Kategorie
co u mnie

Co dalej? Czyli taka moja pochwała zatrzymania postępu.

– Proszę pana, pomocy, ja mam zły bilet! – Ten inteligentny komunikat wygłosiłam ostatnio do kierownika w pendolino, ruszającego z Warszawy Centralnej o 9:40. W sensie pociąg ruszał, nie kierownik. I faktycznie, miałam, i to, co ciekawe, nie do końca z mojej winy. Według mnie kupiłam dobrze. Kliknęłam w skycashu na to połączenie, na które powinnam i jakież było moje zdumienie, jak się okazało, że mam bilet na niewłaściwy pociąg. Akcja tego cudownego filmu nabierze tempa, kiedy wam powiem, że okazało się to 7 minut przed odjazdem. Zdążyłam kupić nowy… I wiecie co? Ten nowy teżbył zły! Nie wiem, co się stało, konduktor widocznie też nie wiedział, bo mi nie wyjaśnił. Ja tu problem zgłaszam, mówię, że aplikacja, że voiceover… A pan do mnie:
Ale czy pani chce jechać do Krakowa? Tak. Czy pani chce jechać TYM pociągiem? No tak… Czy pani chce kupić bilet, czy pani ma środki, żeby kupić bilet? No tak! Jezu, to ja aż tak źle wyglądałam? Przecież nie ukradłam tego biletu! Pierwszy raz miałam fizycznie wypisywany bilet na express. W ogóle dziwny byłten pociąg. Raz wezwali kogoś z działu obsługi, pierwszy raz coś takiego widziałam, a potem parę razy rozległ się taki głośny gong, trochę jak dzwonek do drzwi, nie taki, jak przy ogłoszeniach o stacji, tylko inny, głośniejszy. Nie wiem, czy to ich alarm wewnętrzny, czy co, bo nie wyjaśnili, o co chodziło. Po prostu, podzwonili sobie i przestali. Ja rozumiem, że już w mieście będąc ja przegapiam przystanki, mylę trasy do autobusów, już nie wspomnę o tramwajach, których się w ogóle boję… Ale w pociągach zazwyczaj byłspokój! Człowiek sobie spokojnie wraca z praktyk… A właśnie, praktyki.

Miałam ostatnio plan, żeby coś tutaj napisać. Tak o, bo akurat miałam trochę pomysłów, chciało mi się… Mnie, wiecie, MNIE się chciało pisać. Z tym, że może i dobrze, że zaczekałam, bo gdybym ten wpis pisała parę dni temu, to byłby to wpis bardzo smutny. Miałam nawet taką myśl, żeby coś takiego wrzucić w piątek. To by było całkiem spoko, nie? Taki blog, który stara się jednak być zabawny, czasami jakoś tam uśmiechnąć ludzi, trochę im umilić dzień… Pierwszy kwietnia, wpis o tym, że nie ma przyszłości, teraźniejszość taka sobie i w ogóle najlepiej, to se w łeb strzelić. Jak w lekturach z liceum.
Wiecie, że nawet nie wiem, dlaczego? ZNaczy nie no, dlaczego, to wiem, ale nie wiem, czemu aż tak. No bo teoretycznie, to ja od 21 marca miałam praktyki. Praktyki udało mi się załatwić fajne, bez rzadnego problemu, w dobrym towarzystwie, żyć nie umierać… Pamiętałam o tym wszystkim dwa dni. Ten weekend przed praktykami. Sporo spałam wtedy, odsypiałam, mam wrażenie, ze dwa miesiące, generalnie wolnym człowiekiem byłam. Nawet wtedy wrzuciłam tutaj post, więc faktycznie, musiałam mieć na coś siłę. A od poniedziałku… Tu trzeba wyjaśnienia pojęć.

Nazywają mnie ekspertem. Nie nie, ja broń Boże ekspertem nie jestem… jak ten ekspedient za ladą… Po prostu raz czy drugi Misha rzucił ironicznie, albo i nie, że trzeba zapytać eksperta, niech ekspert powie… Może dlatego, że coś z tych lekcji pamiętam, a może dlatego, że, było nie było, powtarzam rok, więc coś jużwiedzieć powinnam, nie? ;p Powstał z tego nawet mały konflikt absolwencki, bo jużbył jeden taki, co na niego wołali ekspert i nie może się pogodzić z tym, że kto inny może mieć taki tytuł. Mówił mi, że popyta innych, niech oni roztrzygną! Ja wiedziałam, kogo spyta, więc oczywiście pękałam ze śmiechu i zrobiłam sobie zdjęcie z poduszką od naszego fotela z reżyserki, na której jest napisane "expert". W końcu Misha się zlitował i, pewnie z racji wzrostu, przechrzcił mnie na minieksperta. Krzysiu, spokojnie, teraz już ekspert z miniekspertem mogą iść w pokoju. Np. do mediaexpertu.
Co ciekawe i Sylwia, i Misha znają ksywkę ekspert, co absolutnie nie przeszkadza im wiedzieć o mnie, że gubię rzeczy, zostawiam wszystko wszędzie, wątki rozmowy też gubię i nie kończę zdania…
Jakoś im to się nie kłóci jedno z drugim, że z jednej strony na pewno wiem, z drugiej na pewno nie załatwię…

