Kategorie
co u mnie

To jeszcze trzeba przemyśleć, czyli tiktok w pociągu, książki i podróże nie tylko po mapie

Dzień dobry!

Jest środek lipca i upały, a ja jeszcze NIE jestem chora. Zważywszy na to, że zazwyczaj właśnie w największe upały i na same wakacje potrafiłam się przeziębić, jest co świętować. W ramach tego świętowania pomyślałam, że napiszę Ci, drogi Czytelniku, co ostatnio robię i czytam. Z przewagą czytania, rzecz jasna.

Rozpoczynając od środka czerwca, sesję zdałam. Ktoś, kto mówi, że do egzaminu absolutnie nie da się przygotować w jeden, dwa dni, absolutnie nigdy nie był na studiach. Nie polecam jednak tej metody, jak się nagle przypomni, że aha, była ta jeszcze jedna prezentacja, to człowiek naprawdę nie wie, od czego zacząć. Obserwację mam taką, że niby ten rok był ogólnym wstępem do zarysu podstaw tematyki moich studiów, ale jednak już się zdarza, że jak w moim otoczeniu pada pytanie o niepełnosprawność i to, niespodzianka, nie tylko moją, to coś tam mój mózg potrafi wyprodukować.

Właśnie, a propos mózgu i tego, co tam w nim przechowujemy przez czas jakiś. Ostatnio odwiedziłam przyjaciela z podstawówki. Widzimy się rzadko, co wcale nam nie przeszkadza znajdować sobie tematów do rozmów, od plotek do długich dyskusji. Tym razem, w trakcie którejś, wyszło nam, że w sumie podstawówka się przydaje. Moje pedagogiczne studia i jakieś tam własne doświadczenia mają teraz mnóstwo do powiedzenia o naszym programie i sposobie nauczania, a także o systemie oceniania, który potrafi być pomyłką na międzynarodową skalę, ale jednak…
Ładują nam do głów mnóstwo rzeczy, przeróżnych rzeczy, od bardziej potrzebnych, poprzez neutralne, aż do takich, co już potem zostają dobrze znanym żartem, że niby po co mi się to kiedyś przyda.
No i fajnie, ale jednak, jak człowiek przez te dawne lekcje przyrody / geografii, gdzie mu pani wbijała do głowy, ile te wszystkie iglaczki wytrzymują bez wody, teraz wie, że jeszcze nie musi podlewać własnych drzewek, to co? Nie przydatne? Pewnie, że przydatne! :d
W ramach dalszego badania tematu dziś wyciągnęłam atlas świata. Tu dygresja, jak ktoś widzi, to atlas jest książką. Jak ktośnie widzi i chce obejrzeć dostępny w naszym kraju atlas, wyciąga dwie teczki, chciałoby się dodać: wielkie i ciężkie, z żelaza, stali… Nie, to nie ten wierszyk. W każdym razie potężna jest ta dawka wiedzy. W teczkach są dotykowe mapy, które, stwierdzam ze zdumieniem, nadal umiem czytać! Jasne, nie tak, jak w podstawówce, siebie z tamtego czasu nadal podziwiam, że umiałam pokazać, co jest co, ale jednak nadal kojarzę ze sobą fakty, żeby nie powiedzieć, łączę kropki. Niby niektóre symbole mi się mieszają i te podróże palcem po mapie wychodzą mi czasem trochę dalsze, niżchciałam, ale jednak wiem, że tu jest góra, tu jeziorko, a tu, nie wiem, równik.
Jak jużwróciłam z tych dalekich podróży, czyli, mówiąc konkretniej, z podłogi, na której mi się te mapy mieszczą, postanowiłam napisać tutaj, puki mam czas. Przecież się książki same nie przeczytają…

Tak, Czytelniku, znowu czytam. Jestem z tego zadowolona, bo przez ostatni rok miałam okresy, zwłaszcza te stresujące, kiedy nie chciało mi się zapoznawać z żadnymi historiami, a już na pewno nie z nieznanymi. Teraz natomiast przerzuciłam się prawie całkowicie z youtuba na aplikację do odtwarzania audiobooków i ebooków i podróżuję z nimi.
Klimaty, trzeba przyznać, dość rozmaite. Aktualnie idzie u mnie na zmianę Tery Pratchett i Jerzy Broszkiewicz.
Pierwszy autor, gentleman z Anglii, zapewnia mi inteligentną rozrywkę już od pewnego czasu, bo odkąd mnie Dawid namówił, odtąd co jakiś czas go pytam: Dawid, i którą część teraz? No fakt, w "świecie dysku" trochę tego jest, na szczęście chronologia wydawnicza nie jest tu wymagana. Surrealistyczna fantastyka z bezbłędnymi nawiązaniami do świata rzeczywistego, cynizm, a jednocześnie zawsze odrobina nadziei, wciągające przygody dla młodzieży, morał, co zrozumiejąwszyscy, a jednocześnie żarty zupełnie nie dla najmłodszych, wplatane w sposób bezczelnie oczywisty, to jest to, co znalazłam u Pratchetta. Czyli czuję się tam, nie ma co ukrywać, jak we własnej głowie. Cudowne są te książki, choć wymagają skupienia. Jak próbujemy ogarnąć, których bohaterów już znamy, gdzie się kończy zdanie, a także, dlaczego przyczyna i skutek są zamienione kolejnością, to nie można się rozpraszać.
Drugi autor, pan Broszkiewicz, jak słychać dżentelmen z Polski, oferuje coś pomiędzy Niziurskim a Bachdajem, tak bym powiedziała. Jak byłam młodsza to trochę się tych młodzieżowych książek minionego ustroju czytało i miło jest wrócić do klimatu, zwłaszcza, że tu naprawdę, oprócz przygód, znajdzie się też parę bardzo mądrych i ładnych cytatów. I niby książki nie odkrywają Ameryki i nie są bardzo skomplikowane, ale jednak kto by czasem nie chciał, żeby ich pan kapitan zabrał w podróż po dalekich lądach w poszukiwaniu wielkich, większych i największych przygód? Oczywiście muszę pamiętać o tym, że jakby mieszkańcy dalekich lądów dowiedzieli się, jak leniwa potrafię być, albo przeciwnie, jakie czasami mam pomysły na spędzanie wolnego czasu, to by mnie prawdopodobnie zawrócili do domu z użyciem ostrych narzędzi… Ale przygoda jest!

Przygody przeżywam, na szczęście, nie tylko w książkach, ale też w świecie prawdziwym. Pod koniec czerwca na przykład odwiedziłam z moją siostrą dwa wydarzenia.
Tu należy wspomnieć istotną sprawę. Sesja, to nic, sesję się ma co pół roku. Moja siostra skończyła podstawówkę! Wiadomo, egzaminy, wybory życiowe, polonez, dyplomy i zakończenia… Działo się wiele. Serdecznie Ci, Emi, gratuluję ja i cała sekcja komentarzy!
Z tej okazji, a także z okazji marcowych urodzin, Emila otrzymała ode mnie obietnicę, że tym razem przynajmniej jeden dzień Opener Festival musimy zobaczyć.
I faktycznie, pod koniec czerwca, dokładnie w dzień imienin mojej siostry, wyruszyłyśmy do Gdyni.
Nocowałyśmy u cioci mojej koleżanki. Chciałoby się tu zacytować Makuszyńskiego:

"Ewcia zwała ją "ciocią", chociaż niewiele prawnych podstaw istniało do tego czcigodnego tytułu. I pan Tyszowski, nie wiedząc, jak jej wyrazić serdeczną i tkliwą wdzięczność, mianował ją też "ciocią", tak że po kilku latach nikt nie używał ani jej imienia, ani jej nazwiska i dla całej ulicy, dla sklepikarza i listonosza, dla stróża i dla całego domu była ciocią."
K. Makuszyński "szaleństwa panny Ewy"

Więc i ja nazwę ją ciocią, zwłaszcza, że jak przyjechałyśmy, okazało się, że nie tylko imięEmilki się tamtego dnia "zaczerwieniło w kalendarzu".
Ciocia pożyczyła nam dobrej zabawy i przykazała po powrocie NIE śpiewać, bo będą spać. Obiecałyśmy, że dobrze, będziemy śpiewać w pociągu, a następnie ruszyłyśmy w deszcz, bo, oczywiście, lało.
Festiwal nam się spodobał, nie tylko koncerty, ale i różne atrakcje towarzyszące. Okazało się, że mi w życiu, to generalnie brakowało jednej rzeczy, basenu z piłkami! Jak będę sławna i bogata, to ja chcę taki basen!
Posłuchałyśmy koncertów, przeszłyśmy się po stoiskach, porobiłyśmy kilka niezmiernie artystycznych fotografii… #TenWspominanyBasen
Swoją drogą, ten moment, kiedy się dowiadujesz, że twoja czternastoletnia siostra prawdopodobnie słuchała w pociągu ostrzejszej muzyki, niż ty. Było fajnie!

Po koncertach natomiast trzeba było wrócić. Pamiętamy wszyscy o obietnicy, złożonej cioci, co będzie w tym pociągu?!
W pociągu był facet, przeglądający tiktoka. Trzeba tu dodać, że jak on przeglądał, to przeglądał tak, że wraz z nim tego tiktoka widział cały wagon. W pewnym momencie facet, wyraźnie będąc już "zmęczony" życiem, walnął telefon na stolik przed sobą i zasnął. Tiktok, rzecz jasna, nie wiedział o tym i darł się dalej. Tiktok gra, muzyczka jakaś akurat, facet śpi, SKMka nie wyraża zdania na ten temat.
I wtedy właśnie odezwał się we mnie stres całego miesiąca. Czerwiec, z wielu niezależnych powodów, nienależał do najłatwiejszych. Praca, sesja, inne obywatelskie obowiązki, na koniec zaś ta samodzielna podróż, wszystko to sprawiło, że zaczęłam się zastanawiać, czemu ten facet może z siebie robić debila, a ja NIE?
Uznałam, że trzeba zadbać o sprawiedliwość na tym świecie. Miałam pusty kubeczek po herbacie z dworca, miałam patyczek do mieszania, byłam perkusistą… A tam sobie muzyczka leciała…
Pierwsza godzina, niedźwiedź śpi. SKMka nadal wstrzymuje się od głosu. A ja GRAM.
Emila wypiła swoją herbatę, mam jużDWA kubeczki i patyczki! Druga godzina, niedźwiedź chrapie…
Ten pan się nawet obudził w pewnym momencie, ale podobno tylko spojrzał na mnie, uśmiechnął się i inaczej położył telefon, żebym lepiej słyszała. ;p
Zawsze chciałam zagrać na ulicy, mamy więc niezły początek. A najlepsze, że jak się naszemu towarzyszowi znudziły nudnawe remiksy z tiktoka, to puścił: Majka, nie jestem ciebie wart.
Zgodziłam się bez protestu. Pamiętając o tym, że nie zamieniłam z tym człowiekiem ani jednego słowa, nie miał więc szans zrobić tego umyślnie, uznałam, że kocham świat, na którym zdarzają się takie przypadki.

Do domu wracałyśmy już następnego dnia, bo w piątek Gdynia, a w niedzielę już Warszawa i Harry Styles.
Szanuję. Nie tylko umie śpiewać, ale też ma w swoich gadżetach breloczki. Czyli wreszcie nie tylko Emila mogła sobie coś kupić.
Tu jeszcz ejedne gratulacje dla mojej siostry. Jak jej w piątek wyjaśniłam, żeby zgłaszała swoje potrzeby, jak jej ludzie zasłaniają, bo wystarczy porozmawiać, to tak to zapamiętała, że wniedzielę nie tylko zwróciła uwagę zasłaniającym ludziom, ale i ochronie, jak ludzie nie posłuchali. Z tym, że akurat fakt, nie powinni tam stać.

Przełom miesięcy można uznać za udany. Co się w takim razie dzieje w lipcu?
Jeszcze przed festiwalem byliśmy z Fundacją na spotkaniu z rodzicami dzieci niewidomych, żeby im opowiedzieć, jak może wyglądać przyszłość i że jest sporo rozwiązań problemów, więc spokojnie, pomożemy! Lubię to robić, zawsze dostajemy dużo interesujących pytań i ciepłych słów nie tylko na spotkaniu, ale i potem, w formularzu na naszej stronie. Jeszcze w lipcu odbieraliśmy formularzowe pytania i maile na temat naszego spotkania. Cieszę się, że możemy w ten sposób coś komuś pokazać, wyjaśnić czy pomóc. Oczywiście, nie martw się, Czytelniku, ludzie widzący nas na targach i spotkaniach NIE zapomnieli o naszych wysokich obcasach. Chyba trzeba się po prostu pogodzić z tym, że jeśli my założymy wyższe buty, to oni będą siedzieć, jak na szpilkach.

Ostatnie tygodnie natomiast mijały mi troszkę pod znakiem problemów technicznych, nie tylko związanych z Fundacją. Jednocześnie zaczęła mi szwankować drukarka 3D i własny komputer, a raczej niektóre na nim programy. Cieszę się jednak, że mimo wszystko robię coś z muzyką. Przez to, że nagle nie mam studiów kompletnie zmienił mi się rozkład obowiązków, a co za tym idzie zaburzyłam sobie rytm snu i myślenia tak, że trochę trudno mi się wziąć do zaplanowanej pracy. Tak zawsze jest na początku wakacji i prawdopodobnie już tak zostanie, cieszę się jednak, że mimo wszystko udaje mi się częściej włączyć Logic albo mój zestaw perkusyjny. I z jednym, i z drugim mam trochę do zrobienia i naprawienia, dzięki lekcjom z Andre nie przeraża mnie to jednak tak bardzo, jak przerażałoby kiedyś. Dzięki Bogu za te nasze spotkania, bo jeszcze pół roku temu to, co wyprawia mój komputer załamałoby mnie na długo. Człowiek się jużzbierze, wreszcie ma jakąś siłę psychiczną i resztkę energii do pracy, a tu technologia odmawia posłuszeństwa i zanim się naprawi usterkę, człowiek zapomina, co właściwie chciał zrobić. Każdego to może wykończyć. Na szczęście powoli idzie ku dobremu i zaraz do tego wracam, coś jeszcze poinstalować i może w jednym projekcie podłubać, bo przydałoby się skończyć.

I wpis kończyć też chyba należy, bo w sumie dużo więcej tu napisać nie można. Pozdrawiam wszystkich, którzy wiedzą, jak to jest, jak nawet w wolne dni świat potrafi przytłoczyć i wszystkiego jest za dużo. Czasami napisanie jednego maila lub wykonanie jednego telefonu znaczy więcej, niż cała ta sesja razem wzięta. Dziś jednakwstałam i nawet mi to nie przeszkadza, więc cieszę się, że mogłam do Ciebie, Czytelniku, napisać.
Cytat z muminków:
"Gdybym ja wiedział, że on wie, że przełażę przez te góry dla niego, to potrafiłbym to zrobić."

No więc właśnie, ja idę dalej przełazić, a Tobie Czytelniku, życzę dobrych dni!
Do następnego wpisu. A o czym? To jeszcze trzeba przemyśleć.

Pozdrawiam ja – Majka

PS Emila doceniła Jacoba Coliera, po fragmencie jego koncertu pytając: dlaczego on gra na WSZYSTKIM?

Kategorie
co u mnie

Opisanie świata, czyli egzaminy, motywacje i zadania dla ambitnych

Kiedy wstałam rano gdzieś tak w połowie maja, miałam myśl, że szkoda, że coś mi przerwało sen, będę zmęczona. Mój mózg potrzebował dłuższej chwili, żeby załapać, że to, co przerwało mi sen, to próbna ewakuacja w internacie. Która również mi się śniła. Zważywszy, że zaczynało mi się śnić, że mnie budzą i jestem zmęczona, to coś jest chyba nie tak. Przy początku miesiąca przeżyłam tydzień, w którym jednocześnie miałam studia, praktyki, pracę w fundacji, szkolenie, które prowadziłam i trochę własnej nauki. Co ciekawe, życie prywatne nie ma pojęcia, że wypadało by zaczekać i różne poważne dialogi z ważnymi dla mnie osobami odbywają się gdzieś pomiędzy wszystkim innym.

W tygodniu następnym było minimalnie lepiej, bo akurat nie miałam praktyk, a szkolenie skończyłam przy początku. Był więc czas na chwilę snu, chwilę jakiegoś filmiku, filozoficzne pytania…
A czy na psychologii rozwoju można się rozwijać? Takie pytanie otrzymałam od kogoś tóż przed ćwiczeniami z tego fascynującego przedmiotu. Odpisałam, zgodnie z prawdą, że można, jak najbardziej, ale nie o ósmej rano. Mimo tej godziny, która wg. mnie powinna być zakazana, starałyśmy się słuchać. Wtedy akurat było o wczesnej dorosłości, mniej więcej ten okres, w którym jesteśmy wraz z koleżankami z grupy.
Człowiek jest w tym okresie w maksimum swoich możliwości! Możliwości organizmu, umysłu, możliwości regeneracyjnych…
W tym momencie rozbawił mnie kontrast między tym stwierdzeniem, a tym, jak musimy o tej porze wyglądać. Jezu, to to jest maksimum? Cytując klasyka: to maks, co może z ciebie być? Osłabł duch w narodzie, drodzy państwo.
Podobnie, jak internet, też niezbyt dobry. Ostatnio w jednej z pracowni nie działał ani uczelniany, ani mój.
Do pracowni komputerowych najczęściej dostajemy się windą. Winda w naszym budynku jest całkiem OK, gdyby nie to, że bardzo często pokazuje, że jedzie na trzydzieste ósme piętro, co by nie było bardzo dziwne gdyby nie to, że w tym budynku pięter jest, o ile dobrze pamiętam, sześć. Nie powiedziano nam, co jest na mistycznym 38 piętrze, moja teoria jest taka, że tam się gnieżdżą doktoranci.

