tego włączyć, albo tego zgasić.
Światła. Jak już wspomniałam w pierwszej części wpisu zasada ruchu brzmi: zielone – idź, czerwone – rozejrzyj się i idź. Tak jak w Anglii, tak i w Irlandii odnoszę wrażenie, że ludzie chodzą, jak chcą. Nic nie jedzie? No to niby po co mam czekać, aż mi się cykl świateł skończy, idziemy! Ciekawe jest też to, że nie ma tam pasów na drodze, są tylko takie kwadraty przy krawędziach, więc ja nie wiem, jak oni to ogarniają. Ciekawym obrazkiem było, jak staliśmy przy krawędzi ulicy i próbowaliśmy określić, czy to ten samochód puszcza nas, czy to my puścimy ten samochód. Zawsze mieliśmy wrażenie, że podejmiemy tę decyzję jednocześnie z kierowcą samochodu. W moim domu powstała teoria, że kiedy chcemy przejść przez ulicę lub włączyć się do ruchu, prowadząc auto, za zakrętem czeka 13 samochodów. To jest zawsze te same 13 samochodów i one tylko czekają, żeby wyjechać przed was. Zawsze sobie poczekacie. 🙂
Fish and chips. Jadłam ostatniego dnia, w piątek. Na prawdę, było tego dużo. Bardzo dużo. Nie zjadłam całego, nikt chyba nie zjadł do końca. Denis, człeniu, ty byś zjadł!
Na koniec język polski. Słowa, których nauczyli się moi gospodarze to: Dzień dobry, Warszawa oraz do zobaczenia.

Polecieliśmy do domu w sobotę, no i o tej podróży już za dużo wam nie opowiem, bo nic wybitnie ciekawego się nam nie przydarzyło. No może poza tym, że sygnał puszczony na końcu w ryanerze wybitnie przypominał nam sto lat. Kiedy z pod sufitu rozległo się to charakterystyczne: bim, bom, bim, bom… pani pedagog natychmiast odśpiewała: niech żyje, żyje nam! To bardzo jasno świadczy o stanie naszego umysłu po tak wczesnym, porannym wstawaniu, no nie? 🙂

Wróciliśmy do Polski szczęśliwie, więc i ja szczęśliwie skończę ten wpis. Pozdrawiam was serdecznie i zapraszam do komentowania.

Ja – Majka

14 odpowiedzi na “My się nie przeprowadzimy do mniejszego domu, my ten duży dom wypełnimy ludźmi! Czyli dużo metrów kwadratowych niebieskiego nieba”

Kiedy masz takie piękne skojarzenia jak sto lat, to to właśnie jest najlepszy stan umysłu

Boooże, takich ludzi to ja zazdroszczę :). Uwielbiam tak sobie siedzieć, niczym się nie przejmójąc, raz na jakiś czas wymieniając z kimś opinie 🙂

Ale super wpis! Cieszę się, że zakumplowałaś się z Twoją guest family. 😀 Ciekawe, czy ja bym się przyzwyczaiła do takiego prysznica. 😀

A jakie super jedzenie! Ja to bym tam wszystko zjadł. Zarówno kurczaka, jak i lody, truskawki, no i całą tę rybę z frytkami. Swoją drogą: Którą oni tę rybę tam dają do tego? Jak to jest podawane? Bo ja osobiście wyobrażam to sobie jako rybę zmieszaną z frydkami i wciepaną zwyczajnie na jeden talerz, co by było chyba nie taktowne 😉

Znam tę opowieść co prawda bo opowiadalaś mi przez telefon poszczególne wydarzenia ale to co opisałaś jeszcze bardziej przybliżyło mi atmosferę jaka panowała w tym domu.Fajnie że opisałaś wszystkie szczegóły dotyczące użytkowania różnych urządzeń.Większość osób nie spotkała się np. z takim sposobem uruchamiania prysznica.Bardzo zgrabnie napisane.

Denis, ależ to przecież właśnie takie jest. xd. Zamawiane, przychodzi w pudle i jest na jednym. xd. @Jasniepani Atmosfera, to najlepsze, co tam było. :d

Wpis śliczny. A co do światła, i prysznica. Znam te klimaty, kiedy byłam w Irlandii, również zawsze o tym zapominałam, tam było również światło na sznureczek. Nasza reakcja pierwszego dnia? YYY, gdzie jest włącznik! 😀 ?

Nie denerrrrwuj mnie, nienawidzę takich! Dobrze, że tam takiej nie było.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

EltenLink

Shares