Jak już przedstawianie tych zespołów eksperckich mamy za sobą, to muszę przyznać, że od praktyk stanowczo nie byłam ekspertem. Nagle się okazało, że ja mam mnóstwo jakichś przemyśleń o przyszłości… W ogóle przyszłość, co to jest, mój Boże, przecież ja zaraz kończę szkołę, co ja zrobię, i gdzie, i po co… Nienawidzę pytania "po co"! Ratunku, przecież nic nie umiem, nic nie wiem… To się dzieje w moim mózgu, ja jeszcze nie zaczęłam mówić o tym, co się dzieje na zewnątrz. Po pierwsze, to ja w takich momentach nie usiedzę cicho, ja o tym, niezwykle inteligentnie, mówię ludziom. No i prawda, niektóre rzeczy trzeba przegadywać, przecież inni też o tym myślą, tylko, że może nie do końca powinnam od ludzi wymagać czegoś w stylu: ja tu sobie będę kompletnie nie wiedzieć, czego chcę i o co mi chodzi, a ty sobie poczekaj, nie zadawaj trudnych pytań i lub mnie nadal. No więc konwersacje mamy za sobą, a jeszcze dokładamy do tego praktyki (reaper z voiceoverem na macu i sterowniki do interfejsu na windowsie), a także mnie we własnym domowym studiu. O tym ostatnim mogę powiedzieć tyle, że się od miesiąca mówiło. OK, jak przyjedziesz, nagramy wokal! I wiecie co? Nie miałam kabla. Mikrofon tak, interfejs tak, ze 3 komputery mieliśmy do dyspozycji… Nie miałam kabelka, bo zostawiłam w futerale od cajonu, którego z kolei nie ma teraz w domu. Powinnam jeszcze zgubić po kolei laskę, pieniądze i dokumenty i byłby komplet. Bardzo, bardzo nie byłam ekspertem wtedy.
I żeby nie było, że blogiem zakłamuję rzeczywistość, przyznaję publicznie, że ja tak miewam. Miewam te swoje momenty stresu i strachu, momenty takie, że nie umiem durnych kabli podłączać, momenty, że o mój Boże, proszę, zatrzymaj świat, bo za szybko leci. Swoją drogą uwielbiam przycisk w MacOS o interesującej nazwie: zatrzymaj postęp. Nie przerwij, nie anuluj, zatrzymaj postęp.
Do punktu kulminacyjnego dojechałam w weekend po pierwszym tygodniu praktyk, ja chciałam wtedy być naprawdę kimkolwiek, tylko nie sobą, myśleć oczymkolwiek innym prócz wszystkiego. I tutaj rada, uwaga, geniusz przemówi, trzeba sobie znaleźć coś, co chociaż trochę pomaga. Coś, co, jeśli nawet nie poprawia nastroju, to zatrzymuje postęp. Czytałam kiedyś, że przy takim natłoku myśli, dużym stresie itd. trzeba się skupić na rzeczywistości i teraźniejszości. Tak fizycznie na tu i teraz, wiecie, tykanie zegara, ciepła herbata, coś, co teraz odczuwamy. Ten zegar faktycznie działa, przynajmniej u mnie. A jeszcze lepiej, okazało się, działa las. Jak nie ma lasu, to jakieś inne zewnętrze, w każdym razie spacer. Ja też podejrzewam, że trochę w tym pomagała temperatura, jak człowiekowi jest chłodno, to mózg, chcąc nie chcąc, skupia się na tym i nie ma czasu sobie wkręcać tych wszystkich głupot.
I niby nie było od razu lepiej z tymi wszystkimi rzeczami, które próbowałam przemyśleć i zrozumieć, ale zaczął do mnie docierać świat zewnętrzny. A to nagrywałam wodospad, tak tak, przy naszym domu jest wodospad. Dobra, wodospadzik. A to znaleźliśmy z tatą rdest, a rdest ma takie gałązki puste w środku, może można na tym grać? A to zadzwonił facet, że chce kupić keyboard… O właśnie, sprzedałam keyboard!
Uwaga na marginesie: smutna Maja i przypływ gotówki, będzie cośnowego! Telefon, tak konkretnie, wymienić chciałam odkąd zapowiedzieli nowy SE, no i okazja przyszła sama.
Przyszedł też kolejny tydzień praktyk, a z nim sesję, ten, niezbyt mi jeszcze znany, reaper na macu… Swoją drogą czy to jest tak, że jak się program odczytu ekranu maksymalnie zciszy, tak do jednego procenta, to on się umyślnie z powrotem podgłaśnia? To jest takie zabezpieczenie, żebym się nie pozbawiła możliwości pracy? Sąsiedzie, tak ma być? Bo trochę zdziwiło mnie, jak mi się voiceover rozdarł na głośnikach, a to były monitory studyjne, które względem darcia się mają niezłe umiejętności, na cały regulator i musiałam go, uwaga, podgłośnić, żeby wrócił do normy. Długo mi zajęło samo wpadnięcie na ten pomysł. A to tylko jedna z wielu przydatnych rzeczy, jakich się nauczyłam. I teraz serio, co by nie mówić o moim nastroju i dziwnym stanie, to te praktyki dużo mnie nauczyły. I to wcale nie tylko takich pesymistycznych rzeczy, jak jeszcze większa świadomość mojego niewłaściwego podejścia do pracy, jako takiej, deadlinów itd., ale też sporo o podejściu do klienta. Jednego dnia nagrywaliśmy lektorów, oni tylko czytali! A do każdej z tych pięciu osób trzeba było inaczej mówić, żeby wszystko udało się dobrze nagrać.
I tu, a propos dobrze, przechodzimy do drugiej połowy tamtego tygodnia. Bo gdzieś pomiędzy nagrywaniem fortepianu, a siłowaniem się z systemami komputerowymi, powoli zaczęło mi przechodzić. Zaczęło mi się przypominać, że no dobra, wszystko mi z rąk leci i sypie się kilka niezależnych spraw na raz, ale jednak! Na przykład zrobiłam piosenkę. Albo może inaczej, skończyłam pierwszy etap robienia piosenki. Mam i wokal i podkład! To już coś, no nie? To jest nadal takie dziwne uczucie, jak coś wcześniej NIE istniało, NIE było tego po prostu na świecie, a teraz jużjest i mam to na komputerze, bo to zrobiłam. A co oprócz piosenki? Ogarnęłam ten telefon. Udało mi się sprzedać ten keyboard. Wybrałam się na więcej spacerów, niż przez ostatnie 2 miesiące razem wzięte. Co tam jeszcze… O, nauczyłam się dwóch zdań w obcym języku! ;p
W każdym razie tygodnie, mimo, że ciężkie, przynosiły jakieś korzyści, tylko po prostu musiało to zacząć do mnie docierać. I powoli zaczyna, być może też dlatego miałam ochotę ten wpis napisać. Żeby sobie zachować taki moment, kiedy jeszcze nie do końca wszystko było OK, ale już mniej czasu poświęcałam na przejmowanie się i rozkminianie mnóstwa spraw na raz, a więcej na jakieś twórcze zajęcie. Albo na oglądanie odprężających rzeczy. Ja nie wiem, czy po tym wpisie widać, że byłam ostatnio na moim etapie stand upu, ale owszem, byłam. Książki, seriale albo stand up, to są trzy etapy uspokajania. A, no i zakupy, jak widać. Wcale nie taki zły ten SE 3, jak się wszyscy boją. Chyba, że ja tak mam, bo się przesiadłam z pierwszego SE i widzę samo przyspieszenie działania. 😉 Ktośby może chciał iPhone SE pierwszej generacji? Bo ja mogę oddaćw dobrej cenie. 😉