Ja się na razie nie wybieram, bo przede mną koniec pierwszego roku. Tak tak, Drogi Czytelniku, za tydzień będzie koniec, będę po wszystkich egzaminach. Zgodnie z tradycją reszta życia nie zwalnia i po drodze pojechaliśmy na targi z fundacją. Po takich targach zawsze mamy mnóstwo nowych doświadczeń i mnóstwo pytań i komentarzy od naszych obserwujących. Głównie na naszej stronie, w formularzu do zadawania pytań. Zwyczaje się nie zmieniły, nadal dostajemy po takich wyjazdach około 25 wpisów, w tym 5 jest o nasze produkty, pozostałe 20 o to, kto nam kazał nosić obcasy i dlaczego jeszcze nie siedzi we więzieniu. Generalnie jest interesująco.
Do sesji mam do napisania jeszcze parę rzeczy… W ogóle wyjaśnij mi, Czytelniku, dlaczego jest tak, że ja sobie mogę tu pisać wpisy, na facebooku pisać posty, w razie pytania otwartego na egzaminie pięknie lać wodę na piątkę i jakoś mi to wychodzi. Natomiast, jak naprawdę mam napisać jakiś konkretny tekst na termin, który decyduje o być albo nie być, to mi nagle odbiera znajomość języka polskiego w mowie i piśmie? Gdzie tu jakaś sprawiedliwość? Druga niesprawiedliwość oczywiście polega na tym, że ja się poprzerażam, ponarzekam sobie, a i tak wiadomo, że ostatecznie nie będę mieć wyjścia i cholerstwo napiszę, nawet wysłać mi się zdarzy.
Na razie na szczęście nie trzeba było nic wysyłać, bo wczoraj był egzamin praktyczny. Konkretnie z pierwszej pomocy przedmedycznej. Nasz pan od przedmedycznych uczył nas wielu ciekawych czynności, takich, jak ratowanie ludziom życia, ewentualnie tego, jak zrobić, żeby nasza pierwsza pomoc nie była jednocześnie naszą ostatnią pomocą. To chyba całkiem dobrze, więc się cieszę. Zarówno z zajęć, jak i z tego, że po nich dostajemy nie tylko zaliczenie, ale i certyfikat ukończenia kursu. Trochę mnie tylko przeraża, że niektórzy uważają, że pierwszej pomocy się nie da, albo nie trzeba, albo nie można, nauczyć niewidomych. Tym, co tak myślą na serio nie życzę, aby zasłabli przy swoim niewidomym dziecku, samym z nim będąc. Nasz instruktor, na szczęście, nie podziela tej opinii i starał się dzielnie, abym była dokładnie tak samo zmęczona, jak reszta. Oczywiście mnóstwo rzeczy trzeba było pokazać na mnie, no bo wtedy i ja wiem, co się robi, i reszta dziewczyn, bo to widzą. Odbywało się to od początku w ten sposób, z resztą na moje wyraźne życzenie, nie przewidziałam jednak konsekwencji.
– No dobra, dziewczyny, która ma zacięcie aktorskie? – Rzucił w przestrzeń pytanie nasz pan ratownik.
– Yyyyy… No… Maja? Maja. – Posypały się głosy z sali. Aha. OK. W sensie, no nie wiedziałam, ale dobra, pewnie, że tak…
– Masz? – Zapytał mnie z zaciekawieniem.
– No widzi pan, co tu się dzieje. – Westchnęłam. Potem się okazało, że na tej lekcji miałam wszelkie możliwe zranienia i oparzenia, na szczęście tylko takie nakładane na rękę. Na egzaminie miałam całkiem prosty scenariusz i zdałam.
Przed egzaminem natomiast miałyśmy sławną już psychologię rozwoju. Przed tymi zajęciami Pani Doktor, która nas uczy, ma niezwykłą okazję do psychologicznych obserwacji, prowadzonych na młodych dorosłych w trudnych warunkach godzin porannych.
– Pani doktor, czy ja mogę mieć pytanie? – Wyrwałam się na samym początku.
– Bardzo proszę. –
– Ale pytanie do grupy… –
– Ta ktak, jeszcze nie ma początku zajęć. – Zaczęłam więc pytać, ale formułowanie zdań nie szło mi do tego stopnia, że w końcu znowu spojrzałam na prowadzącą.
– No widzi Pani, ja już nie mogę! Ja dziś nie powinnam prowadzić ciężkich maszyn! –
Moje pytanie dotyczyło tego, do kiedy jest termin oddawania prac na zupełnie inny przedmiot. Dyskusja w grupie wybuchła od razu.
– Dziewczyny, ale do początku, czy do końca sesji? –
– Do końca… –
– Do początku! Do końca zajęć! –
– A kiedy był koniec zajęć? –
– A kiedy w ogóle były te zajęcia? Przecież tych wykładów prawie nie było! To kiedy był ostatni? –
– Drogie panie! – Odezwała się nasza prowadząca, – Zacznijmy. Nasze ostatnie zajęcia są dziś! –
Na ostatnich zajęciach naszym zadaniem było stworzenie krzyżówki. Pani rozdała nam główne hasła i kazała sporządzić resztę pytań, potem natomiast poszczególne grupy rozwiązywały krzyżówki stworzone przez innych.
– Słuchajcie, są dwa warianty. Pierwszy jest dla ambitnych, wymyślacie panie hasła dotyczące tylko tego tematu, który jest w haśle głównym. To jest wariant dla tych co są dziś pełni sił, obudzeni… Mogą prowadzić ciężkie maszyny. –
Taaa… Dzięki. Tak właśnie wyglądają nasze zajęcia o ósmej rano. Jednak je lubiłam.

OK, odczepmy się od tych zajęć. Psychologia była, pierwsza pomoc była, co tam panie w polityce?
Nie wiem, nie wiem, ale mogę powiedzieć, co w muzyce, nowa płyta Sheerana wyszła. Bardzo piękna, bardzo smutna, bardzo mi wtedy pasująca do nastroju. Pisana w momencie trudnym, w większości o cierpieniu i stracie, ale też o przetrwaniu, więc będziemy żyć. Już pierwsze dźwięki robią wrażenie, a potem jest tylko lepiej, choć i mocniejsze teksty. Pierwszą bardziej optymistyczną piosenką na tym albumie jest utwór, który Sheeran napisał po tym, jak się po jakimś trudnym wieczorze obudził i spędził poranek ze swoją córką na słuchaniu winyli. I akurat w tym dniu świat był jakby trochę lepszy. Czyli pozdrawiamy wszystkie córki, na ratunek w takich chwilach przychodzące, bo to jednak piękny i niezbędny wynalazek!

Oprócz tego, ze spraw muzycznych, to byłam na koncertach juwenaliowych, i moich i polibudy. Strachy Na Lachy, nigdy nie byłam, a Grabarza lubimy, więc super. Potem Zalewski, zawsze spoko. Na końcu zaś fragment Kultu i niestety do baranka doczekać nie mogłam, ale na szczęście byłam jeszcze na wyjeżdżających na wakacje podopiecznych. Ja w ogóle uważam, że to powinien byćchymn APSu, dlaczego on nie był na naszej imprezie?!
Na naszej był Mrozu. Zawsze chciałam posłuchać i nie zawiódł mnie, lubię ludzi, co tak samo umieją śpiewać na żywo, jak i w studiu. Poza tym wielki szacunek za wybrnięcie z tego miliona monet, muszę przyznać, że za milion się nie sprzedał.
Podświadomości moja, towarzyszu koncertowy, podziękowania składam Tobie tutaj, bo bym sobie w życiu sama na te koncerty nie poszła, a tak poszłam i to w dobrym towarzystwie.

Propos towarzystwa, wcześniej jeszcze Kamil mnie zabrał do teatru, co jakby nowością nie jest, natomiast tym razem to był musical o naszym roku 1989 i poprzedzających, wzorowany na Hamiltonie. Czyli musical historyczny, całe przedstawienie praktycznie rapowany tekst, non stop i ja podziwiam aktorów, którzy musieli się tego nauczyć. Czego oni z tego płyty nie wydadzą?

Od historii przechodzimy prostym skojarzeniem do… Eseju z dydaktyki. Jak mówiłam, tragedia, bo muszę coś napisać. Mam 20 tematów do wyboru, nadal nie wiem, o czym pisać. Witamy na studiach. Mam nadzieję, że już za tydzień, może dwa, pochwalę się tutaj, że ten pierwszy rok za mną i zdany.
Najważniejsza informacja na jego temat brzmi: rusza specjalność tyflopedagogiczna! Będą na niej tłumy studentów, bo okazało się, że przekroczyliśmy minimalną liczbę osób zapisanych do uruchomienia kierunku i na naszej specjalności będzie aż… 17 osób. Jak my się pomieścimy? ;p W każdym razie się cieszę, bo jeszcze tylko jeden rok i jużbędą zajęcia związane z tym, czego chcę się uczyć! :d
Teraz też się uczyć powinnam, a oczywiście cały świat się przeciw mnie sprzysięga. Mam nowe instrumenty wirtualne, które należy przetestować, kupiłam na nie nowy dysk, więc trzeba je przenieść, obiecałam różnym ludziom, że przeczytam z 15 różnych książek, mam parę dni wolnego, więc może mi się zdarzy spać w nocy więcej, niż niecałe 6 godzin… Jest tyle możliwości! A jeszcze jadę z siostrą do Warszawy, żeby trochę poświętować fakt, że ona już swoje egzaminy, ósmoklasisty i wstępne do szkoły plastycznej, zdała.
A na studia esej, trzy egzaminy i projekt na technologie informacyjne. I na podstawy migowego. Tak owszem, to też trzeba zdać.

No cóż, ale jest czerwiec, więc pewnie sporo osób ma teraz sesję lub egzaminy. Zwracam się do was, drodzy moi. Ostatnie dni pokazały mi dwie ważne rzeczy.
Po pierwsze, naprawdę da się pewne egzaminy zdać nie poświęcając im trzech miesięcy życia. Nie zniechęcam do nauki, ja tylko mówię, że na studiach musimy jużwiedzieć, które rzeczy przydają nam się bardziej, a które jednak nieco mniej.
Po drugie, istnieją priorytety. I choćbyś miał pełno egzaminów, pracę do skończenia na wczoraj i do ogarnięcia wiosenne porządki w całym domu, zdarzają się sprawy ważniejsze. Rzeczy, dla których warto rzucić wszystko i zająć się tym, co zrobione być musi. Świat poczeka, jest tylko światem. Cieszę się, że mam ludzi, którzy w takich chwilach ze mną są i sprawiają, że nie muszę tego robić sama.
Bywa ciężko, Czytelniku, ale dzięki takim osobom Można Mieć Motywację.

Pozdrawiam ja – Majka

PS Może i bałagan w tym wpisie spory, ale, kiedy tyle się dzieje, opisanie świata bywa trudne.
Werka, dzięki za tę płytę:

Kategorie
co u mnie

Gdzie były wpisy, kiedy ich niebyło? Czyli na zachodzie jak zwykle, pociąg nie do poznania i dowolny klawisz

Był kiedyś taki błąd w windowsie, który oznajmiał użytkownikowi, że jest problem z klawiaturą, więc wciśnij dowolny klawisz, aby kontynuować. Niniejszym wciskam ten klawisz.

Tak tak, Czytelniku, to ja. To nie jest proste, opowiedzieć trzy miesiące życia w przyzwoitej liczbie znaków. Ostatnim wpisem było podsumowanie roku, koło stycznia. Byłam pewna, że zaraz napiszę drugi post, z tym, że ciężko mi przewidywać siebie tak ogólnie, a w tym roku, to zwłaszcza.
Mogłabym teraz opowiedzieć o bardzo różnych sprawach. O tym, jak siedziałyśmy w auli B i uczyłyśmy się z dziewczynami do egzaminów w sesji. I jakby dobra, egzamin egzaminem, trudne niektóre, ale dla mnie istotne wtedy było, że jestem ze znajomymi z mojej grupy, nie przy nich, że naprawdę jestem w grupie. Mogłabym też, z drugiej strony, opowiadać o tym, jak kolejny raz kogoś nie poznaję, choć chodzę z tym kimś na zajęcia od czterech miesięcy. Jak szukam notatek w grupie ogólnej roku na messengerze i często te poszukiwania kończą się smutnym komunikatem: xyz wysłał/a 15 zdjęć. Z drugiej strony koleżanka z grupy, wchodząca tóż przed egzaminem i przypominająca nam jeden, jedyny szczegół z materiałów, który potem, fartem, akurat był na egzaminie. Albo koleżanka z piątego roku, która jest naszym aniołem stróżem i daje nam cenne podpowiedzi, na co uważać, do czego się przyłożyć i w jaki sposób, do tego stopnia, że mam wrażenie, że bardziej się martwi o moje egzaminy, niż ja. To są cuda akademii!
Swoją drogą, moi znajomi mieli ze mną krzyż pański przy nauce filozofii, bo ja im wtedy takim bez zastanowienia strumieniem świadomości relacjonowałam obecny stan wiedzy. I czytałam o Pitagorasie, który poszukiwał w świecie harmonii. I że droga do poznania jest trudna. I ja najmocniej przepraszam, ale ja miałam w głowie tego biednego człowieka, jak chodzi po wielkopolskich dworcach i ulicach i szuka tego akordeonu…
"Harmonia to dusza świata, dusza każdej rzeczy i ludzkiego istnienia, śmierć to rozbicie harmonii." Powiedział muzyk z tunelu pod Alejami…

I jeszcze jeden cytat tu dorzucę z moich notatek na różne pedagogiczne egzaminy:
"poprzez uczenie się przez całe życie i edukacje permanentną realizują interesy jednostki ludzkiej, która pragnie żyć pełnią wolnego życia i rozwijać swoje potencjały w wielu wymiarach."
Naprawdę, wtedy miałam wrażenie, że nie rozwijam się jako jednostka ludzka. W żadnym wymiarze!

Mogłabym Ci opowiedzieć, Czytelniku, jak wstałam kiedyś z miejsca w pociągu, aby wysiąść na cudownym dworcu zachodnim, a stojący koło mnie facet dorzucił mi jeszcze: ooo, pani jest niedowidząca, to będzie problem! Dobrze jest wiedzieć już z samego rana, kim się jest. I potem wysiadam, na tym dworcu, hałas jest niesamowity, no bo przecież metro nie jeździ, ma rymont… No więc trwa ten rejmont od lat trzech lub więcej, połowa peronów to takie zastępcze mostki. Na zachodzie bez zmian. I idzie człowiek, nic nie słyszy, boi się braku oznaczeń przy torach, zielonyyy, mosteczeeek, uginaaa się… A tu nagle Hania. Przed chwilą miałam w głowie takie szczere pragnienie, że matko boska niech ten świat wyjdzie za drzwi i wróci, jak się zastanowi nad swoim zachowaniem. Teraz natomiast jest Hania i ona "ma takie pytanie, czy…" I tu jakiś niespodziewany ciąg dalszy. Dzięki ci, Haniu, że nie pozwalasz mi się zbyt długo odcinać od świata.
W ogóle każda z dziewczyn z mojej grupy zasługiwałaby na wspomnienie tutaj za te drobne rzeczy, które się zdarzają, od wspólnego chodzenia, albo nie chodzenia, na WF, aż do faktu, że coraz częściej pamiętacie, żeby opisywać te cholerne obrazki. :d Już jakby notatki trudno, ważne, że wiem o śmiesznych zdjęciach z kotem! Trzeba mieć priorytety, Czytelniku.
Wracamy do priorytetów, sesję zdałam. Jedno musiałam ustnie, nie wracajmy do tego przykrego wydarzenia, ale jednak zdałam. Cieszę się niezmiernie, bo w pierwszym semestrze były do zdania takie przyjemne przedmioty, jak anatomia, neurologia czy genetyka, które były po prostu trudne, a także teoria wychowania, która używa dużo trudnych słów. Możnaby się spodziewać, że jak ktośchce dostać kiedyś magistra, to zna trochę trudnych słów, ale to jeszcze nie jest ten poziom. 😉
Koniec sesji, potem był luty. Co ciekawego jest w lutym? O, walentynki były! Booking.com do mnie napisał. "Zatrzymaj się w miejscu, w którym się zakochasz!" Tak było w mailu. Rozumiem, że to przestroga. I co zrobiłaś? Zapytała moja mama, kiedy to opowiedziałam. Wzruszyłam ramionami: no i się nie zatrzymałam. Widocznie było drogie, nie wiem.
Oprócz walentynek były ferie, jak mówiłam, priorytety trzeba mieć. A w ferie wreszcie czas na to, żeby chwilę pobyć ze sobą. Pamiętam, że siedziałam sobie na dywanie, czytałam sobie książkę i jadłam chipsy. Tak będzie w niebie, wiesz, Czytelniku? Będę miała swój dywan, swoją książkę, swoje chipsy i będę się budzić bez poczucia ogromnej odpowiedzialności i że na bank jeszcze czegoś nie zrobiłam. Tak w ogóle, to polecam listy zadań. Ja sobie piszę sama do siebie na messengerze, co mam zrobić następnego dnia i potem to robię. Zazwyczaj. Przykładowo ten wpis na blog powinien być na tej liście od jakichś dwóch tygodni.
Z tym, że tak: na studiach nowy semestr i kompletnie nowe zajęcia, swoją drogą całkiem sensowne, poza tym w fundacji wyjazdy, konsultacje i nasza własna konferencja… A w ogóle, to zimno jest! I jak tu pisać, skoro niby kwiecień mija, a słońce w Warszawie tylko przejazdem?