Cenię sobie spokój, dlatego teraz trochę go sobie jeszcze podaruję. Zwłaszcza, że nie mam dziś rzadnego sprawdzianu, więc niczego nie olewam. 😉
Na koniec wpisu podziękuję wszystkim, którzy musieli ze mną przez te tygodnie wytrzymać. Praca pracą, ale potem trzeba wrócić do domu, a tam już się rzeczy dzieją. Moje głosy serca, rozumu, podświadomości i nierozsądku, moi ludzie, którzy pójdą ze mną do kawiarni czy pizzeri tylko po to, żeby potem wysłuchiwać o dylematach życiowych, będą gadać ze mną do dowolnej godziny nocnej i powtarzać, że jest dobrze, przecież dobrze jest, nawet, jak nie jest, a także dopilnują, żebym wstała, zebrała się, zjadła śniadanie i wyszła z domu, niczego nie zapominając. Nie zapominam wam tego nigdy, nawet, jak zapominam oddzwonić.

Przed samym końcem wpisu anegdotka, bo mi się przypomniało, a propos sprawdzianów i nauki zawodu.
W sobotę mieliśmy rodzinne spotkanie, ponieważ moi dziadkowie mieli 50 rocznicę ślubu. To w sumie przywraca wiarę w to, że takie rzeczy są możliwe. Jak to na spotkaniach rodzinnych, padło do mnie pytanie: i co dalej? Pytanie "co dalej" jest tylko troszkę niżej od "a po co?" w rankingu najtrudniejszych pytań. Ale odpowiadałam. Że chcę pracować z tym dźwiękiem, że zrobię certyfikat z angielskiego, że po tym certyfikacie można uczyć, to by może sobie zrobić pedagogiczne… No i widzicie, brawa dla tej pani, trzy zawody i ani jeden nie gwarantuje hajsu! Tak się pochwaliłam właśnie. Haha, no dobra, pośmialiśmy się, nastąpiła zmiana tematu, nawet o tym zapomniałam. Gdzieś tam wrócił temat szkoły, egzaminów, trochę stresu z tym związanego. No i widzisz, wujek, jakby mi tego było mało, to w maju mam dyplom do zagrania, wreszcie będę mieć papier na to, że gram na perkusji! A mój nieoceniony wujek, serdecznie go teraz pozdrawiam, bez namysłu dopasował się do mojej konwencji i zauważył: o, no to jużczwarta fucha tego typu! I TO! Się nazywa obtymistyczne podejście do życia! Realizator / muzyk, anglista / nauczyciel. I wy się mnie jeszcze pytacie, co dalej? I ważniejsze pytanie: To co? Ktoś chce tego iPhone? 😉

Pozdrawiam ja – Majka

Kategorie
co u mnie

O świętach rozmaitych, syntezatorach xd i takich innych dowodach anegdotycznych

Chyba dobry.
A jak u was? Bo ja miałam wolną sobotę. Wiecie, co to jest? W sensie, no, taki dzień, że się NIC nie musi robić i z NIKIM nie jest się umówionym na Żadną godzinę. Bo nie wiem czemu, ale jakoś dawno nie miałam takiego dnia, żeby jednocześnie był dobry i wolny. Albo coś miałam, albo było beznadziejnie źle z jakiegoś, zazwyczaj głupiego, powodu. To, że wolne mam w sobotę okazało się dosłownie dzień przed faktem i, aczkolwiek powód jest złą wiadomością, nielubię go i mnie smuci, tak sam fakt, że dziśnic nie robię był mi bardzo na rękę. Zrobiłam pierwsze, co mi do głowy przyszło, spałam. Ponieważ już nie śpię, spróbuję znaleźć coś ciekawego, co też mi było na rękę i co mogłoby zaciekawić czytelników tego bloga.

Ostatni wpis poszedł w świat szóstego marca, co się działo od tamtego czasu? Jak to co? Same święta były!
Na przykład… O, dzień kobiet był. Kolega z klasy przyniósł mnie i Sylwii snickersy. Dopiero potem przyszło mi do głowy, że w sumie miło, ale z drugiej strony, to trochę tak, jakby powiedział: ej, zjedzcie snickersa! No ale, jak wiadomo, nie jesteś sobą, kiedy jesteś głodny, także… Propos snickersa, to kolega Misha, znany tutaj już, jako moja niezmordowana podświadomość, z wspominaną już poprzednio anielską cierpliwością, uczy mnie tego zdania po ukraińsku. U nich to brzmi ładniej, niż to nasze "nie jesteś sobą", jakoś tak bardziej marketingowo. To jednak nie zmienia faktu, że moje umiejętności językowe najwidoczniej wyczerpały się na angielski. Pewnych rzeczy po prostu NIE jestem w stanie, jeszcze, powtórzyć. Całe życie się człowiek uczy.

Ostatnio uczę się nie tylko języków, ale także syntezy i obsługi sprzętu. Albowiem nastąpił ten szczęśliwy dzień, dzień piękny i zdawna oczekiwany, kiedy… zaoszczędziłam 900 złotych! Ale tak serio, to ważniejsze było to, że wreszcie kupiłam wymarzony instrument, którym jest syntezator Korg Minilogue xd. Uprzedzam komentarze, tak, to się naprawdę tak nazywa. Z tym xd na końcu. I niby jak miałam nie kupić rzeczy, która sama do mnie pisze xd? 😉 Dla zainteresowanych syntezą, to chybrydowy instrument, dwa oscylatory analogowe, filtr oczywiście też, jeden oscylator cyfrowy z możliwością ładowania przez komputer nowych i modyfikowanych jego wersji, sekcja efektów, także z możliwością załadowania własnych, fajny sequencer, jest w wersji modułowej i zwykłej. Dla ludzi zainteresowanych sprzętem tak ogólnie, również od strony dostępności i używalności, klawiatura taka sobie, ale da się grać, większość funkcji na szczęście poprzypisywane do konkretnych gałek i przełączników, więc obsługiwalny bardzo dobrze, tylko się trzeba nauczyć, co do czego. Jak przyszło co do czego, podstaw nauczyłam się dość szybko. Z tego miejsca wielkie podziękowania dla jednego z moich nauczycieli, który mi tę okazję do kupienia wyczaił, dał znać i pomógł załatwić. Zajęcia mamy w poniedziałek i wtorek. W jeden poniedziałek pomógł, w drugi już grał i chwalił. 🙂 Równolegle z syntezatorem kupiłam do niego torbę i okazało się, że dobrze zrobiłam, bo przez ostatni tydzień mój korg kawał świata zobaczył. Głównie podróżował ze mną z pokoju do studia i z powrotem, co nie byłoby złe, gdyby tych miejsc nie dzieliły cztery piętra. Na szczęście jest dość lekki. Mam zamiar zaprezentować go na tym blogu również dźwiękowo, z tym, że potrzebuję na to nagranie troszkę czasu. Spokojnie, to nie będą dwa lata, jak ostatnio, czy ile tam czekaliśmy na rolanda. Ja wiem, że ja na rozmaite recenzje potrzebuję mnóstwo długich tygodni, ale spokojnie, Czytelniku zniecierpliwiony i oczekujący, ja dotrzymuję słów.
Na realizacyjnych zajęciach w czwartek mój korg również był obecny i grał. xd. Ponieważ jeden z naszych mistrzów zawodu już wcześniej upatrzył sobie swoją ulubioną barwę, zagrał pierwszy, a na tym motywie my staraliśmy się tworzyć dalej. Oczywiście zagrał dopiero wtedy, kiedy udało nam się rozplątać wszystkie potrzebne kable, wszystko odpowiednio podłączyć, ustawić, przygotować sesje w programie… W ogóle ostatnio w studiu zadano nam pytanie, czy my z własnymi urządzeniami też tak dużo rozmawiamy. I faktycznie, przedmioty w naszym studiu okazują się nie tylko mieć dusze, ale najwidoczniej także rozumieć doskonale ludzką mowę. Normalnym jest usłyszeć: oooo, jaki jesteś kochany, wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! Skierowane to jest do syntezatora. Zdarza się również: No i co zrobiłeś, hamie jeden?! Skierowane do komputera lub nawet programu na nim. Już nie wspominam o, kierowanym do głosu odczytu ekranu: zamknij się wreszcie!
A przypominam, że ci biedni ludzie, którzy nas uczą, muszą się zawsze orientować, czy my mówimy do nich, czy może jednak nie… Ale spokojnie, jeden z nich również gada ze swoim voiceoverem, drugi nadaje urządzeniom imiona, trzeci mnie ostatnio oskarża, żę stawiam termos na rogu stołu, a chciałabym zwrócić uwagę, żę to jest okrągły stół… Generalnie zabawnie jest.