Skoro tyle się dzieje i niby wszystko w porządku, to o co chodziło z początkiem wpisu? Fakt, wypada wyjaśnić.
Ten błąd: problem z klawiaturą, naciśnij klawisz, aby kontynuować, okazuje się całkiem życiowym komunikatem. Chciałabym się cieszyć, że zdałam sesję, ale ciężko mi się cieszyć, kiedy zdaję sobie sprawę, ile z uzyskanej wiedzy pamiętam, ile z niej mi się przyda i ile tak naprawdę przeczytałam. Mówią mi ludzie, jak to fajnie, że w pracy mamy możliwość wielu wyjazdów i projektów, ale kiedy kolejny raz nagle wypada coś w ostatniej chwili, nagle okazuje się, że wymaga się od nas pięćdziesięciu dokumentów na wczoraj, kłócimy sięze światem i ze sobą, bo ludźmi jesteśmy i po prostu chcemy, żeby się coś w końcu udało… Wtedy te komentarze ludzi są troszkę bezcelowe. Chciałabym, wreszcie, powiedzieć, że robię coś z muzyką, dźwiękiem, słowem: tym co zwykle. I często siedzę sobie w moim wymarzonym pokoju, z instrumentami, wymarzonym sprzętem i, co niezmiernie ważne, drzwiami i co? I tyle mnie od tego dzieli, żeby nacisnąć ten pierwszy, jakikolwiek klawisz. Jak zaczniesz, jużpójdzie. Jak podniesiesz się z łużka, jak przestaniesz rozmyślać o tym, co nie wychodzi albo nie wyjść może, czasami potem już jest łatwiej. Już idzie. Ale naciśnij jakikolwiek klawisz…
Dlatego ostatnio nie czytam, dlatego ostatnio, również, nie piszę postów. Bo najpierw chciałam być zadowolona z czegokolwiek, a być może zwłaszcza chciałam wreszcie być zadowolona z czegokolwiek, co ja zrobiłam. Ale żeby być zadowolona chociażby z tego wpisu, to muszę go, witamy w błędnym kole, napisać. No więc naciskam te klawisze, problemu z klawiaturą nie obserwując i staram się wypisać to, z czego jestem zadowolona.
Istnieją ludzie, którzy zawsze mnie rozumieją. Istnieją ludzie, którzy powoli i nieustępliwie uświadamiają mi, że w sumie, to ja nie jestem taka zła, jak mi się zdaje w różnych aspektach. Istnieją ludzie, którzy potrafią sprawić, że chce mi się wstać, nawet, jeśli to jest piąta czterdzieści pięć rano, a to już jest osiągnięcie!
A propos osiągnięć, uczę się Logica. Ja wiem, piszę od tym od zawsze, ale teraz serio, lekcje mam. Andre, nie przeczytasz tego, bo język polski jest ci tak samo opcą, jak i zbędną umiejętnością, natomiast po angielsku też Ci już mówiłam, że pomagasz mi znowu znaleźć moją chęć do robienia muzyki.
O właśnie, czytelniku, ogłaszam, że aplikacja Ableton Note na system IOS jest dostępna dla niewidomych! Jak ktoś nie wie, objaśniam, ABleton jest najpopularniejszym programem do tworzenia muzyki na świecie, dostępny nie był absolutnie, w rzadnym wymiarze i nigdy, teraz natomiast przynajmniej maleńka, mobilna wersja do tworzenia szkiców, dostępna, jak najbardziej, jest. Lubię takie nowinki techniczne.
Troszkę więcej nowinek, w środę wychodzi dokument o Sheeranie, a w piątek nowa płyta. Szukam plusów, szukam plusów! Swoją drogą płyta nazywa się minus. Czytamy subtract.
Jakie jeszcze plusy? Kółko i krzyżyk, jak i inne nasze fundacyjne gry i wydruki zaprezentowane na konferencji 14 kwietnia. Całkiem nieźle wyszło, a poza tym kolejny raz okazało się, że nasze posty i wiadomości do ludzi mają sens i rację bytu. Jeśli możemy choć w niewielkim stopniu zmienić zdanie społeczeństwa o tym, czego niewidomi nie mogą, a raczej, co mogą, no to misja spełniona.

Dokładnie w tej sekundzie przesadzono mnie z pociągu do pociągu. Nie miałam pojęcia, że przesiadać się będzie trzeba, oni też chyba niezbyt bardzo, dobrze, że mi powiedzieli… Czyli plusem jest też to, że w życiu rzadko kiedy jest nudno. 😉
W ogóle, to kończę ten wpis w pociągu, którym wracam z Poznania. Miki, dzięki za zaproszenie, Moniu, dzięki za wsparcie. Tak w ogóle, ale podczas podróży też. 😉
Szybka anegdotka z podróży, dialog z pociągu:
– To ja pani pomogę, wezmę plecak. –
– Nie nieee, raczej nie, dziękuję bardzo. –
– Ale ja jestem konduktorem! –
– A ja jestem właścicielką plecaka! –
Kochani, pomoc to rzecz szlachetna, tak jest, ale podawanie plecaka przy drzwiach zatłoczonego InterCity jadącego przez pół kraju do najprzyjemniejszych nienależy. Niemniej dziękuję bardzo za ofertę!
Teraz natomiast, o, podobno często używam natomiast, wracam do domu i, od jutra, majowy weekend! Już mam na myśli ze 3 rzeczy, które w sumie powinnam zrobić, ale wyspać się może też uda. Kiedyś trzeba, zwłaszcza, że potem mam do zrobienia jednocześnie praktyki, resztę studiów i dodatkowe szkolenie, tym razem to ja szkolę. Korzystajmy z majówki!

Kończę ten wpis, Czytelniku, i mam nadzieję, żę od dziś kolejne będą się pojawiać nieco częściej. W końcu nacisnęłam jakikolwiek klawisz, aby kontynuować…

Pozdrawiam ja – Majka

Kategorie
co u mnie

Nowy rok, stare studia, a na zachodnim bez zmian, czyli jak wyglądały ostatnie tygodnie

– Czy ty w ogóle odpalasz swój nowy komputer? – Zapytał mnie pewnego dnia tata. – Ja na przykład chciałbym wiedzieć, jak działa! – Nasunęło mi się wiele rzeczy, z której najwyraźniejszą było, że to przecież ja mogę mu ten komputer odpalić, a sama czytać książkę na pedagogikę ogólną, notatki z anatomii, czy inne jakieśtakie niezwykle ciekawe…
– Tatuś, wyślę ci coś. – Powiedziałam zamiast tego spokojnie i wysłałam plan sesji. A raczej nie sesji, tylko całego stycznia z sesją, z uwzględnieniem nie tylko egzaminów, ale i pojedynczych kolokwiów i prac zaliczeniowych.
– Co pokazujesz? – Mama również się zainteresowała.
– Jak wygląda moje życie. –
– A jak wygląda? –
– Niech ci tata przeczyta. –
– Ja się zmęczyłem, jak to przeczytałem, ja nie będę tego czytał na głos! –
Z ulgą stwierdziłam, że porozumienie zostało osiągnięte.

Także tak, Czytelniku Drogi, święta, święta i styczeń, a styczeń, to taki niezwykły miesiąc dla studentów, w którym dużo myśli się o przyszłości i rozmaitych planach na tęże przyszłość, a także, czy jednak ta praca gdziekolwiek, to jest taki zły pomysł…? Zwłaszcza, że cholera wie, czy po pedagogice będzie inaczej…
Ja z kolei mogłabym pisać jutro anatomię, neurologię i genetykę na raz, gdyby ktoś mi obiecał, że podzwoni za mnie do tych różnych miejsc, w których gramy, graliśmy, albo chcemy grać koncerty, słowem, do obcych ludzi, których ja muszę o coś prosić. Miałam wrażenie, że stresowałam się przed badaniami kontrolnymi, egzaminami z fortepianu… zrewidowałam poglądy, stresować, to ja się stresuję przed rozmowami telefonicznymi. Co się ze mnąstało, Czytelniku? Kiedyś to mnie wysyłali, żebym załatwiała oficjalne rozmowy, bo wiadomo było, że uprzejma będę i że umiem gadać z "dorosłymi". Teraz ja jednego oficjalnego maila nie umiem napisać, to o co chodzi?
Żeby było śmieszniej, piszę smsy przez sen. Ja nie żartuję teraz, ostatnio wysłałam koledze link, który obiecałam wysłać, a potem smsa, który do połowy zdania miał ślad sensu, potem już ani śladu i nie mam pojęcia ani kiedy, ani po co go napisałam. Serio, ja nie piję, nawet nie potrafię wypić, takich ilości alkoholu! Czyli wychodzi nato, że przez sen. Zaczynam się bać, tak już drugi raz jest albo trzeci, co będzie później? O, może do kogoś zadzwonię? Cudownie! Nie będę musiała dzwonić na jawie!

Poza tym, to były święta, jak wspomniałam. Podczas świąt i sylwestra okazało się, że świat się może walić i studiować, natomiast najważniejsze jest, czy jesteśmy w dobrych układach z ludźmi, czy nie. Ale o tym, że ludzie ważni, to chyba napiszę w podsumowaniu roku, bo już to podsumowanie roku obiecywałam komuś, to muszę sobie coś na nie zostawić.
Za to napiszę, że dostałam ładowarkę indukcyjną do wszystkiego, mogę ładować telefon, zegarek i airpodsy na raz. Drugim, dość interesującym, prezentem był stojak na breloczki. Tak, Czytelniku, dostałam wieszaczki, jak w sklepie. ;p Okazało się, że mam sporo breloczków, jakoś też tak wychodzi, że zawsze je kupuję w ramach pamiątek. Uznaliśmy więc, że w sumie je zbieram i że fajnie bybyło tę kolekcję wydobyć z szuflad i pudełek. Teraz jest na tej szafce prezentowana w całości, a co jeszcze fajniejsze, po wigilii byłam pozostawiona w spokoju i mogłam sobie ten stojaczek sama złożyć. Ja jakoś lubię sama rozkminiać, jak trzeba coś skręcić, żeby było dobrze. Nie rozwalił się, stoi, więc chyba dobrze złożyłam.

A propos dobrze, kolejna historia z facebooka, bo kto widuje mojego facebooka, ten wie, ale nie matakiego obowiązku, żeby widywać. To opowiem. Niedługo przed świętami spotkałam się z Mishą, połazić po mieście i pogadać o czym innym, niż praca, bo to jednak potrzebne jest. Połaziliśmy, pośmialiśmy się, wracamy. On na studia, ja, w założeniu, z dworca gdańskiego do domu. Poniżej fragment postu:
Wsiadam do metra i siadam na wskazanym przez ludzi miejscu. To normalne, kiedy poruszam się samodzielnie, mnóstwo osób coś mi wskazuje. Zwłaszcza w taką pogodę, bez pomocy moich koleżanek z grupy, a nawet przypadkowo spotkanych ludzi, w życiu bym nie znalazła drogi przez nasz cudowny park przy uczelni.
Siadam, głos z sufitu informuje, że NASTĘPNA STACJA:DWORZEC GDAŃSKI. Pani, która wcześniej wskazała mi miejsce, zagaduje.
– A gdzie wysiadasz? –
– Na Gdańskim. –
– A słyszałaś, kiedy jest Dworzec Gdański? –
– Nooo! Słyszałam. – Uśmiecham się. W końcu są święta, nie? Pani mówi, że pokaże mi wtedy drzwi.
– A to pani wtedy wysiada? –
– Nie nie, ja dalej… –
– A, to OK, ja sobie dam radę, proszę pani, wiem, gdzie są drzwi. – Ale to ona może pomóc… tak tak, wiem, zapada cisza.
– A może ktoś z państwa wysiada na dworcu gdańskim? – Zagaduje głośniej kobieta. Ludzie są dobrzy, zgłasza się dziewczyna siedząca koło mnie z drugiej strony.
– A to może pomożesz dziewczynce? Bo się tam zgubi. –
– Nie, nie zgubi się, proszę pani. – Uspokajam, a uśmiech zaczyna mnie boleć.
– Nooo, ale to… wiesz, powie ci, gdzie próg, albo co, żebyś się nie potknęła. –
– OK, rozumiem, ja tylko mówię, żę tu bywam, dam sobie radę. –
– Aaa, pitolisz. – Zbywa lekceważąco kobieta. Poczułam coś w stylu zaszokowanego podziwu. Chciałam odpowiedzieć "wzajemnie" i, z całym szacunkiem, kochani, miałam pełne prawo to zrobić. Po czasie muszę powiedzieć, że w sumie spodobała mi się, lubię takich, co się kłócą, zamiast jęczeć.
– Słucham? –
– Ech, nic nic… – Mówi, bardziej do ludzi niż do mnie, jak dorośli, którzy zorientowali się, że za dużo powiedzieli przy dzieciach. – Wiesz, ślisko jest, żeby ci się nic nie stało… –
I tak dalej, i tak dalej… I znowu, tak samo, jak w sprawie taksówki, komentujący na fb już odpracowali sprawiedliwość, ale przeżycie było interesujące. To nie był koniec przygód, na tym dworcu jedna przemiła pani chciała mi kawę kupować… Poważnie mówię, że miła była, serio normalnie ze mną rozmawiała! To czemu chciała mnie nakarmić i napoić? Nie wiem, może jej wyglądałam na potrzebującą. Zimno było, buty mi przemokły, to fakt, ale żeby aż tak?
A właśnie, fajne buty kupiłam. I mikrofon. Nie w tym samym sklepie oczywiście. W sklepie z mikrofonem za to widziałyśmy z siostrą jedną panią, co się awanturowała i reklamowała, bo jej mikrofon nie miał wyłącznika. Ona stała obok mnie i nadawała tak głośno, że ledwo słyszałam samą siebie, natomiast ja rozmawiałam z moim ulubionym tam sprzedawcą, a nasz dialog przypominał trochę kabaret Tei z ich "z tyłu sklepu". Jest to? Nie ma. A tamto? Nie ma. A może… Nie ma! Yyyyy, a jest COŚ? W końcu doszliśmy do tego, że ten mikrofon jest. Dobra, to cokolwiek, ja chcę!
– Ale wiesz… – Ostrzegł mnie konfidencjonalnym tonem, – Z tym, że on… nie ma… –
– Nie ma wyłącznika?! – Rozpromieniłam się. – A to nie szkodzi, zdarza się! – No mówiłam, uwielbiam ten sklep!

Jak mikrofon jest, wypadałoby coś nagrać. Z tym, oraz kilkoma innymi postanowieniami wejdźmy w ten nowy rok. Mimo, że nowy rok nowym rokiem, a na dworcu zachodnim bez zmian. Reszta w podsumowaniu roku, Drogi Czytelniku.

Pozdrawiam ja – Majka

PS Tak tak Emi, tak tak, Zuziu, wy też tam będziecie!

Kategorie
co u mnie

5 cech, 9 wymiarów i 20 złotych, czyli między wieczorem w Londynie a świtem w Krakowie

Kiedyś, na pewnym wydziale architektury, padło stwierdzenie, że architekci są uważani za wariatów, bo normalny człowiek myśli o jednej, dwóch, może trzech rzeczach, a architekt, z konieczności, musi myśleć o trzydziestu. Mam wrażenie, żę zostałam architektem.

To może od początku.
Po pierwsze, to uznałam, że żebym uczestniczyła w wykładzie z prawa, musiałabym siedzieć. W sensie nie, że mnie to prawo wyciągnie z więźnia, czy coś, tylko, że leżeć mi nie wolno, bo zasypiam. Ogólnie podczas wykładów zdalnych zasypiam, jestem na nie uczulona psychicznie i fizycznie. Na szczęście akurat tego wykładu już nie będzie, egzamin z prawa zdałam we wtorek. Czyli, że jestem jużpoza prawem. Albo, że nie mam prawa, jak kto woli.
Skończyła się również anatomia. Na egzaminie dostaniemy silnie po pewnej części naszej anatomii, bo wiedza prezentuje się podobnie, jak na początku. Muszę się wziąć za siebie, jeśli chodzi o te wszystkie anatomie, neurologie i inne takie. W zeszłym tygodniu obliczyłyśmy z koleżankami z grupy, że nie ma tragedii, w sesji czeka nas tylko 7… sorry, 9 egzaminów. Dwa ostatnie są chyba zdalne… Albo ze zdalnych, kurcze, nie dobrze…
No, także mniej więcej tak mi idą studia. Pięć cech osobowości, dziewięć wymiarów temperamentu i 20 złotych na kawę i kanapkę. Bardzo dobre jedno i drugie. A propos dobre, aż się pochwalę.