Czy zawsze jest zabawnie? A jak ma być? Przecież za parę miesięcy kończę szkołę, gdybym się nie śmiała, musiałabym płakać. Na pewno za parę miesięcy pojawi się na tym blogu wpis, w którym napiszę, czytelniku drogi, co zamierzam robić ze swoim życiem dalej, już po ukończeniu szkoły. I zazdroszczę Ci, Czytelniku. Ty o tym tylko przeczytasz, ja najpierw będę musiała się tego dowiedzieć. A rozmowy na ten temat nawet w studiu rzadko kończą się śmiechem.

Wróćmy do tych świąt! Jakie jeszcze były? A, dzień chłopaka! Przyjęła się robocza nazwa "święto męczenników i mężczyzn", a my, wraz z Sylwią, postanowiłyśmy się na tę okazję ubrać, określmy to, bardzo jak kobiety. Jak siędobierze odpowiednie elementy stroju, to nawet wygodnie potrafi być. Ciekawa rzecz się zadziała, bo na akustyce dostałyśmy słodycze na dzień kobiet i pana, który nam to podarował, od razu tym poczęstowałyśmy, oczywiście z okazji dnia mężczyzny. Cóżza cudowna i opłacalna transakcja! Ale nie no, bez przesady, kawę też przyniosłam i chciałam częstować, także to nie jest tak, że nie miałyśmy NIC. No i strój jakże uroczysty; padło kilka pytań, czy taki dzień nie występuje częściej, więc rozumiem, że źle nie było. ;p A potem, to jużtrzeba było robićrealizatorskie zadania i uwierzcie mi, kto ich nie słyszał, jest znacznie zdrowszy na umyśle.

Dzień po tym pięknym wydarzeniu było moje prywatne święto. Jedenasty marca, to od jedenastu lat, cóż za jubileusz, moje prywatne święto muzyki w moim życiu. Właśnie nie tyle muzyki, jako takiej, tylko muzyki dla mnie, ponieważ właśnie jedenastego marca 2011 roku pierwszy raz świadomie byłam na koncercie. W sensie OK, wiadomo, kojarzę, że wcześniej były w mieście jakieś koncerty, na jakichś też pewnie byłam. Ale wtedy to był pierwszy raz, kiedy znałam zespół, wiedziałam, że ja go lubię, a przyjaciółka w tamtym czasie lubiła jeszcze bardziej… No i poszłyśmy. Towarzyszył nam mój tata i na zawsze pozostanie on świadkiem tego, co się od tego dnia zaczęło. A zaczęło się coś ważnego. O ile pamiętam, to właśnie on wpadł też na pomysł z audio autografami, które od razu zebraliśmy od występujących wtedy artystów. Jedenaście lat później z tamtymi artystami nadal mam kontakt, poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi, czy to na festiwalach, czy na pojedynczych koncertach, a o naszym pomyśle z audio autografami i całej historii z tym związanej mój tata usłyszał kiedyś od zupełnie innej osoby i okazało się, że faktycznie mówiono o nas. Pamiętam, jak wracaliśmy o trzeciej w nocy na pole namiotowe, pół godziny chyba, a padało. Pamiętam rozmowę z jednym z najbardziej znanych niemieckich artystów reggae, a tę szansę z kolei dało mi uczestnictwo w dokumencie o festiwalu, na którym wtedy byłam chyba siódmy raz. Pamiętam, jak w wieku lat 13 zmontowałam dźwiękowy prezent na dwunastolecie mojego ulubionego zespołu, a potem mogłam im to po prostu przysłać mailem. Pamiętam, że przez te wydarzenia polubiłam koncerty tak w ogóle, nie tylko reggae, i zaczęłam ich szukać i na nie chodzić. Pamiętam, jak jeden wokalista nagrywał ze mną wiadomość na whatsappie dla mojego przyjaciela, który nie mógł pojawić się na występie. Z drugiego końca spektrum, a propos przyjaciół, pamiętam, jak w gimnazjum robiliśmy we czwórkę projekt o reggae, z wypowiedziami artystów i przykładami muzycznymi, mieliśmy nawet takie same koszulki! A wszystko dlatego, że mi kiedyś ktoś coś puścił, potem na święta dostałam album, a potem dowiedziałam się, że jest koncert i spytałam: Zuza, idziesz?
Chciałabym kiedyś napisać większy wpis na ten temat.