W środku listopada, zupełnie niespodziewanie dla mnie i, jak już wspominałam, trochę przypadkowo, udało mi się polecieć do Londynu. Załatwianie czegoś późno mści się tak, że zamiast tanimi liniami leciałam, a raczej leciałyśmy, British Airways. Beciu, bardzo ci dziękuję, że przeżyłaś ze mną tę przygodę! W tych niezmiernie wygodnych… dobra, żartowałam, wcale nie jest tam tak wygodnie, w tych samolotach można wziąć więcej bagażu do kabiny, to za to się płaci, wcale nie za większą ilość przestrzeni życiowej.
Muszę powiedzieć, Czytelniku Drogi, że uwielbiam starty samolotu. Z londowaniem gorzej, uszy mi zatyka na długo i odpuszcza z trudem, generalnie boli. Na początku cudownie, na końcu boli i czekamy, czy mocno uderzy. Jakie to życiowe… W każdym razie podróż była niezbyt długa i już nas wita stolica Anglii.
Ktoś mi ostatnio powiedział, że Wielkiej Brytanii albo się niecierpi i szydzi się z niej i jej cech charakterystycznych, albo się ją kocha. Byłam w Londynie drugi raz w życiu, tym razem udało mi się zobaczyć londyński deszcz. I oto jest ten zalany deszczem Londyn, obrzydliwie mokro, bardzo zimno… Uwielbiam to miasto! Poważnie, uwielbiam całym sercem, mimo jego deszczu, mimo tego, że tam się przechodzi przez ulicę w jakichś losowych momentach, które pozostają dla mnie tajemnicą, a także pomimo faktu, że pomyliłyśmy autobus. No sorry, nie wpadłyśmy na to, że numer pojazdu może się zmienić już po tym, jak się wsiadło. Strasznie zmienne te autobusy. A do tego zmienił się na express, więc wybrał się znacznie dalej, niż planowałyśmy zajechać. No cóż, trzeba było wracać. Dobrze zgadujesz, Czytelniku, dokładnie tym samym numerem wracałyśmy. Oczywiście komunikację miejską też lubię, mimo tych interesujących niespodzianek.
Po wizytach rodzinnych i, równie długich, wizytach w metrze, dotarłyśmy do hotelu. Rany, pałac, nie hotel! Czułam się zbyt mało ekskluzywna, jak na to miejsce, serio.
Powinnam też wspomnieć coś o samym evencie, na który tam pojechałam. Bardzo miło jest zobaczyć tak dużo zaangażowanych w swoją pracę ludzi w jednym miejscu. Jeżeli spełni się choć połowa proponowanych tam rzeczy, będziemy żyć w szczęśliwszym świecie. Generalnie dotyczyło to dostępności urządzeń i programów do tworzenia muzyki i obróbki dźwięku. Po tym sympozjum upewniłam się tym bardziej, że wiem, czym chcę się zajmować w życiu. Konsultant dostępności nie brzmi tak źle, jeśli zawiera w sobie pracę dokładnie nad tym, co pokochałam te parę lat temu i tak mi zostało. A podczas tego wydarzenia zauważyłam, żę faktycznie miałam coś do powiedzenia. Coś, co nawet interesowało tych ludzi, co samo w sobie jest ciekawe, bo praktycznie wszyscy byli tam pięć razy bardziej doświadczeni ode mnie. Jeżeli moja praca miałaby polegać na tym, że mam okazję pogadać z bardzo dobrym muzykiem nie tylko o tym, gdzie się nauczył tak grać, ale także o tym, co trzeba zmienić w różnych firmach, a także, że herbata jest niezbędna do życia, to ja się piszę na taką robotę. Był Andre Louis, który jako pierwszy na świecie używał trybu dostępnościowego w produktach Native Instruments. Był Jason Dasent, producent i konsultant dostępności w paru sporych firmach, który, kiedy mówi o postępach w tym względzie, uśmiecha się częściej przez 5 minut, niż ja przez 2 tygodnie. Aż miło posłuchać, jak ktoś się tak cieszy z tego, że po prostu będzie nam lepiej i łatwiej. Nie można zapomnieć też o takim prywatnym szczególe, że to właśnie Jason zapoznał mnie z ludźmi, którzy kierują tym projektem. Było jeszcze mnóstwo osób, o których wcześniej albo tylko słyszałam, albo nawet nie wiedziałam, że są, że działają i wymyślają nowe rozwiązania starych problemów. Cieszę się, że mogłam w tym uczestniczyć i, po pięciu dużo ważniejszych osobach rozpocząć swoją wypowiedź w panelu dyskusyjnym od: cześć, jestem Maja i, jak my wszyscy, jestem nerdem.
Jak się w jednej sali zbierze sporo osób, które od najmłodszych lat nagrywały wszystko, co się dało, czym się dało, to takie mamy efekty. 😉 Efekty dźwiękowe…

Dobra, dalej, wracamy do Polski! W Polsce też jest sporo pracy, m.in. też w temacie dostępności. Przykładowo na początku listopada byliśmy z fundacją na targach tejże i czekało nas tam mnóstwo zaskoczeń różnej natury. Samo zainteresowanie naszym stoiskiem przerosło oczekiwania, za co wypadałoby nawet podziękować. Powyżej oczekiwań sprawiła się też drukarka, pracowała w niezwykle trudnych i stresujących dla siebie warunkach, a jednak dała radę! Kupimy jej nowy stół w nagrodę, albo coś…
Z drugiej strony zdziwiło nas, jak wiele skrajnych uczuć może wywoływać nie tylko nasza obecność na targach, ale nawet to, jak się ubierzemy, gdzie pójdziemy… Efekty są takie, że potem ktoś pisze, że go nie zawiedliśmy, a my przez dobre parę minut jesteśmy święcie przekonani, że chodzi o te cholerne stroje, a nie na przykład, tak nieśmiało przypominam, o druki! :d Jak jużsię ogarnęliśmy, śmiać się było z czego. Ale serio, przecież ja bym się nie odważyła tego wymyślić, nawet nie masz pojęcia, Czytelniku, ile komentarzy dostaliśmy wyłącznie na temat tego, czy bezpiecznie jest nosić w naszej sytuacji obcasy.
Śmiem twierdzić, tak swoją drogą, że znam bardziej niebezpieczne fakty z życia. Hulajnogi na środku przejścia, tak, żeby daleko nie szukać. Już pomijam to, że my w tych wysokich butach stałyśmy obok drukarki 3d. No wiecie, maszyna, rusza się, gorący plastik… No nic.
W każdym razie wymieniliśmy dużo miłych, a czasami pouczających i ubogacających doświadczeniami wiadomości, z czego należy się cieszyć. Dzielnie pracujemy dalej, zapraszamy do kupowania drukowanych przez nas gier, pomocy naukowych i wszystkiego innego, co wam potrzebne będzie. Kto wie, jak dobrze pójdzie, może nas kiedyś jeszcze jakieś gazety opiszą. O, może wysokie obcasy… O Jezu…

Zejdźmy z tych niebezpiecznych wysokości! W wygodnym i bezpiecznym, acz eleganckim, jak zawsze, stroju, wybrałam się pod koniec listopada do królewskiego miasta Krakowa, aby coś zarejestrować w studiu tam się znajdującym, znanym aż za dobrze. Co robią realizatorzy w studiu? Nagrania robią. Robią montaże. Robią… sobie jaja! Wiadomo!
– Coooo, brakowało ci tego, nie? – Zagadnął Stivi, kiedy siedziałam na studyjnej kanapie i starałam się nie przeszkadzać, bo poprzednia klasa jeszcze kończyła swoje lekcje. Dobrze jest tam wrócić, nawet, jeśli przez moment uczestniczę w czymś, co już nie może być moje. Ale ja swój wokal nagrałam, kolega, który wtedy miał zajęcia skorzystał z obecności jakiegoś tam pseudoartysty, więc wszyscy zadowoleni.
– Szefie, dobrze było? –
– Niewyraźnie, robimy jeszcze raz. –
– Szefie, a teraz? –
– No to słowo już mamy, teraz następne, trochę dalej. A w ogóle czemu tam jest tak nierówno? –
– No bo tak to wymyśliłam… –
– Nieeee no, to tak nie może być, trzeba inaczej! –
Porozumienie zostało osiągnięte wspólnymi siłami i jakoś tam to brzmi. Co mnie pozytywnie zaskoczyło to to, że udało mi się, chyba pierwszy raz w życiu, cały tekst, bez pomyłki, od początku do końca zaśpiewać. Kilka razy! Dodam, że to był mój tekst, a jak wiadomo, własnego tekstu nauczyć się najtrudniej. Piosenka się nazywa "świt".
Zupełnie za to mnie nie zdziwiło, żę królewskie miasto Kraków ma na mnie taki sam wpływ, jak kiedyś. Czarna dziura, gubienie wątków, tras i przedmiotów chyba jest tam tradycją. Jak to jest, że ja coś na 5 sekund z ręki wypuszczę i tego nie ma? Czarna dziura tam jest, serio!
Czarna dziura pochłonęła i moje przedmioty, i mnie, ale niestety musiałam wypełznąć już dzień później, no bo zebranie fundacji.
O fundacji już tu pisałam, z resztą troszkę za przyzwoleniem tejże, dodam tylko jeszcze, że mamy jużswoje ulubione hasła na zebraniach. W tym miesiącu są to:
Maja, co ty właściwie chcesz?
Ewentualnie: Ja to zapamiętałam inaczej!
No i moje ulubione: prezesie, nie spać!
A już niedługo w ogóle spać nie będzie można, bo się koncerty zaczną. Tóż po święcie niepodległości mieliśmy kolejną próbę. Przyznawać się, kochani moi współgrający, kto wam zrobił śniadanko?! :d Ale nie no, fajnie było. Intensywnie, jak zawsze, parę problemów organizacyjnych też nas nie ominie, z których pomylenie taksówki jest najbardziej zabawnym…
– Ej, imię, Przemek, powiedz: imię! – Podpowiadała gorączkowo Natalia, chcąc chyba uzyskać informację, jak się nazywa kierowca.
– Przemysław! – Odpowiedział posłusznie nieco spłoszony Przemek. Dostałyśmy takiego ataku śmiechu, że rzadne wyjaśnienia nie były możliwe i potem trzeba było zawracać auto.
Tu podziękowania dla Mishy i Klaudii, użerać się z całą naszą grupą, dodatkowo w sytuacji skrajnego stresu, to nielada wyczyn i wiele wam się za to należy. Ale cieszę się, że miałam kolejną możliwość siedzenia z częścią zespołu do którychś tam godzin nocnych i płakania ze śmiechu, już nawet nie pamiętam, dlaczego.

Widzę, że się cofamy w rozwoju, bo jesteśmy w połowie listopada, a mamy połowę grudnia. Co się dzieje teraz?
W tej chwili, to akurat raczej nic, bo choruję. Od pewnego czasu zbierałam się do tego grudniowego obowiązku, natomiast ostatecznie przekonała mnie środa.
Kto obserwuje mój facebook wie o historii, natomiast przybliżę ją w skrócie jeszcze raz. W środę przed południem miałam spotkanie, popołudniu natomiast miałam dotrzeć na uczelnię. Wyszłam ze spotkania trochę wcześniej, a w autobusie spotkałam znajomą siostrę. Spotkanie było w Laskach, siostrę też znam stamtąd, znała mnie, jak byłam taka mała, że mnie widać chyba nie było. No cóż, taka szkoła.
W każdym razie, rozmawiając z nią, zorientowałam się nagle, że mam prawie godzinę mniej czasu, niż myślałam. Pomyliłam plany zajęć, teraz jest inny, nie ma opcji zdążyć! Byłam jednak spokojna, przecież wezmę ubera, a znajoma siostra powiedziała, że pomoże mi znaleźć auto. Wszystko jasne i proste, no nie? Podjedzie na parking i go znajdziemy. No nie. Nie wiem, gdzie był ten uber, ani następny uber, trzeciego odwołałam ja. Po polsku, oczywiście, ani słowa, po angielsku jak wyżej, w skótek czego ja sobie mówiłam do niego dowolne wyrazy, on też coś tam do mnie mamrotał, porozumienia natomiast zero.
Dyskusję na temat, która korporacja jest lepsza i dlaczego tak się dziać nie powinno odrobili już wszyscy na facebooku, serdecznie dziękuję za wsparcie moralne! Przydało się, bo akurat na tych ćwiczeniach, o dziwo, naprawdę chciałam być i się wściekłam na ubery, kalendarze i świat w całości.
Ale teraz chciałabym się skupić na tym, że chyba nic na świecie nie jest przypadkiem. Ja tę siostrę widziałam w 2006 – 2007 roku, potem w zeszłe lato, no i teraz. Nie umawiałyśmy się, była maleńka szansa, że akurat ją spotkam w tym autobusie. Jeszcze mniejsza, że akurat będzie miała czas ponad 15 minut plątać się ze mną po Młocinach i marznąć, potem wysłuchiwać tego, co miałam do powiedzenia o uberze, a ja nie przebierałam w słowach… Sprawdzić coś w internecie, bo miałam tak zmarznięte ręce, że niezbyt mogłam pisać…
Siostro, pamiętam ostatnią scenę, kiedy siedziałyśmy w metrze, bo uznałam, że dobra tam, trudno, wracam do domu. Siedziałyśmy, ja nie wiedziałam, czy kląć dalej, czy się popłakać, a siostra pytała mnie, czy mam pociąg, czy sobie poradzę na stacji, a na końcu dała mi siostra ciastko.
Wiesz, Czytelniku drogi, w takich momentach chce się płakać tym bardziej, ale z takiego jakiegoś dziwnego wzruszenia, że czasem życie wygląda faktycznie, jak świąteczny film. Zimno, wali się wszystko, a ktoś ci tak po prostu daje piernika. "Wiesz, bo akurat wzięłam, żeby dać komuś, kogo spotkam."

Jest grudzień i pewnie jeszcze będę przed świętami życzenia składać, ale teraz ci życzę, Czytelniku, żebyś ty też w momencie, kiedy twój prywatny, istniejący w ten konkretny dzień, świat się wali, miał kogoś, kto cię zapyta, o której jedziesz i czy jesteś głodny. Tylko tyle i aż tyle. A że w tym miesiącu ja też parę razy dla kogoś byłam taką pomocą, to tylko lepiej. Może jest jeszcze jakaś nadzieja dla świata, choć szczerze przyznaję, że czasem znaleźć ją trudno.

Żeby nie szerzyć w internecie fałszywego obrazu idealizmu, to powiem, że kończę i idę dalej chorować, martwić się studiami, stresować służbowymi spotkaniami… A gdzieś po drodze może jeszcze pomyślę. O czymś bardziej inspirującym, przecież wypadało by jakiś nowy utwór napisać.
O radości i miłości, o nadziei i wolności… A nie, to nie ta piosenka. :p

Pozdrawiam i dobrego grudnia życzę
ja – Majka

PS: Na dwóch koncertach gram, 17 w Warszawie i 22 w Łodzi. Po więcej informacji zapraszam na fanpage Fundacji Prowadnica, tam wszystko jest!

Kategorie
co u mnie

Anatomia, psychologia i drobne elementy logiki, czyli co ja robię na tych studiach? Ja poważnie pytam.

Moja siostra stwierdziła, że w ogóle o niej nie piszę.
– Dobrze, Emi, napiszę o tobie cały wpis! –
– Kiedy? – Jakto kiedy, w marcu! Przecież na urodziny, no nie…? Mojej siostrze nie spodobał się ten pomysł i od kilkunastu dni pyta mnie albo o to, kiedy napiszę wpis, albo kiedy jej wyślę linki do naszych starszych, wspólnie nagrywanych, postów.
– Gdzie jest mój link? –
– Emiiiilaaaaa… Wyślę ci link! –
– Ale miałaś napisać, napisz! –
– Napiszę o różnych rzeczach, o tobie też. –
– Jutro. –
– Jutro nie mogę, mam studia. –
– Ale ty nie musisz jeździć na studia. –
– Jakto nie? –
– Nie musisz. Jesteśdorosła i możesz decydować o swojej edukacji. –
– OK, ale jutro mam fajne wykłady! –
– To w piątek. –
– W piątek nie mogę, bo jadę do Warszawy. –
– W taki mrazie wypadasz z tego łóżka! –
– Nie wykopuj mnie z tego łóżka, to moje łóżko! –
– To możesz sobie w nim spać w piątek, jak będziesz jechała do Warszaaawyyyy… –
Ten uroczy dialog prowadziłam z moją siostrą w środę wieczorem, a cała rozmowa odbywała się, nie wiedzieć czemu, w języku angielskim. Nasz poziom w tamtym momencie określiłabym jako youtube English, niby są błędy, ale każdy powinien zrozumieć. Także widzisz, Czytelniku, rozpocznę od Emilii, bo inaczej wykopią mnie z własnego łóżka, to raz, a dwa, te rzeczy są warte uwiecznienia.