W ogóle, jak już jesteśmy przy pisaniu, znów się zastanawiam, czy nie zacząć pisać więcej o muzyce. Nawet nie tu, może gdzie ińdziej…? O, mogłabym pisać recenzje sprzętu, ja tak lubię nowe rzeczy… Poza tym, jak kiedyś na systemy midi mieliśmy napisać referat o jakiejś firmie, produkującej sprzęt, to zrobiłam taką pieśń o Rolandzie, że nawet mnie się w miarę podobało. 😉
Ostatnio usłyszałam, że ja w ogóle powinnam raczej pisać, niż grać. No ale przecież muzyki nie zostawię. Raz, że kocham, a dwa, że czasami nawet coś umiem. No to może o muzyce pisać…? 😉 Się pomyśli. Jak czytelnicy mają jakieś pytania, podpowiedzi, zażalenia czy inne komentarze, to mile widziane, bo generalnie każda inspiracja na dalsze życie jest teraz spoko.

Jak tu zgrabnie przejśćdalej… O, dalsze życie! Telefon muszę zmienić! A tak serio, to dzień kobiet dniem kobiet, ale wtedy była też konferencja applea, na której zapowiadali mniej lub bardziej zaskakujące nowe premiery. My to oglądaliśmy ze Stivim. To było lepsze niż film akcji. On to przeżywa wraz z nimi! I tam zapowiedzieli nowy telefon, który chyba chcę i nowy komputer, który, po zastanowieniu, nie wiem, czy też nie chcę. Wygląda, jak trzy macki mini… O właśnie, anegdota:
Ostatnio opowiadałyśmy koleżance z Sylwią, jak to było, jak do studia przyjechały nowe komputery.
– No i wiesz, Natalia. – Mówiłam. – Oni postawili wszystkie te stare macki, tak jeden na drugim, na stole przed kanapą, żebyśmy tam siedli i sobie pozgrywali, co trzeba… –
– Taka mac wieża. – Powiedziała nagle Sylwia i zaraz dodała. – Mac zestaw! A ciekawe, czy można podjechać na rowerze do drajva, nie? –
I taki właśnie mamy strumień świadomości w internacie.

Internat, to w ogóle jest kopalnia anegdot. Zawsze lubię myśleć o tym, co sobie myślą ludzie z zewnątrz. Wiecie, takie wycieczki, jak się ich oprowadza. Albo goście, którzy przychodzą z zamiarem przyjścia do ośrodka i nauki tamże. I oni widzą, jak wyglądają pomieszczenia. Aaaale oni nie znają życia!

Siódma rano:
– Dziewczynki, idziecie na śniadanie? –
– Mmmmmmm… –

Siódma wieczorem:
– Dziewczynki, wszystko w porządku? –
– Nieeeee! –

Ewentualnie mój ulubiony obrazek, to ja, siedząca na podłodze przy łóżku, o jedenastej wieczorem i mówiąca z niezwykłym wzruszeniem:
– O raaaany… O mattttttko… Dziewczyyyynyyyy, knopers! – Słuchajcie, jak człowiek jest głodny, a znajdzie w szafce coś takiego, to to jest najbardziej magiczne przeżycie całego tygodnia!

Teraz mam inne przeżycie magiczne, mianowicie troszeczkę czasu dla siebie i ludzi, ponieważ czekają mnie dwa tygodnie praktyk. Warszawo, przybywam! Ale na szczęście dopiero w poniedziałek. Dobrze, że natalka jechała do domu samochodem i jej rodzinka zgodziła się mnie zabrać. Mój plecak, jakieś torby, mój syntezator, jeszcze jakiś sprzęt, który wzięłam do testów i zrobiło się z tego pół bagażnika mnie. Ten sprzęt do testów największy z tego wszystkiego, teraz zajmuje honorowe miejsce na moim biurku, nie pozostawiając wiele miejsca na inne rzeczy, a służy, w skrócie mówiąc, do sterowania protoolsem oraz każdym innym programem, działającym na protokole HUI. A ciężkie to, jak… jak ten protokół. Do testów zabiorę się niebawem.

Także ja wszystkich żegnam i życzę miłego marca, tudzież tego, co z niego zostało. Żebyście mieli wokół siebie samych szczęśliwych i zdrowych ludzi, jako i ja pragnęłabym mieć w tych momentach, kiedy wszyscy myślą, że wszystko jest kompletnie i zupełnie zawsze w porządku. 🙂
Ale serio, nie dajcie się zwariować, miejcie dobre dni, a sny nie gorsze. Ja mam ostatnio jakieś dziwne, Werka, jak ma mi się przyśnić ten szaleniec z siekierą, to powodów ma mnóstwo. Mam nadzieję na lepsze.
Pozdrawiam was i dobrze wam życzę ja – Majka

PS: Byłam ostatnio na koncercie Voo Voo.
1. Tak, wokalista mi się nagrał, dziękuję bardzo.
2. Jak słyszę ich perkusistę, zdaje sobie sprawę, jak wielu rzeczy jeszcze NIE umiem.

Kategorie
co u mnie

Stylem dowolnym o mieszanych uczuciach. Albo odwrotnie.