No fakt, na studiach jestem. Od miesiąca, tak w sumie, dlatego warto chyba się tu odezwać na ten temat. Moja siostra ma rację, jestem dorosła i decyduję o edukacji. W studiach piękne jest to, że czasem może nastąpić dzień, w którym nasze serce, nasz mózg, ogólnie cały nasz organizm powie: NIE. NIE i już. I możemy nie iść. Oczywiście, jak nie przekroczymy limitu nieusprawiedliwionych nieobecności, no bo to jednak nie byłoby ładnie.
Ładnie natomiast prezentuje się nasz plan zajęć, jak na razie mam trzy dni robocze w tygodniu, a co jeszcze szczęśliwsze, akurat wolny jest piątek i poniedziałek. Czyli, że wreszcie dożyłam momentu, w którym weekend jest dłuższy od tygodnia pracy. No żyć, nie umierać!
Z tym, że ostatnio, to trochę umierać, konkretnie, to ze zmęczenia, bo mi się rozregulował rytm snu. No ale dajże spokój, czytelniku, jak się ma zajęcia we wszelkich godzinach, raz normalnie, raz zdalnie, tu papiery, tu robota, to akurat wieczorem / w pierwszej części nocy człowiek ma wreszcie czas, żeby porozmawiać, popisać z ludźmi, posłuchać muzyki, po… Potem jest trudniej, bo trzeba być na ósmą na wykładzie, z filozofii na przykład. O tej godzinie właśnie to mam w umyśle, filozofię z elementami logiki.
Ale OK, uczę się pilnie, przez całe ranki… Dobrze dobrze, spokojnie, wieczory też, niedługo będę kończyć przed 18. Za to za czytanki dużo bym dała, a raczej całe elektroniczne wersje podręczników, w dostępnym PDFie najlepiej. Już się stęskniłam za staraniem się o materiały w dostępnej formie. Za to strona do głosowania, używana na podstawach psychologii, jest całkowicie dostępna, lubię to.
To w ogóle jest jeden z lepszych wykładów, te podstawy psychologii. Kto kiedykolwiek był na studiach wie, że pierwszy rok składa się głównie z początków podstaw, elementów ogólnych wybranych zagadnień i wstępu do wstępu. No więc podstawy psychologii spoko, podstawy anatomii już trudniej, a filozofia z elementami logiki namnożyła mi ostatnio trochę bytów czysto-myślnych… NIE, nie ja to wymyśliłam, Platon to zrobił. Bardzo mi się podoba historia wychowania. MNIE. HISTORIA. To sobie imaginuj, Czytelniku Drogi, jaki to musi być dobry wykład!
Będąc przy wykładach, ja myślałam, że w pendolino jest mało miejsca do życia na jednego człowieka. Wycofuję to, tam jest luksusowo dużo miejsca w porównaniu do miejsc na auli. Stoliczek, krzesełko, człowiek nie wie, co rozłożyć najpierw, w ręku kurtka, plecak, kanapka, w moim przypadku laska…
– Postawić ci tu kawę? – Koleżanka z grupy uprzejmie przytrzymała mi kubek podczas rozładunku.
– Nieeee… – Zaprotestowałam słabo i, jak się okazało, nawet nie potrzebnie, bo moja towarzyszka niedoli doszła do podobnych wniosków.
– Faktycznie, zły pomysł! Przecież, jak gdzieśtu ci ją postawię, to i tak ją wywalisz, bo nie będziesz wiedzieć, gdzie postawiłam. To ja poczekam. – Boże, dzięki Ci za takich ludzi w grupie. Ja tę wdzięczność nawet wyraziłam na głos, że tacy wobec mnie są… no nie wiem, normalni? Nie obawiają się do mnie mówić tylko dlatego, że mam, jakby to ująć, troszkę mniejszy dostęp do slajdów na rzutnikach…
– Bo widzisz, ja pomyślałam, że to musi być dla ciebie męczące, takie dziwne mówienie, żeby może nie urazić, żeby nic nie powiedzieć… no kurcze, jakbyś nie wiedziała, że nie widzisz! – To ta sama koleżanka powiedziała, bardzo słuszne spostrzeżenie, moja droga.

A jak z tym niewidzeniem w końcu jest? Jeśli ktoś dopiero zaczyna czytać tego bloga, to nie wie, że od paru wpisów wspominałam o, ujmijmy to delikatnie, lekkim stresie związanym z rozpoczęciem nauki. Do zwyczajnego zdenerwowania studiami dochodzi u mnie jeszcze to, że nigdy nie wiadomo, jak nowe środowisko zareaguje na niepełnosprawność. Tak, ja wiem, ja poszłam na pedagogikę specjalną, trudno, żeby na ten kierunek szli ludzie, którzy mają problem z niepełnosprawnymi, no nie? Ale wcale nie trzeba mieć problemu, żeby odczuć obawę albo cokolwiek tam się odczuwa w takich sytuacjach. Z braku lepszego pomysłu uznałam, że po prostu zachowam się tak, jakby to było normalne. No bo w sumie, jakby nie patrzeć, jest. Dla mnie jest. Ja używam czytnika ekranu, więc nie wiem, co na zdjęciu. Zeskanuję sobie, a jak się nie uda, poproszę o pomoc. Ktoś pomoże z tym zdjęciem, ja chętnie pomogę z angielskim, albo wyślę notatki, jak mi jakieś sensowne wyjdą. Jeżeli ktokolwiek z mojej grupy to czyta, bardzo wam dziękuję za to, że jestem człowiekiem, a nie kosmitą, którego należy się bać.
Jasne, że tęsknię za brakiem rzutników, za tym, że były czasy, kiedy ogarniałam budynek, w którym się uczyłam, za tym, że rozmawiam z ludźmi i od razu wiem, jak mają na imię… Tak, to mnie jeszcze będzie długo dotykać, męczyć, będę się tego obawiać… Ale świadomość, że moja grupa jest faktycznie moją grupą, nie jestem poza, jest bardzo dobra.

Poza tym, mamy wspólnie więcej rzeczy, których należy się bać, tę anatomię na przykład. Albo wybrane zagadnienia prawa, z tym ostatnim mam problem, bo jest zdalny, ja tak nie umiem pracować!

A propos pracy, fundacja trwa. Tyle powiem. A z tym trwaniem wiążą się, oczywiście, pewne obowiązki.
– Juli, jak się idzie na ten PKS? –
– A ja nie wiem, ja tu nie byłam. –
– Ahaaaa, czekaj, ja też nie! – Zachodni dworzec nas nie pokonał, dotarłyśmy na miejsce, ale co się przy tym nazwiedzałyśmy stanowisk, to nasze. I jeszcze dialogi z ludźmi, nie zapominajmy o nich.
– Ale wy tak zupełnie nie widzicie? –
– No tak, zupełnie. –
– NIC?! –
– A no nic. –
– Eeee no, nieeee… Przed Bogiem mówisz? –
– Hmmm, no tak! –
– To ja myślałem, że coś widzisz. –
– Chyba sercem, proszę pana. –
– Nieeee, sercem, to raczej nic… – Nie wiem, czy mówił o moim sercu, czy o własnym… Po mnie jakoś było widać brak uczuć ludzkich, czy jak? To przecież było jeszcze przed jazdą PKSem!
Jak będę sławna i bogata, to wszędzie mnie będąwozićNIE PKSem.

Sławna i bogata może i nie będę, ale ostatnio trochę się tak poczułam. Story time.
Od lipca biorę udział w projekcie, który dotyczy dostępności sprzętu i programów do produkcji muzyki dla ludzi z problemami ze wzrokiem. Wypowiadali się niewidomi i słabowidzący producenci i dźwiękowcy o ile rozumiem. W tym wypowiedziałam się ja, dwa razy w lipcu miałam takie sesje, a raz wzięłam udział w ich podcaście, to z kolei wrzesień. Po otrzymaniu zapytania, czy wezmę udział w podsumowaniu projektu w listopadzie, zgodziłam sięchętnie, bo i ludzie fajni, i projekt. Ostrzegłam tylko, że wszystko fajnie, spoko, ale ja zaczęłam studia, to raz, więc nie wiem, jak z czasem, a dwa, troszkę mnie nie stać na wyjazd do Londynu, gdzie odbywa się to wydarzenie. Jest hybrydowe na szczęście, i osobiście można być, i online, no to czy ja bym mogła się wypowiedzieć online i czy to nie problem. Odpisali. Pewnie, że nie problem online, a tak poza tym, to oni nie wiedzą, czy mogą załatwić mi lot i kwaterę, ale chętnie sprawdzą. O, czekaj, to zmienia postać rzeczy, to sprawdzajcie na zdrowie! Niezbyt chciałam się nastawiać, uznałam, że, jak nie będą mogli, to chociaż będę miała pretekst do wyrobienia paszportu… I wiesz, Czytelniku, za 3 tygodnie lecę do Londynu. 🙂 A na lotnisku przywita mnie tłum dziennikarzy… z kwiatami… Nie no, tak serio, to pewnie tylko deszcz. Nie prezentów ani pieniędzy, taki zwykły, londyński. Postaram się nawet zrobićrelację, no bo to jednak wydarzenie. W ten sposób, to ja mogę pracować. 😉 Muszę tylko zobaczyć, jakie teraz dopuszczająwielkości bagażu, bo jak znam wymogi różnych linii lotniczych, to do tej torebki zmieszczą mi się dwie koszulki, spodnie, szczotka do zębów i ręcznik. Laptopa jeszcze muszę zabrać, dobra, to nie zabieramy ręcznika, jak coś, się kupi na miejscu. Wiecie może, gdzie w Londynie dostanę… Ej, a słuchawki gdzie spakować? Jezu, znowu jak pakowanie przy końcu roku! Dlaczego?! Sylwia, pomocy!

Jak już jesteśmy przy pomocy, ostatnio wykształciła się u mnie i Emili forma współpracy polegająca na tym, że ona jest przewodnikiem, a ja dorosłym opiekunem i w ten sposób chodzimy np. na koncerty. To tak przy okazji sprzętów do tworzenia muzyki. Ostatnio np. byłam z nią na koncercie kogoś, kogo absolutnie nie znałam, to ona musiała mnie wprowadzać w historię. Całkiem zabawnie zaczyna być już w kolejce, zwłaszcza, że kolejka jest tak długa, że stojący na końcu ludzie, mam wrażenie, nie zawsze wiedzą, co tam na początku właściwie jest. Wewnątrz lokalu natomiast okazało się, że naszym ulubionym zajęciem jest wyszukiwanie takich miejsc, żeby dało się jednocześnie patrzeć i siedzieć. Ja byłam bardzo zmęczona, EMilę bolał brzuch i obie byłyśmy jakieś takie niezbyt rozentuzjazmowane, do momentu, kiedy:
– Majaaaa, idziemy kupić kazoo! – Stwierdziła Emila, podnosząc się z podłogi.
– Cooo, żartujesz? A są? To czekaj, to ja też chcę! – Okazało się, że nie działa nam aplikacja banku, w skutek czego mamy jedno ,wspólne kazoo. Nasi rodzice mają dość ciekawe życie. Spodziewają się, że wrócimy, opowiadając o wokaliście i jego gitarze, a zamiast tego, po powrocie, ja z dumą opowiadam, na co wydałyśmy te samotne dwie dychy, podczas gdy Emila wygrywa… Wygrywa? Wyśpiewuje? Czy co to tam się robi na kazoo, o ile pamiętam, careless whisper.

A propos wykonawców, Misha usłyszał AJR. Nie ma za co. 🙂 Nie znałeś ich, a teraz słyszysz ich piosenki w dźwiękach metra. I z kim ja mam takie dziwne rozkminy mieć, jak nie z tobą? Ciekawe, czy to się leczy, no nie?
Na koncercie AJR też ostatnio byłam, to jest nie po realizatorsku głośne, ale zawsze jest warto. To jest zespół, który na pierwszej płycie wspomniał o protoolsie, drugą płytę nazwał "the click" i przynajmniej w dwóch piosenkach metronom występuje, jako równorzędny instrument, na płycie trzeciej umieścił piosenkę o przeprowadzce z rodzinnego domu z prośbą, żeby może jednak nie wyrzucali lego, a na ostatnio wydanym albumie w jednej piosence występuje facet, który jest głosem nowoyorskiego metra. Jak ja mam ich nie kochać? Jedyne czego żałuję, to, że nie wyszli rozdać autografów po koncercie. I jak oni się teraz dowiedzą, że też używam protoolsa?

Właśnie, muszę poogarniać parę rzeczy muzycznych, w pro toolsie i poza nim. Poinstalować wtyczki, pograć, generalnie zasłużyć na ten Londyn. Ehhhhh… a miałam się uczyć… Ale do czwartku jeszcze trochę czasu… Jak w takich warunkach skupić się na studiach? A skupić się jednak trzeba, miesiąc temu świętowałam z Zuzią Human jej obroniony licencjat, swoją drogą dzięki za zaproszenie, Zuzu, a ja co? A ja siedzę i tiktoki oglądam. :d

Kończę, idę nie pracować.
Życzę Nam naprawdę dobrze.
ja – Majka

PS: No nie, bez tej piosenki nie da rady, proszę bardzo.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Nowe etapy, stare znajomości i któryś z kolei tramwaj, czyli strumień świadomości człowieka nieco zestresowanego.

Drogi Czytelniku,

Nie wiem, jak zacząć ten wpis, ale myślę, że niezłym pomysłem jest umieszczenie go dzisiaj. Zaraz zacznie się tyle nowych rzeczy, że zapomnę, co chciałabym opisać, a i z siłą do pisania może być różnie. Opowiem więc o tym wrześniu, puki jeszcze go pamiętam.

Wrzesień zazwyczaj był dla mnie miesiącem trudnym i to wcale nie dlatego, że się wracało do nauki. Szkoła zwykle mi nie przeszkadzała, przeszkadzały mi okoliczności towarzyszące. Tak się jakośdziwnie składało, że dużo było takich razów, kiedy we wrześniu coś traciłam. Jakąś możliwość, dobry kontakt, wiarę w ludzi… Wiesz, Czytelniku, takie różne. Tegoroczny wrzesień skończył się piątek. Co działo się przez ten czas?

Po pierwsze, to najbliżej początku września, odebrałam papiery! Jestem technikiem realizacji nagrań, oficjalnie, legalnie, po polsku i po angielsku, jakby ktoś wymagał. Muszę przyznać, że robi to na mnie wrażenie. Powiedziałam, że zrobię realizację. Powiedziałam to już 10 lat temu. No i mam, zrobiłam. A to nie jest takie częste, Czytelniku, że ja mówię, że coś zrobię i potem to dochodzi do skutku. Jeszcze tylko teraz mieć jakieś zlecenia, to by było dobrze.
Po papiery wybrałam się do Krakowa, miasta królów, dźwiękowców i gadatliwej komunikacji miejskiej.
Wszyscy byli mili. Zaczynając od środy, kiedy to Piotr wyszedł po mnie na dworzec tylko dlatego, że wiedział, że nie do końca wiem, jak dotrzeć do tramwajów. Widzieliśmy się krótko, ale cóż, w tych czasach żyje się szybko. Pod swój dach przyjął mnie Kuba, z którym, niestety niestety, tym razem nie obejrzeliśmy kolejnej części Avengersów. Nie było na to czasu, bo rano wyruszałam do szkoły. Przyjechałam, odebrałam dokumenty i… i co, i koniec? Gdzie tam, do dwudziestej tam chyba siedziałam. Może i nie u siebie byłam, ale na pewno byłam w domu.
W studiu przywitali mnie moi mistrzowie zawodu. Akustyki mistrzu nasz, ojcze naszej klasowej zbieraniny, zrobił Pan najlepszą EPkę tego roku! Fajnie, że się udało spotkać. Panie Damianie, Pan mnie do Krakowa przyprowadził, a teraz, kiedy z niego wychodzę, też mnie Pan szanowny musiał wysłuchiwać. Żeby na jedynym okienku nie iść jarać, tylko gadać ze mną? TO! To jest poświęcenie! No i Szefie, dziękuję za kawę. Nie musiałam przynosić własnej, poświęcenie, jak wyżej. 😉 No i za wszystkie godziny dostępności, wiadomo, dziękuję również.
Tym razem przeszkadzałam w lekcjach czwartej klasie technikum.
– Ej, no i co, no i co, nauczyłaś się już wkręcać kartkę do perkinsa? – Takie pytanie od kumpla przywitało mnie praktycznie w drugiej minucie zajęć. Wyjaśnienie, perkins to jest taka maszyna brailowska, do pisania, akurat ja miałam inną i faktycznie, obsługa ustrojstwa pozostaje dla mnie zagadką. To ja do ciebie szłam po pomoc, po wspomożenie, jako do członka naszej realizatorskiej rodziny, a ty mi tutaj wypominasz takie… No nieeeee… Trrrrrragedia. Ale na zajęciach fajnie macie. Szef przywiózł egzotyczne instrumenty i wszyscy próbowali grać. Próbowali, to jest dobre słowo, nikt nie umiał. Do pewnych rzeczy trzeba odpowiednich mistrzów, nie konkuruję z nimi. Najlepiej szło naszemu wychowawcy, panie Marcinie, jak Pan nagra te ćwierćskrzypce, to ja czekam na efekty. 😉
W internacie też mnie jeszcze pamiętali, ciekawe czemu. Przecież nie dlatego, że złamałam klucz… Albo, że ciągle zamawiałam ubereats i sobie jadłam w gospodarstwie te makarony… Napewno też nie dlatego, że kiedyś się spóźniłam… 45 minut, co to jest? ;p
Mam wrażenie, że będąc tam widziałam wszystkich, i z policealnej, i z internatu, i z muzycznej. Kiedy wracałam, lał deszcz. Miasto płacze wraz z nami, Czytelniku.