Drogi Czytelniku

Oto wpis z dawna rządany… Wpis o tym, jak ważne są deadliny, czyli o tym, czego nigdy nie zapomnę i o tym, o czym już mi się udało pozapominać… Tak na marginesie, moja mama dziś rano zapytała mojej siostry, o ile się założą, że zgubię kolejną rzecz jeszcze w tym tygodniu i kiedy dokładnie to będzie. Także wiesz, Czytelniku, ludzie mnie znają. I nie to, żebym się jakoś bardzo zmieniła, chociażby dzisiejszy wieczór może posłużyć za dobry przykład. Muszę się spakować, napisać dwa maile, napisać na ten blog… A naprawdę bardzo chciałabym pograć w takie dźwiękowe memory, co dzięki Sylwii odzyskałam. Każdy przeklina sentyment do starych, lubianych gier komputerowych. Kto nie przeżył, NIE zrozumie. :d

Mówiąc o przeżyciach, zastanawiam się właśnie, o czym napisać w tym wpisie. Postu o codzienności nie było od grudnia, co oznacza, że, gdybym chciała zawrzećwszystko, musiałabym zrobić tu większy bałagan, niż w podsumowaniu roku. Swoją drogą informacja dla ludzi, co powtarzają, że NIC nie piszę. Napisałam! Podsumowanie roku. Długie to nawet było… Nie starczy?

A gdzie tam?! Piszemy więc o codzienności. Zacznę od codzienności z grudnia / stycznia, bo była ona głównym powodem tego, że blog poszedł w odstawkę. ZNaczy dobra, drugim, pierwszym jestem ja.

Jak czytelnicy bloga wiedzą, od września brałam udziałw projekcie, który potem został nazwany Ścieżka do Betlejem, a jego efektem była seria świątecznych koncertów na rzecz fundacji, w której jestem. Przyniosło nam to trochę zysku, mnóstwo radości i pracę. O Chryste, ile pracy?! Zrozumiałam, jak niegotowa jeszcze jestem na zostanie i muzykiem, i menadżerem… w ogóle do zostania KIMŚ. Przy okazji zrozumiałam też, czemu ludzie podpisują pakt z… znaczy ten, Kontrakt, z wytwórnią. Przecież oni wtedy nie muszą sami tego wszystkiego załatwiać! Ja teżbym za to wiele oddała! A i tak miałam do zrobienia jedną trzecią tego, co moi wspólnicy w zbrodni.
Także mędrcy, pasterze, my i inni wierni dążyliśmy tą ścieżką do świętości. I do odpoczynku, bo, jako i świętość, ujrzymy go chyba dopiero po przeniesieniu się na świat lepszy.

Oprócz projektu koncertowego, o którym naprawdę, naprawdę ukaże się szerszy artykuł, było też trochę innych projektów fundacyjnych. Największy z nich pomógł nam nie tylko wspomóc różne instytucje w różnych miejscach Polski, ale też spotkać wielu ciekawych ludzi z wieloma ciekawymi pytaniami, na które sami byśmy nie wpadli. No i papiery, oczywiście, że w fundacji są papiery. Dużo papierów. Papiery NGOwców przykryją ten kraj, przykryją Europę, cały świat przykryją!
A, no i jeszcze do szkoły chodzę, w szkole są sprawdziany i takie audycje / koncerty w szkole muzycznej, w których dwa dni przed faktem dowiadujecie się, że bardzo chcecie brać udział. ;p W sumie, to szkoła muzyczna, mimo, że to dość męczące zjawisko, przynosi mi ostatnio radość o tyle, że wreszcie coś mi sięprzestawiło w głowie i zaczęło mi jakby troszeczkę lepiej wychodzić na marimbie. Nie wiem, co się stało i od czego to zależy, może mi weszła wreszcie w ręce ta pamięć mięśniowa w odpowiedniej ilości, może ćwiczenie robi różnicę, w każdym razie jest lepiej. No i dobrze się składa, bo, było nie było, muszę w tym roku zagrać dyplom. I wcale tu nie chodzi o egzamin, ale o moją własną satysfakcję. Jeżeli czegoś nie da się zrobić, potrzebny jest ktoś, kto o tym nie wie. A że ja generalnie mało wiem…

Pod koniec stycznia mieliśmy ferie. Zaraz na początku dwa koncerty z fundacją, w drugi weekend kolejne dwa, pomiędzy natomiast się rozchorowałam. Ponieważ jestem niesamowicie logiczna i stała w uczuciach, to z okazji stanu podgorączkowego, kaszlu i generalnie samopoczucia beznadziejnego, zrobiłam remiks na konkurs. Midi dali, pliki oryginalne dali, to można było się pobawić. Nie to, żebym wygrała, ale wyrobiłam się na deadline (wspominałam coś o deadlinach?), a także kawałek na youtubie jest.
https://www.youtube.com/watch?v=u6XuNJKw5iM