Ale na smutek nie ma czasu, rano pociąg do Gdyni i na próbę do koncertów. Jak ja na tę próbę dotarłam, to ludzkie pojęcie przechodzi, bo zawirowania były różne. Oszczędzę Ci tego, Czytelniku, ale klasy pierwszej w expressach, mimo, że pierwsza, NIE polecam. Serio, zimno i niewygodnie, jak w całej reszcie pociągu! A herbatki dają, owszem, dokładnie tyle, że to się w nakrętce od termosu zmieści i mniejsze prawdopodobieństwo, że ze stołu zleci. A mój laptop, swoją drogą, zleciał. Naszczęście podróż przeżył, czego nie można było powiedzieć o mnie.
Z tego dnia \najlepiej pamiętam McDonald w Gdyni Głównej, w którym siedziałam i tłumaczyłam przez telefon różnym bliskim osobom, że generalnie, to ja mam dosyć świata.
Od razu ogłaszam, szczególne podziękowania należą się tutaj Adrianowi. Podziękowania, przeprosiny, wyrazy uznania i jeszcze co tam chcesz. Nie dość, że jechałeś bez biletu, jakby nie patrzeć, przeze mnie, to jeszcze wytrzymywałeś potem mnie zmęczoną, smutną i, to chyba najgorsze, głodną. Adrian pojechał z nami na próbę, aby zostać naszym dodatkowym basistą, dorywczym perkusjonalistą, pierwszym widzem i głównym kablowym. Oddzielny realizator, to jednak jest KTOŚ! Wspieraliśmy się dzielnie, ja go teorią, on mnie praktyką, a i tak wyszło na to, że jak nie ma kabelka, to nie ma kabelka i nie poradzisz. No cóż, pół akustycznie też powinniśmy umieć grać. Próbę zaliczam do pracowitych, dość dziwnych, ale udanych. Dziewczęta, ile my mamy z sobą do obgadania, o, sympatyczny Boże!
Dobrze, że tam jeździmy. To zdanie podzielają chyba wszyscy członkowie zespołu. Każdy w innym momencie życia i prywatnego, i zawodowego, jedni chętni do pracy od początku do końca, inni zmęczeni ogółem wszechświata, ale jak raz czy dwa mają pomysł, to NIKT takiego nie ma… My się musimy raz na czas spotkać, razem pograć, razem zmarznąć, razem wypić i razem zrobić coś fajnego. A tematów tabu nie ma, zwłaszcza, jak się gra w tabu przed obiadem. 😉

Z próby wróciłam w poniedziałek, w drodze powrotnej pękając ze śmiechu, bo kierownik pociągu miał głos bardzo podobny do Adriana.
"Ej, Adrian, nie chwaliłeś się, że dorabiasz w pendolino." Napisałam na grupie zespołowej. Niebawem nadeszła odpowiedź: "Cicho, nie przeszkadzaj, zaraz znowu będę czytać!"
Cóż zrobić z tak pięknie rozpoczętym tygodniem? Właśnie niezbyt pamiętam ,co to tam się wtedy działo, wiem, że plany zmieniały mi się, jak w kalejdoskopie, dużo było ustaleń troszkę na ostatnią chwilę, a przy okazji zaczęło do mnie docierać, że już jest połowa września. Czyli, że niedługo październik, w październiku studia, Jezus Maria, nic nie wiem, nic nie umiem, boję się…
Trudno jest byćnerwowym człowiekiem w takim momencie. Początek studiów nie wygląda dla mnie, jak nowa, ciekawa przygoda, tylko, jak taki strumień świadomości:

O Jezu, nie działa usos, ale on rzadko działa, a jeśli tylko mnie nie działa? To nie będę czegoś wiedzieć, i będę musiała pytać, i ktośmi odpowie, a tej odpowiedzi nie zobaczę, bo tam jest tyle wiadomości na tym messengerze. O, oni też piszą, że nie działa, wysyłają zdjęcia, co jest na zdjęciu? Pewnie coś ważnego, na pewno coś ważnego! A nie, to mem, bo są reakcje z uśmieszkami, pewnie jakiś o studiach… Trzeba aktywować maila uczelnianego, niemogęzmienićhasła, oni mogli, dlaczego, pewnie coś źle robię, ale nie, wszystko dobrze… To konto microsoft nieistnieje! A właśnie, że istnieje, ja widziałam! Oni chcą się spotkać przed adaptacyjnym dniem, ja też chcę, ale przecież jeszcze dwa tygodnie, to po co umawiać godzinę, za dużo informacji! TO wycisz grupę…? Nie mooooogęwyciszyć gruuuuupy, tam może być coś ważnego! O, mem…
I tak dalej, i tak dalej, swoją drogą na fundacyjnej potrafimy odwalić coś całkiem podobnego, jak nam się szykuje coś trudnego organizacyjnie.

A jeszcze do poniedziałku trzeba się było ogarnąć, bo w perspektywie wycieczka do Krakowa. Przy ostatniej mojej tam wizycie zostałam poproszona o poprowadzenie lekcji. Nie na darmo się na pedagogikę idzie, no nie? Tak konkretnie, to miałam kilku ósmym klasom powiedzieć na lekcji edukacji dla bezpieczeństwa, jak niewidomi radzą sobie w życiu i z czym, jak należy im pomagać, a jak, co ważniejsze, NIE należy. Do takiej lekcji trzeba się przygotować, dobrze wyspać…
Z tej okazji napisałam sobie 5 punktów notatki w braillu, spakowałam plecak i zorganizowałam weekend ze znajomymi.
Klaudi, nie ma słów, którymi jestem w stanie opowiedzieć, jak to dobrze, że mogę być przy Tobie sobą. I wierzę całym swoim sercem, że nie tylko ja mogę docenić tę możliwość.
A w ramach wysypiania się, to ja nie wiem, czy ja przez ten weekend przespałam więcej, niż 6 godzin w całości, w tym większość z niedzieli na poniedziałek. Przy okazji niedzieli i poniedziałku, Kuba, życie mi ratujesz poraz kolejny. A przed noclegiem zajrzałam na chwilę do EMila, kumpla z różnych internetowych rozgrywek RPG. Sorki, że jak w końcu udało się pogadać, to byłam do tego stopnia nieprzytomna, że rozmawiałam o czymś 15 minut, a potem nie pamiętałam, o czym była konwersacja. Poprawię się.
Przez te dwie krakowskie wizyty musiałam się jeszcze bardziej zaprzyjaźnić z komunikacją miejską, zazwyczaj o jakichś nieludzkich godzinach wieczornych / porannych. Przyznaję jednak, że całkiem chętnie wspominam te chwile, kiedy wiózł mnie ten pięćdziesiąty z kolei tramwaj, w jakieś miejsce, w którym byłam może raz w życiu. Kraków, to jest jednak ciekawe miasto.
Tak na marginesie, poprowadziłam trzy lekcje i już byłam zmęczona, nie wiem, co ja robię na tej pedagogice. 😉 Chociaż, po zastanowieniu dodać muszę, że to mogło być związane z trwającym wtedy procesem ocieplania budynku. Czyli, że cały czas darły się jakieś wierrrrrtarrrrki, a żeby je przekrzyczeć musiałam drzeć się i ja.
Po tych fantastycznych wydarzeniach nadszedł czas na wybieranie się do domu. Pogoda nie mogła się zdecydować. Niby miasto płacze, ale nie do końca, bo słońce jest… Kawa na dworcu głównym też jest, bardzo dobra. Wyszło na to, że jak nie wiadomo, co zrobić, to trzeba napić się kawy. W pociągu mnóstwo pracy fundacyjnej, głównie po to, żeby się jakoś trzymać.

I cóż, Czytelniku, generalnie tygodnie września polegały na tym, żeby się trzymać, bo, co by nie mówić, trochę się stresuję. Przy czym "trochę" jest tu takim blogowym złagodzeniem sytuacji, żeby nie musieć ośmiu wpisów o tym pisać. Od paru tygodni wnętrze mojego wygląda, jak strumień świadomości opisany powyżej. Także mówię, tu można przeczytać złagodzony wycinek świata. Nowe miejsce, nowe sytuacje, nowi ludzie. Miejsce można poznać na orientacji i ja to niby robię, choć ostatnie zajęcia podsumowałam słowami: proszę pani, nadejdzie kiedyś taki dzień, że ja przejdę tę trasę i nie zrobię idiotyzmu! Ludzi też pewnie się stopniowo pozna, choć będą musieli się przyzwyczaić do uprzejmego: a przypomnisz swoje imię? Będzie im to towarzyszyć przez jakieś pół roku teraz. 😉 Nowe sytuacje, to chyba na razie po prostu szkoła, a uczyć się akurat w miarę umiałam. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę umieć jeszcze coś poza tym, bo z tym robieniem muzyki jak było ciężko, tak jest nadal. Dwa presety na syntezatorku zrobiłam, to ważne! :d

Podsumowując miesiąc. Dziękuję tym, co mi przypominali, że pamiętają, że myślą, że są. Werka, przyjeżdżaj częściej i nie resetuj mi psa, bo szczeka na obcych. Juli, Dawid, wasz dom gości mnie niespodziewanie często, dobra jest ta kawa! I Herbata też! :d Misha, witaj w kraju, zobaczysz, jakoś się tych studiów nauczymy. Mati, dzięki za gościnę twoją, miło było nadrobić parę miesięcy nie gadania.
A to są akurat ludzie, z którymi się ugadałam w ostatnich dniach na krótrze lub dłuższe spotkania. Są też osoby, z którymi akurat nie mogłam. Ale oni wiedzą, że byli, są i będą, więc wymienię ich następnym razem. :d

W każdym razie, trzymajcie kciuki. Jutro zaczynam nowy etap. A czy stare etapy się kończą? Jak dla mnie mało co w życiu się tak serio kończy. Jak w jakimś wierszu, przynajmniej można usiąść na ławce, powspominać… A jeśli zapytają mnie, ile razy jeszcze będę siedzieć na tej przysłowiowej ławeczce i wspominać, odpowiem: tyle, ile mi życie pozwoli, to pewnie będę. Bo etapy u mnie rzadko się kończą, po prostu przychodzą nowe.
Na takie drobne szczegóły, jak stres, nie ma co zwracać uwagi. Trudno, żeby słońce przestało świecić, czy coś. Ale czy coś w tym wrześniu straciłam? Chyba nie, a jeśli nawet, z bólem się to nie wiązało.

Pozdrawiam ja – Majka.

Kategorie
co u mnie

Kilka tematów, co je miałam poruszyć, czyli koncerty, sentymenty i NGO

Witajcie!

Wpis ten powstaje z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że mam jakąkolwiek siłę go pisać, a po drugie, parę osób mówiło mi w różnych momentach, że powinnam napisać o konkretnych rzeczach. Pomyślałam więc, że to zrobię teraz.

Po pierwsze, koleżanka mi powiedziała, że powinnam napisać o koncercie, jak było i dlaczego lubię koncerty, bo ona, to w sumie nie lubi.
Dwudziestego szóstego byłam na koncercie Sheerana w Warszawie. Ehhhh, ten nasz narodowy stadion… Fajnie, że jest, ale o Chryste… Gdzie…? Jak…? DLACZEGO…?! No akustyką dobrą to nie grzeszy. I to nie jest kwestia, że cośjest źle zmiksowane od ich strony. Od ich jest dobrze, to pomieszczenie odpowiada, jak odpowiada. A organizatorzy, jak widać, za nasz słuch NIE odpowiadają. Sheeran, jak już kiedyś pisałam, i tak wychodzi z tego obronną ręką, konkretnie tą ręką, którą gra na gitarze. Zwykle jest tylko on, gitara i looper, wtedy stadion zachowuje się jakotako przyzwoicie. Na koncercie byłam z EMilą i zgodnie stwierdziłyśmy, że supporty słychać było lepiej nie z sektorów, tylko z przed tych bramek przed wejściem do konkretnych sektorów. Bardzo dobrze, można sobie w spokoju zjeść. Kolejek zero, taki koncert, to ja rozumiem! 🙂 Oczywiście na główny występ już poszłyśmy zająć miejsca.
Sam występ Sheerana nieco inny, niż w 2018, bo już nie tylko on był na scenie. Czy sprawił to aranż niektórych piosenek, czy po prostu pomysł na urozmaicenie, faktem jednak jest, że przyszedł czas na zespół. Do tej pory Sheeran występował z zespołem tylko w telewizji, teraz wyruszyli z nim w trasę. Nie grali jednak we wszystkich utworach i myślę, że równowaga między zespołowymi a looperowymi była bardzo fajnie zachowana. To, co mogło być ulepszone ulepszyli, jeśli coś było przyspieszane, nie szkodziło, jeśli cośbyło zmieniane, zmieniali z głową, a to, co powinno być nadal grane z loopera i pozostać w swojej niezmienionej, ulicznej formie, właśnie takie było. Setlista zróżnicowana, cofnął się do starszych numerów, za to nie zagrał niektórych nowych. Pewnie też dlatego, że przez pandemię trasa nastąpiła po dwóch płytach, a nie jednej. Pewnie, że brakowało mi niektórych kawałków z "equals", np. "leave your life" czy "first times". Z drugiej strony usłyszałam te bardziej rockowe kawałki, całe dwa, jakie ma w dyskografi, czy też, ze starszych rzeczy "I’m a mess", które na samym początku koncertu fajnie pokazało możliwości zapętlania głosu. Nie można teżzapomnieć, że, z rzeczy najstarszych, zagrał "lego house", a że to była moja pierwsza ulubiona piosenka Sheerana, nawet ja się wzruszyłam, a ja rzadko mam łzy w oczach podczas wydarzeń.
I to jest chyba odpowiedź na pytanie, czemu lubię koncerty. W przypadku Sheerana na pewno dochodzi do głosu też to dziwne wrażenie pt. o, ten gość jest w tym samym pomieszczeniu, co ja! Oczywiście w tym przypadku, to troszkę duże pomieszczenie, ale jednak. Po drugie samo uczucie, które towarzyszy słuchaniu muzyki na żywo, to, że nie tylko słyszysz dźwięk, ale teżgo odczuwasz, przekonujesz się, czy i jak ktoś umie grać, ale też sam / sama odbierasz muzykę inaczej. No i trzecie, najważniejsze, właśnie te emocje. Jak jesteśmy emocjonalnie związani z czyjąś muzyką, taki koncert może być porównywalny np. do pójścia na premierę kolejnej części ulubionego filmu, kiedy wiesz nie tylko, że wreszcie się doczekasz, ale też, że cała sala ludzi wokółciebie tak samo na to czeka, każdy może mieć z tym inne skojarzenia i wspomnienia, ale jednak czeka z tobą. Nic nie przebije wrażenia, kiedy słyszysz na żywo bardzo ważny dla ciebie utwór. Miałam tak na festiwalach, kiedy słyszałam coś, co lubiłam mając 10 lat i nie spodziewałam się, że usłyszę na żywo. Miałam też na ostatnim występie festiwalu tegorocznego, kiedy artysta, na którego czekałam, zagrał mój ulubiony utwór na samym końcu koncertu. No i miałam tak teraz, kiedy Sheeran zagrał"lego house", utwór u mnie bardzo silnie związany z pobytem w Londynie, a takżez tymi lepszymi wspomnieniami z liceum. I tu już ewidentnie chodzi o sentyment, bo te utwory nie muszą być nasze ulubione, nie muszą być nadal popularne, wcale też nie muszą być najlepsze z dyskografi! Ale jak przyjdzie sentyment… Co by nie mówić o takim, na przykład, Jonas Brothers, to jak kiedykolwiek zabiorę EMilę na ich koncert i zagrają s.o.s., ja się popłaczę na bank. 🙂
Wracając do Sheerana, zespół chwalę, ballady na Eda i fortepian również, gościnny występ wykonawcy z Ukrainy świetny. Nie żałuję piątku, nawet, jeśli mówiono, że w czwartek publika była lepsza.

Koncert był w piątek, od poniedziałku natomiast robota. I mówili mi tyle razy, Maja, napisz na blogu o tej naszej pracy w NGO, bo ty to tak, tym "swoim" językiem, opiszesz i będzie fajnie. Nigdy nie wiedziałam, co by tu pisać, bo po pierwsze, ja nigdy nie ukrywałam, że nie chciałam, żeby to był mój pierwszy zawód i sens życia. Życie zrobiło swoje i okazało się, że po pierwsze, trzeba, po drugie, ma to swoje plusy, o których zaraz. Z tym, że o czym tu pisać? O tym, że nie lubię dzwonić do obcych? O tym, że muszę w konwersacji internetowej napisać: ej, słuchajcie, weźcie mi to przetłumaczcie na oficjalny język? O tym, jak często nie wiedziałam, czy to ze mną jest coś nie tak, bo miałam zupełnie inne zdanie i w ogóle nie odczuwałam potrzeby jego zmiany, a tu cały pokój na mnie patrzy i mówi: no ej, ale to oczywiste?
Od ostatniego sierpniowego poniedziałku jednak zaczęło nam się zebranie. A po zebraniach już wiem, o czym tu pisać i dlaczego nadal działam w organizacji, mogę więc spokojnie się tu wypisać na ten temat, bo moim językiem chcieli, co generalnie jest miłe.

My się bardzo rzadko widujemy, też jako ludzie, nie jako pracownicy. No więc pobódka na 9 rano, to nie jest najłatwiejsza rzecz pod słońcem. Ja naprawdę, naprawdę nie lubię świata o 9 rano. Świat jednak, w tamtym wydaniu przynajmniej, zaczął mnie do siebie przekonywać bez większych ceregieli, troszkę tak, jak Kraków. Prywatny dom to jest, nie powiem czyj, bo nie wiem, czy mogę, w każdym razie nie mój. Jest tam teżprywatna rodzina i od tej rodziny ja np. dostaję naleśniki na śniadanie. I, jakby nie patrzeć, to już jest jakiś argument, żeby świat był weselszym miejscem.
– Kto chce kawy? Maju, a ty? –
– Wie pani co…? Ciężkie czasy wymagają nietypowych metod, poproszę. –
Faktycznie, rzadko piję kawę, ale wtedy musiałam.
Ważnym punktem spotkania… było kilka ważnych, ale jednym z punktów była nasza drukarka. Wreszcie miałam okazję dokładnie i na spokojnie zobaczyć, jak to ustrojstwo wygląda. Stół, dysza, zwój kabla, apotem z tego gry, pudełka i figurki wychodzą. To jak to jest możliwe? I powiem wam, że gdybym miała możliwość, chciałabym przy tej drukarce siedzieć więcej. Spodobałyśmy się sobie. Mimo, że Dawid, chcąc mi uświadomić, na czym polega prawdziwa praca, oznajmił w pewnym momencie: no, wydrukowałem ci te pionki, proszę je sobie teraz oderwać. I tak 64 małe guziczki: pyk, pyk, pyk, odrywamy od stołu i zbieramy w… Dawiiiiiid, masz jakiś woreczek?
Drugi ważny punkt, o Chryste, zdjęcia musieliśmy zrobić. Wiecie, jak trudno dobrać sobie ciuchy, jak każda z dziewczyn musi prosić o mniejszą lub większą pomoc kogoś, kto widzi? Ba, wiecie jak trudno znaleźć błękitną gładką koszulę? Normalnie, w sklepie kupić! Czy ja o tak wiele proszę? Za to mam dwie pary nowych butów, świetne są. Ta fundacja generuje niespodziewane koszty, ale jednak w innym wypadku nie znalazłabym takich butów, także coś za coś.
W ogóle same nowe itemy z tego zebrania przywożę. Dawid, a dostaniemy taką grę, żeby pokazywać? A weź sobie. Dawid, a używasz tego? Nie, a co? A weź mi to daj.

Czy zawsze jesteśmy na tych zebraniach dla siebie mili? Niech odpowiedzią będzie zacytowany dialog:
– Niby nie ma głupich pytań, ale od każdej reguły jest jakiś wyjątek. –
– Słuszna uwaga, sorki, to było głupie pytanie. –
– Eee, nie przejmuj się, każdemu się zdarza! –
Przy okazji dowiedziałam się, że niby węże na dziko w Polsce nie żyją, ale na moim przypadku można dostrzec, że jednak zdarzają się przedstawiciele gatunku…
Na zebraniu właściwym byłam skrybą. Jak to jest być skrybą, dobrze? Po kilku szklankach herbaty i kilku ciężkich godzinach dyskusji byliśmy usprawiedliwieni i upoważnieni do obejrzenia filmu. Lubię to nagłośnienie, lubię ten salon, ten dom, Jezu, jakie tam dobre żarcie jest! A wstawanie rano… No cóż, to nie świat robi, jak mój mózg chce, tylko mój mózg powinien się przekonywać do świata, no nie?
Zaprojektowaliśmy dwie rzeczy, na trzy inne spisaliśmy pomysł, podyskutowaliśmy sobie donośnymi głosy o modzie, pieniążkach i etyce pracy… Koniec zebrania wypadał pierwszego września.

I teraz kolejny temat, o który ktoś mnie kiedyś prosił. Może nawet nie prosił, a sugerował, po drodze przy pisaniu mi się przypomniało. Mówiono, że: przecież twoje wpisy nie zawsze muszą być wesołe. Ale czy mi się niewesołe chciałoby czytać? A po co mam wam pisać rzeczy, których sama bym nie czytała?
No ale dobrze, napiszę, ciężki ten wrzesień dla mnie chyba. Zaraz się zaczną różne rozjazdy, dużo rzeczy muszę zrobić, ale to był, jakby nie było, pierwszy września i pierwszy wrzesień od 16 lat, kiedy nie poszłam do szkoły. I dziwnie jest, Czytelniku Drogi, dziwnie. Zwłaszcza, że ja jestem nauczona działania zadaniowego. Ktoś powie, co mam robić, jak mam robić, ja to zrobię i jeszcze ktoś mi to oceni i wytłumaczy, czy dobrze, czy źle. Powodzenia w byciu artystą, jak mi takie myślenie zostanie. Na pewno coś zrobię, jak będę siedzieć na tyłku i czekać, aż ktoś mi powie, czy dobrze. Takie to, rozumiesz, Czytelniku, pozytywne myśli mam w głowie aktualnie.
Więc jeśli czegoś mi życzyć, było nie było na "nowy rok szkolny", to chyba tego, żeby mi się jakoś bardziej przypomniało kim ja, sama, jestem. I żeby mi się chciało to realizować. O czasie na to nie wspominam, bo tego życzymy wszystkim, no nie? Każdy czasami potrzebuje przystanku.

Pozdrawiam was ja – Majka

PS: Kto mi opowie o integracji na studiach? Istnieje? Nieistnieje? Jak to u was było?

PS2 Serdecznie dziękuję tym różnym ludziom, z którymi pod koniec sierpnia podgrywałam w państwa miasta przez internet. Ratowaliście nie jeden wieczór. Bo wiecie, wieczorami się myśli.

Kategorie
co u mnie

Przystanek za widoku, czyli co nowego w moim domu, na „ulicy” i w życiu.

– Zaczekaj, podaj mi jeszcze A, bo ja tu nie mogę! – Jęknęła Natalka, a jej skrzypce jęknęły wraz z nią. Z trzech różnych miejsc w pokoju rozległ się dźwięk. Dodam, że każdy inny.
– Yyyy, a moglibyście się zdecydować na jedno? –
– No, Natalka, wybierz sobie jedno A! –
Tak było w ostatni weekend, ale jeszcze trzeba było do tego weekendu dożyć, no nie? W tym wpisie trochę o tym opowiem.

Miałam pisać już w czwartek, ale przecież świeciło słońce! Czyli, że w sensie nie miałam siły wstawać. Bo wcześniej byłam na dworze, a słońce na mnie tak działa, że potem pół dnia muszę odsypiać. Witamina D jest spoko, ale reszta korzyści, troszkę uciążliwa. Jako i z resztą lipiec bywał.

Skończył się, jak wiadomo, rok szkolny i miałam taki śmiały plan, że w lipcu pojadę do Wrocławia, a w sierpniu do Krakowa, ewentualnie odwrotnie. Okazało się jednak, że świat zawsze znajdzie trzecie wyjście. A covid wejście, w skótek czego od połowy lipca leżałam sobie w łóżku i przeklinałam gardło, głowę, gorączkę… W ogóle wszystko było jakieś takie niezbyt fajne. Przez chorobę poprzesuwało mi się wszystko, łącznie z wyjazdami, które trzeba będzie rozplanować inaczej.
Możliwe też, że organizm przywitał wirus jako możliwość wzięcia urlopu, bo do połowy lipca życie było dość intensywne. Zaraz po końcu roku okazało się, że dobrze by było skończyć dwa utwory do piątego lipca, a jeszcze gdzieś po drodze była próba fundacyjnych koncertów, więc 4 dni mi z tego planu wypadły. Ja te utwory, powiedzmy, nawet skończyłam, z wielką pomocą Mishy, który został wtedy mikserem na chwile ostateczne, w sensie, że ja mu wysłałam ścieżki i powiedziałam: masz trzy godziny, ja to nagrywam od sześciu i nie mogę tego słuchać, zabieraj to ode mnie i rób, co chcesz. Poprzez dokończenie i wysłanie tych dwóch utworów chciałam się dostać na jedne fajne warsztaty. Warsztaty się nie odezwały, ale przynajmniej wreszcie skończyłam dwie wersje demo własnych piosenek. Nie będę się dzielić jeszcze, podzielę się, jak będą skończone, a, że okazało się, że kończyć ich sama nie muszę, to i może czego posłuchać będzie.
Posłuchać czego na pewno było na festiwalu w Ostródzie, na który również w tym roku się wybrałam. Nowe miejsce, nowa rzeczywistość pocovidowa, a także cudowne ceny wszystkiego w tym kraju, to wszystko dało się we znaki zarówno słuchaczom, jak i artystom. Nie wszyscy byli, nie wszystkich było też łatwo znaleźć i spotkać. Na szczęście zobaczyliśmy kilka wspaniałych koncertów, a poza tym udało mi się porozmawiać z jednym z moich ulubionych artystów na tym wydarzeniu. Facet jest niezły. Wyszedł na scene po świetnym koncercie bardzo dużego zespołu. Wyszedł sam, potem dołączył do niego saksofonista. I już. On ma saksofonistę i swoją walizeczkę sprzętu. Jest producentem i wokalistą, który zaczął od występów na ulicy, z looperem i paroma efektami, a potem mniej więcej to, co robił na ulicy, wyniósł na wielkie, festiwalowe sceny. Coś takiego, jak Sheeran w popie, on zrobił w reggae, tylko może bardziej od strony produkcji, niż pisania tekstów. Kończył festiwal, nie wiem, czy to najłatwiejszy czas do grania, a i tak wierni fani pozostali, mimo deszczu i późnych godzin. A potem podszedł do barierek, porobić sobie zdjęcia i zapewniam was, że dla tej półtorej minuty rozmowy warto było moknąć do drugiej w nocy. Uwielbiam.

Po powrocie z festiwalu miałam zamiar ogarniać te wyjazdy i, gdzieś po drodze, wyruszyć w drogę na zajęcia z orientacji przestrzennej. Jak już wspominałam, mnie zepsuło się zdrowie, za to mojej instruktorce orientacji zepsuł się samochód. Plany uległy aktualizacji. Ale, jak już jesteśmy przy zmianach…

Miałam to po prostu pokazać wpisem audio, ale wiesz, Czytelniku, taki wpis trzeba montować i obrabiać. No to przecie to by trwało 3 lata z moim tempem pracy. Ja to po prostu napiszę. W lipcu minął rok odkąd mieszkamy w nowym domu. I gdzieś w okolicach tej daty, przybył nam jeden mieszkaniec. Nazywa się dante, cieszy się, jak nas widzi, zabiera nam zabawki i kapcie, jak się nie zamknie drzwi na górze, no generalnie jest kundelkiem z ponad rocznym starzem. Jak to psy, Dante świetnie nas wyczuł. Za mamą łazi wszędzie i piszczy, jak jej nie ma. Niektóre rzeczy, czasem spacery, czasem żarcie, idzie załatwiać z panem tatą, ale wie też, że jak coś przeskrobie, to pana trzeba przeprosić. Emilce ładuje się i do pokoju, i na łóżko, jak chce, ona też uczyła go różnych sztuczek i jej słuchał najpierw. Jeśli chodzi o mnie… Do mnie do pokoju owszem, przyjdzie, ale wie, że na łóżko, to niezbyt bardzo wolno, raczej tylko da znać, że jest, powącha, sprawdzi, czy wszystko OK i pójdzie. Jak wołam, raczej przychodzi, wie, że oboje nie grzeszymy cierpliwością. Jedyne, czego jeszcze się nawzajem uczymy, to to, że on leży na środku wszystkiego i to źle. Ostatnio przepuścił mnie na schodach, wstał, jak szłam. Dobry pies! Dałam mu jego chrupka na zachętę wtedy. No to od tego momentu cały dzień za mną chodził.
– Co ty się, Maja, jemu dziwisz? – Zapytała mnie Emila. – Jasne, że za tobą łazi, jak ty mu dajesz chrupki za chodzenie! – No ale tak, owszem, czasem muszę, bo to, w czym muszę tresować go akurat ja, to jest właśnie fakt, że ja tym bardziej nie wiem, jak on się po cichutku tóż koło mnie położy. Każdy pies, co ma w domu niewidomego, musiał się kiedyś nauczyć, że tak, jak go każdy ominie, tak niewidomy, chcąc nie chcąc, kiedyś na niego wejdzie.

A propos wchodzenia i tresowania, wróćmy do tej orientacji. Wyzdrowiałam ja, wyzdrowiał pani samochód, trzeba ruszać w drogę! Zajęcia z orientacji, to są, Drogi Czytelniku, takie fantastyczne lekcje, które polegają na tym, że widzący instruktor pomaga niewidomemu się nauczyć najpierw chodzenia z laską, a potem np. poruszania się po jego własnym mieście. Chodzić z laską akurat już umiem, takie inne ciekawostki, jak podpis czy rozpoznawanie monet też mi jakoś idzie, mogłyśmy się więc zająć tym chodzeniem po miasteczku.
W ogóle ciekawostka numer dwa, ta pani zna mnie od przedszkola. Tam była tyflopedagogiem, uczyła mnie podstaw braillea, podstaw chodzenia z laską, podstaw podstaw ogólnie. To ona musiała mi wyjaśnić, że jeden i jeden, to jednak nie jest jedenaście, tylko dwa, mimo, że tak się to pisze… Mój mózg odmawiał posługi przy tak trudnej logice. Uczyła mnie jeszcze przez fragment podstawówki, potem długo nie, a potem znowu, w trzeciej gimnazjum i liceum, tak. Okazuje się, że jej niedola nadal trwa. I do tej pory, jak komuś ją przedstawiam, to mówię: to jest właśnie pani, która nauczyła mnie czytać. Uważam, że zajęcia z nią są dla mnie bardzo dobre właśnie dlatego, że mnie tak dobrze zna. Ja przy niej nic nie muszę udawać, mało tego, pewnie by się nie dało, przecież ona już gorsze rzeczy widziała! Ona mnie znała zarówno, jak miałam sześć lat, jak i wtedy, gdy zbliżałam się do matury. Tu NIE ma jużczego ukrywać.
Nie dało się też ukryć, że moja okolica do najprostrzych nie należy.
– Nie no, Maja, ja się chyba poddaję! – Stwierdziła na samym początku swojej pierwszej wizyty w moim nowym domu. – Przecież tu się w ogóle nie da normalnie dojść! – Pies już skończyłszczekać, zajęłyśmy się więc rozmową na ten trudny temat, następnie zaś ruszyłyśmy zbadać teren. Okazało się, że, mimo trudności, trasa nie jest aż tak niemożliwa, a aplikacje do nawigacji coraz bardziej mi się podobają. Jak to zwykle bywa z wynalazkami ułatwiającymi życie niewidomych, każda z aplikacji sprawdza się w innym zastosowaniu i mieście, zero uniwersalności. Dobrze jednak, że są, lazarillo np. bardzo fajnie sprawdza się w naszych, żyrardowskich autobusach. Tak tak, MAMY autobusy! Z tym, że nie gadają, a o tym, jak i kiedy jeżdżą, możnaby napisać książkę.
– TY, no przecież on mi powiedział, – Mówiła do mnie pani po powrocie z rozmowy z kierowcą na pętli, – on mi mówi, że normalnie, to się wsiada tam, przy sklepie, tam się też wysiada, tutaj nie. Tutaj, to on tylko za widoku skręca. –
– Za co? –
– Za widoku, no jak jasno jest. TO co, ja mam ci wytłumaczyć, kiedy jest jasno? –
Inna rzecz, to nasze opisy krajobrazu.
– No i widzisz, tu w prawo masz tę ulicę… ZNaczy wiesz, to brzmi dumnie, ta ulica, to jest przez jakieś dwa metry, potem jest taka droga, jak u was. – Taaaa… Żyrardów, cudowne miasto. Moja ulica też taka jest. Przyszedł walec i wy… A potem spadł deszcz.
Ostatnio, zamiast normalnego, małego, miejskiego autobusu, podjechał autokar. Taki na moooże 20 osób, wycieczkowy, wązki autokar z trzema, dość wysokimi, stopniami przy jednych drzwiach. Drugie się nie otwierały. Zwykły autobus się zepsuł.
– No kto to widział, taki autobus żeby po mieście jeździł… – Komentarze ze wszystkich stron były dość słuszne, z tym, że…
– Wy się cieszcie, że jest, bo jakby w ogóle nie było, to byście płakali, że nie ma! – No, też fakt, z argumentem kierowcy trudno się nie zgodzić. Tylko trudno o tym pamiętać, kiedy po tych schodkach ładuje się pół miasta, o kulach i z wózeczkami zakupów, no bo oczywiście średnia wieku 75 plus, to jest jakieś 90 procent pasażerów…
– Dziewięćdziesiąt siedem procent. – Poprawia spokojnie kierowca, słuszność mając. Ehhh, Żyrardów, kochany Żyrardów. Na PKP lazarillo zgłupiało totalnie, wiem tylko, że sklepy i usługi 7 metrów stąd. Też dobrze.
Oczywiście na Żyrardowie się świat nie kończy, dzięki Bogu. Podczas orientacji zajmowałam się więc też drogą na uczelnię… A wiesz, czytelniku, że na studia idę?

OK, nie pisałam oficjalnie w sumie nigdzie, miejmy to za sobą. Od jakiegoś miesiąca przyjętą jestem na APS – Akademię Pedagogiki Specjalnej. I teraz, o ile wiem i znam ludzi, połowa osób zadaje pytania, rzadko kiedy mnie, czemu mi się wszystko pozmieniało i skąd pedagogika, skoro miał być dźwięk i tak się zarzekałam, że będzie. Wyjaśniam, żeby nie było niedomówień, dźwięk nadal będzie! Z tym, że i dźwięk, i język angielski lubię tłumaczyć ludziom… W tym momencie mój kochany głos wewnętrzny pyta: aaa, czyli mądrzyć się lubisz? W każdym razie no… coś tam… lubię ludziom coś wyjaśnić, więc chcę sobie zostawić furtkę do tego cudownego, powszechnie szanowanego i dobrze opłacanego zawodu, jakim jest zawód nauczyciela. A propos zawodu, to jak jeszcze będę tym zawiedzionym nauczycielem po tyflopedagogice, to i w fundacji się przydać może, więc to generalnie dobry plan. A dlaczego od razu? A no dlatego, że kiedyś była taka przydatna rzecz, jak przygotowanie pedagogiczne, dwa lata to chyba trwało i było. Teraz już nie ma, teraz trzeba robić całość. Zrobię więc całość od razu i będę mieć, a co potem, to już się zobaczy, co będzie wymagane.

Na razie wiem, że przy docieraniu na APS wymagana jest anielska cierpliwość. Po pierwsze, jak mi ktoś wyjaśni, jak z Zachodniego dostać się do tunelu pod alejami, to ja mu dam kwiaty. Tunel super, Zachodni też niezły, a pomiędzy trzy światy z okolicami. Niby przejście przez jezdnię, no dobra, szeroką, ale jednak przejście… No tak, tylko tam są jakieś barierki, roboty, wysepki, broń Boże iść prosto, normalnie. Trzeba lawirować między tym wszystkim, bez pytania ludzi chyba nie do zrobienia, nie pamiętam, czy nie dołożyli do tego sygnalizacji świetlnej. Kiedyś było do tego tunelu przejście wprost z dworca, od peronów. A potem były sławne remonty na Zachodnim. Jak już to przejdziemy mamy tunel, jak mówiłam, tunel jest spoko, a po wyjściu chodniczki przez park. Chodniczki już też w miaręOK, może tylko drzewo na środku ścieżki jest nieco dziwne. Można przejśćchodniczkiem, który się rozwidla, przechodzi po obu stronach majestatycznego pnia i schodzi się na powrót po drugiej stronie. Być może na znak, że: czy na prawo, czy na lewo, nie uważasz, wliziesz w drzewo. Nie wiem tego, ja już umiem omijać, mam już nawet swoją ulubioną stronę. APS zapowiada się nieźle, jeśli chodzi o dostępność. Jeśli chodzi o studia, jako takie, oczywiście jestem do granic możliwości przerażona, albo raczej będę pod koniec września. Na razie jeszcze są wakacje.
Mam tylko taki niewielki apel do ludzi, którzy, podczas studiów, mają albo mieli asystentów. Zgłoście się, mam wiele pytań.

Jak tu podsumować taki wpis? Napisałam, że pochodziłam sobie po mieście w piekielnym gorącu, o tym, że posłuchałam muzyki i że trochę jąrobiłam, a także, że jeśli chodzi o wirusy, to już mi starczy.
Zapytać można, jak tam po końcu roku. Tyle się pisało o tym, jak to się świat zmienia, jak to nam smutno było itd. Czy mi przeszło? Oczywiście, że nie, Drogi Czytelniku, nie przeszło mi. Myślę tak samo i do tego samego wracam. Nadal przyzwyczajam się do myśli, że plan lekcji od września już nie jest mój, że plany na koniec roku już nie będą mnie dotyczyć i wszystko, co pomiędzy. Nadal niezbędni do życia i zdrowia psychicznego są mi tamci ludzie, nadal przypominają mi się tamte miejsca. I ludzi, i miejsca będę odwiedzać, więc przetrwamy, Czytelniku Drogi. Tak myślę.

A na razie jestem w domu i, jak się już zmotywuję do wstania z łóżka, to trochę działam w fundacji, trochę się uczę orientować, a czasami i poczytać się coś uda.
Żałuję tylko, że często mówiłam o tym, jak bardzo chcę robić muzykę, a wychodzi na to, że albo jestem chora, albo nie mam czasu, albo nie mam… nie wiem, czego, chyba energii. Ostatnio koleżanka powiedziała mi, że chciałaby umieć montaż dźwięku, żeby robić pamiątkowe filmiki z wydarzeń albo sklejać urywki różnych rzeczy w zabawny sposób… Wiecie, dokładnie to, od czego ja zaczynałam, od czego mi się zaczęła w ogóle chęć do dźwiękowej roboty. Odpisałam jej wtedy, że ja, umiejąc, chciałabym to robić. Bo taka jest prawda, czasami w momencie, kiedy dopiero zaczynamy, nie wiemy nic, ale chcemy wiedzieć, chce nam się bardziej. A potem wiemy więcej, mamy dobre programy, fajne instrumenty i może nawet trochę umiejętności, a zamiast z nich korzystać gapimy się w youtube, nie chcąc wstawać. Nigdy nie pozwólcie komuś, albo sobie samym, zepsuć sobie zabawy z tego, co robicie. Róbcie to dalej. Starajcie się, jak tylko wam się chce, usiąść do czegoś, do tej waszej pasji, którą macie. I chciejcie mieć ją dalej. Jeśli chodzi o muzykę, to np. dobrze by było też robić to najpierw dlatego, że to lubicie, a potem z każdego innego powodu. Robiąc coś, co jest teraz tak dostępne musimy sobie zdawać sprawę z faktu, że prawdopodobnie ani nie będziemy pierwsi, ani nie będziemy lepsi, przynajmniej na początku. I ja też muszę cały czas pamiętać, że ani jedyna nie jestem, ani wyjątkowego nic nie wynajduję na razie, po prostu chcę to robić. I mogę to robić. I może jeszcze się komuś spodoba, to już w ogóle fajnie, nie? Nie traćmy czasu! Apel do wszystkich, do mnie głównie.

Pozdrawiam ja – Majka

PS: Ten początek wpisu, to była nasza próba koncertowa w długi, sierpniowy weekend. Uwielbiam z wami wszystkimi grać kolędy, grać folk, grać chymny ośrodków, grać w karty, w ogóle grać wszystko!

PS2: I to jest życie dźwiękowca! Dostaje się maila, że drzwi po 19 dolców, a potem się okazuje, że chodzi o efekty dźwiękowe. ;p

Kategorie
co u mnie

Trochę koncertów, a trochę internatu, czyli z kim i w czym ja się specjalnie kształcę.

Myślę, że sporo osób zna uczucie, kiedy nie pamięta, co właściwie zrobiło. Zazwyczaj wiąże się to z jakimś urazem, albo nadużyciem niektórych substancji, zwykle też dotyczy dnia poprzedniego. Ja jestem lepsza, ja potrafię stracić orientację w trzy minuty.
– Sylwia, śpisz? –
– Nie wiem… zaraz sprawdzę… a co? –
– Mam pytanie. –
– No, już nie śpię, co? –
– czy ja coś do ciebie przed chwilą mówiłam? –
– Yyyy… kurcze, chyba tak, ale ja absolutnie nie pamiętam, co. –
– Ojjj, to dobrze, bo ja też nie pamiętam. –
– A, no to widzisz, nikt się nie dowie! –
Takie właśnie dialogi odbywają się w naszym pokoju w internacie. Dzieci, naprawdę, nie śpijcie w ciągu dnia, to jest niezdrowe! Ja już kiedyś opisywałam na tym blogu, że właśnie taki stan umysłu nam się przytrafia po dwóch tygodniach w internacie, no ale bez przesady! A ja mówiłam, że ja się boję odpisać komuś przez sen?

A tak, ostatnie dwa tygodnie byłam w Krakowie.
– Rany, dlaczego jest poniedziałek? – Zdenerwowała sięSylwia na początku drugiego tygodnia. – Już tydzień siedzimy w tej szkole, a ciągle jest poniedziałek! –
Dwutygodniowy pobyt był głównie z okazji urodzin obu moich koleżanek z pokoju. Czyli podwójna impreza. Uczty, koncerty, wycieczki, cały festiwal! Nie ma się co śmiać, każdą z tych rzeczy mogę potwierdzić. Już w pierwszym tygodniu doczekaliśmy się koncertu naszych mistrzów realizacji, którzy ćwiczyli z nami nagrania kilku osób na raz.
– Weź, podaj mi E. – Powiedział basista do gitarzysty.
– Eeee, czekaj, ja tu mam E?! – Rozległ się z budki wokalowej głos perkusisty, który aktualnie grał na cajonie. Uczył się grać, przepraszam. Czyli nasi nauczyciele przy instrumentach, więc nieosiągalni, ja z Sylwią i Natalią na studyjnej kanapie, gramy na tamburynie i takich innych, Misha w reżyserce… Pro Tools żęził ostatkiem siiiiił… … Co tu się dzieje? Niestety nie zjawiła się wycieczka, a czekałam na to.

Przy koncertach będąc nie można również zapominać o tym, co my wyprawiamy w internacie. Kiedy wyśpiewujemy na cały głos "statki na niebie" i takie różne inne… W ogóle nie wiem, czemu się z Natalką tak uparłyśmy na De Mono, ale strasznie nas jakoś bawi, jak pod wieczór śpiewa się: "Kroki na schodach! w bezruchu zamierasz!" Tak wygląda nasz internat nocą.
Sylwia natomiast poleciła mi ostatnio disneyowskie Encanto. Już pomijam to, że to naprawdę piękna bajka, ale soundtrack współtworzył Lin Manuel Miranda. No to Musiało być COŚ! I jest, jak najbardziej. Najciekawsze jest to, że największym hitem tego filmu została piosenka, która zupełnie nie jest uniwersalna. Nie jest to jakaś disneyowska ballada o nieszczęśliwej miłości lub decydowaniu, kim się naprawdę, w głębi serca jest. Nie jest to też mocno gitarowa piosenka disneyowo rockowa o tym, że możemy wszystko… A mieli tam taką. Jest to piosenka maksymalnie związana z fabułą, niezbyt zrozumiała, jak ktoś nie wie, o co chodzi, dodatkowo, nietypowo, jak na disneya, ten największy hit śpiewają praktycznie wszyscy bohaterowie. I świat ich pokochał.

Także na ekranie to, a w rzeczywistości ja z Sylwią, dwie dorosłe baby, idące środkiem najdłuższego korytarza w szkole i wyśpiewujące: Nie mówimy o Bru-nie, nie, nie, nie…

OK, koncerty mamy, teraz wycieczki krajoznawcze. Sylwia napisała pewnego pięknego dnia do swojej rodziny: dziś byliśmy pod mostem, żeby tam poskakać, potupać i pokrzyczeć. Już dawno mówiłyśmy, że szkoła policealna, to coś między studiami a przedszkolem. A tak poważnie mówiąc, no to faktycznie, ostatnio Misha znalazł w okolicy most, obok którego jest taki fajny delay. W sensie no… Echo takie. Powtarza wszystko, co robimy i nawet w jakimś określonym tempie mu to wychodzi. Cała zabawa polegała na tym, żeby znaleźć jak najlepsze dźwięki, które można tam wyemitować i sobie nagrać. Tak tak, moi drodzy, to równie dobrze mógłby być projekt naukowy! Taką mamy pracę! My się tylko zastanawiamy, czy tam gdzieś nie było tego jednego, normalnego człowieka, który się zatrzymał, patrzył na nas i myślał, pod jaki numer zadzwonić najpierw. To kształcenie specjalne, to może jednak nie jest taki głupi wymysł…

O, a propos! Czy ktoś z moich czytelników może jest na, albo po, APS? Ja byłam na stronie tej akademii i albo ja potrzebuję kształcenia specjalnego, albo oni, albo obie wymienione strony konfliktu, bo ja nic nie rozumiem z tego, co czytam. I tak to się kończy, jak próbuję pomyśleć o przyszłości. Ostatnio ktośmi poradził, żebym myślała o swoich marzeniach, planach… Nawet nie wiesz, Czytelniku Drogi, jakie to czasem trudne… No tak, ale ja nie wiedziałam, że to się może wiązać z problemami technicznymi! 🙂

To może, żeby poprawić nastrój, wrócę do koncertów. Oprócz organizowania niespodziewanych koncertów w studiu 03 byłam w maju na dwóch koncertach w Warszawie. Na pierwszym, na Torwarze, byłam z siostrą. Emilia gdzieś koło lutego / marca powiedziała, że Conan Gray przyjeżdża do Polski. Różnych słucham, ale jego akurat znałam trzy piosenki na krzyż, co nie zmieniało faktu, że obowiązkowe "WOW" trzeba było zrobić. Potem się zastanowiłam, no ej, przyjeżdża do Polski! Dawaj Emila, idziemy? No co mamy nie iść, jak już jest? Zwykle dlatego, że nie ma biletów tak późno, a tu niespodzianka, były!
Conan Gray, to jest taki raczej popowy songwriter, który teksty pisze sam, co szanuje samo w sobie, a tematyka jest dość znana w tych czasach, czyli, w skrócie mówiąc, czemu obecnej generacji jest smutno i że generalnie smutno jest. Znaczy OK, nie zawsze, ale dużo się teraz mówi o samotności, nawet w największym tłumie i z największymi zapasami gotówki. I muzykę można sobie lubić albo nie, ale tematów, wg. mnie, bagatelizować nie wolno. Zastanawiałam się, co tu wrzucić, bo, jak mówiłam, ja jego piosenek znam mało. Swoją drogą pierwszy raz chyba byłam na występie kogoś, kogo nie do końca znam, szłam bardziej z Emilą, niż na Graya. Na szczęście występ zaczął od czegoś, co znałam, a utwór sam w sobie ciekawy o tyle, że w muzyce popularnej, która stereotypowo dotyczy miłości, imprez, alkoholu, a najlepiej tego wszystkiego na raz, nieco może zdziwić tytuł, który na polski przetłumaczyłabym jako: wolałbym, żebyś była trzeźwa. A ponieważ ja też niezmiernie doceniam ludzi, którzy mówią do mnie miłe rzeczy nie tylko wtedy, kiedy są pijani, zdecydowałam się wrzucić link do tego, mimo ilości popu w popie, jaka tu występuje.

Drugi koncert, na jakim byłam, to był koncert Shillera. Ja bardzo długo nie wiedziałam, że ten niemiecki zespół, to jest zespół. Ja byłam pewna, że Shiller to Schiller, był Jarre, był… nie wiem, dj Shadow, jest i Schiller… No nie, drodzy państwo, nie jest tak. :d Znaczy inaczej, faktycznie, za kształt ogólny odpowiedzialny jest teraz Christopher von Deylen, ale nie występuje on sam. Ma na scenie jeszcze perkusistę, gitarzystę i dwie wokalistki, przynajmniej tak wygląda to show w tym momencie. Na marginesie napiszę, że syntezatory syntezatorami, ale ja kocham jego głos. W sensie OK, jakby mi się odezwał nagle, w środku nocy, z tym swoim: guten abend, herzlich willkommen, to bym się bardzo wystraszyła. Ale tak poza tym, to jest cudowny!
https://music.youtube.com/watch?v=F3q73283rRE&list=OLAK5uy_mSdMOeh8QrXTKYAHvcE_zxSP0gFYx9LmM

Te dwa koncerty uświadomiły mi coś ważnego, mianowicie, odzwyczaiłam się. Muszę ruszyć tyłek. Naprawdę, będąc z Emilą na Torwarze poczułam się staro, bo oni się tam wszyscy pchają do przodu, oddychać nie ma czym przypominam, a ja się już zastanawiam, czy naprawdę będziemy stać przez najbliższe 3 godziny z kawałkiem? Gdzie te festiwalowe czasy? Halo! Ja koło trzeciej, to dopiero wracałam z koncertów! Które się zaczęły o szesnastej! Może to nie był Woodstock, ale jednak!
I teraz Drogi Czytelnik myśli, że sex, drugs, rock&roll… Ja akurat reggae miałam na tapecie, jeśli chodzi o festiwale u mnie bardziej było pytanie, kto ile jara. Widzicie, tak jest w lipcu! A w maju, po dwóch koncertach i dwóch tygodniach w szkole, to ja, jeśli chodzi o drugs, stwierdzam, że acodin jest za mocnym lekiem dla mnie. To są granice moich szaleństw młodości. :p

No właśnie, przeziębiłam się. Miesiąc do końca ostatniego roku szkoły,a ja ten tydzień, co właśnie mija, spędzam w domu. W łóżku, tak konkretnie, próbując pozbyć się kataru i kaszlu. Nie covid, spokojnie, ale jednak trzyma się cholerstwo. No ale cóż, może czasem trzeba naładować baterię, żeby mieć siłę na czerwiec. A w czerwcu na pewno zamkniemy nie jeden pierścień aktywności na apple watch. ;p

Pod koniec tego wpisu bilans osiągnięć i porażek.
Osiągnięcie: Zagrałam dyplom z perkusji! Zdane! I nawet sztabkowe wyszły nie najgorzej. W prawdzie o jednym utworze nauczyciel powiedział, że jakoś mi to pod koniec dość nowocześnie szło… Co oznacza, że nie trafiałam w to, co powinnam… Ale ogólnie OK. Fortepian też zdałam, bez świadomości, że gram egzamin. Czyli najlepszy sposób!

Porażka: Mogłabym dokończyć kiedyś jakiś własny utwór, nie? Trochę mnie przeraża stan, w którym nie mogę się zebrać do jedynej rzeczy, którą chcę w życiu robić. Co z tego, że chcę robić muzykę albo jąmiksować, jak odpalenie kontrolera graniczy z cudem w tym momencie? Jak już zacznę, jak usiądę, jak zagram dźwięk… Wtedy pójdzie. Ale zanim…?

Osiągnięcie: Współpracuję przy wpisach na fundacyjną stronę. No i generalnie biorę udziałw fundacyjnych dyskusjach ostatnio. Jakby to moi współzarządowcy powiedzieli, na razie ogarniam rzeczywistość. Chyba.

Porażka: Podobnie, jak wyżej. Na jeden post napisany przypada 5, o których myślę. Na jeden wykonany telefon przypada pół dnia zastanawiania się, co wtedy powiedzieć. I zbieramy te siły, zbieramy. Możesz nie wierzyć, Czytelniku Drogi, śmiało. Może, jak nie będziesz wierzyć, to ja też kiedyś zapomnę o tym, że tak mam i, tak zupełnie niechcący, już tak mieć nie będę.

Siły wam życzę, drodzy. I tego, żeby przyszłość wam się sama układała.
Pozdrawiam ja – Majka

EltenLink