W miesiąc luty weszłam zmęczona. Ze zmęczenia zaczęłam, jak zwykle, gubić terminy, wątki, a także przedmioty. Dużo, dużo przedmiotów. Moi współklaścy niedługo dołączą się do domowych zakładów. Kiedy ostatnio napisałam, że nie mogę znaleźć jakiegoś filmiku, dostałam odpowiedź: no, typowa ty. Czyli gubię nawet filmiki na youtubie, faaaajnie. W trudnych chwilach zawsze wspiera mnie literatura Chmielewskiej, która i tu przychodzi z pocieszeniem. Otóż, jak wszyscy wiemy, ALicja zgubiła kiedyś we własnym domu pręt o nieznacznej długości 6 metrów. Ja i moje rzeczy, to jest NIC!
A tak poza tym, to chcę się wyspać! Koszmary mi się śnią.
Zmęczenie moje nie zmieniało jednak faktu, że już było po koncertach, po zebraniach, nawet semestr już się skończył, zaczęłam więc trochę wracać do siebie. I naprawdę żałuję, że nie napisałam tego wpisu wtedy. Miałabym mnóstwo tematów. O tym, że jak coś zgubię, to też znajdę. Że mamy w studiu mnóstwo fajnego sprzętu do testowania. Że znowu zaczęłam czytać! Że odzyskuję zaufanie do świata i na nowo zakochuję się w dźwięku. Dostałam dobre info, że przyjaciółka odwiedza Kraków, też świetnie! Przyjaciółka ma niezwykle rozwinięte zdolności w sianiu zniszczenia w elektronice, dlatego dziwi mnie, że nasze studio (jeszcze) działa. Ale działa, zapraszamy ponownie! Odbyłyśmy mnóstwo fajnych rozmów podczas tych odwiedzin, zjadło się dwa dobre obiady w dwóch dobrych towarzystwach, a także zrobiło niezłe zdjęcie już przy odjeździe, na dworcu. Dzięki tym ludziom i tym spotkaniom wierzę, że przez Kraków zyskałam niesamowicie dobrą i interesującą sieć kontaktów. Tyle dobrych wiadomości! Teraz, to jużwszystko powinno być…

Wojna. Tylko tyle. Krótka wiadomość na messengerze, o ile pamiętam jakoś po szóstej rano. Bez wyjaśnień i dopisków. Zapytałam Werkę, o czym mówi konkretnie, bo oczywiście to ona pilnuje, abym jednak ignorantem nie była i miała kontakt ze światem. Wyjaśniła mi.
I w sumie zastanawiałam się, czy coś tu o tym pisać. Bo ciężko jest określić, co czuję. W ogóle w ciężkich sytuacjach ludzie mogą odnieśćwrażenie, że u mnie jest kiebsko z ludzkimi uczuciami. Ja też czasami odnoszę takie wrażenie, bo wtedy, może w ramach obrony przed światem, wszystko się wyłącza. Przyjmuję informacje, po prostu. A że te informacje potrafią niszczyć wiarę w ludzkość…? Nie należy też zapominać, że każda sprawa ma dwie strony. Jak nie więcej, w końcu życie to interesująca powieść.
Z jednej strony żyć trzeba. Mamy taką szansę i trzeba to doceniać. I robić, co do nas należy, nietylko pomagając ludziom, ale też rozwijając się dalej w tym, w czym rozwijaliśmy się wcześniej. Żyć, powtarzam.
Z drugiej strony nadal czuję się winna, że pisałam do przyjaciela z Ukrainy nie dlatego, że nie mogłam do niego przyjść, ale dlatego, że nie wiedziałam, jak i co mam powiedzieć. No bo co, mam spytać, jak tam? Przecież wiadomo, że ch… Cholernie źle, powiedzmy.

Minęło półtora tygodnia. Jesteśmy na etapie pieśni bojowych i pytań, przez jakie H pisze się Putin. Jest Troszkę lepiej. Nie wiem, jak ty, ja się troszeczkę odblokowałam, choć to zimno nadal mi towarzyszy.

Propos towarzyszy, to na pewno na któryś z przyszłych weekendów zamierzam pozostać w Krakowie, także, jak ktoś z Krakowa chce mi gdzieś potowarzyszyć, to proszę się odzywać do mnie. Bo czas przyszły wykorzystać zamierzam! Zwłaszcza, że uważnemu Czytelnikowi umknąć nie mogło, że w czerwcu skończy się moja pewność przyszłości, przynajmniej w pewnym sensie.
Nie zajmujmy się tym w tejchwili. Zajmijmy się tym, że szykują się fajne koncerty, fajne płyty, fajne poniedziałki / piątki, fajne praktyki… Wiesz, Czytelniku, że mam szansę na popracowanie sobie w zawodzie? Pierwszy raz! I nawet otrzymanie za to jakichś pieniędzy! A właśnie, ostatnio syntezator zamówiłam. I jak tu mówić o takich sprawach w obecnych czasach? Zdaje mi się, że niestety trzeba również normalnie.

Kończę wpis, bo dziś albo nie idzie, albo ja mam takie wrażenie. Serdecznie dziękuję tym, którzy robią za mój mózg zewnętrzny, rozum, podświadomość, ale także serce i głos nierozsądku. I to wszystko to są osobne osoby! Dzięki, że jednak mam jakąś tam swoją ucieczkę.

Pozdrawiam ja – Majka

PS: Napisałam. W końcu. I co, dobrze było?
Bardzo dobrze, siadaj, trzy plus.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Co się robi i po co. Czyli z dwóch miesięcy notatnik

Przy początku listopada wracałam sobie do domu z Krakowa, pociągiem, jak zwykle, a na dworcu zdarzyła się ciekawa sytuacja. Otóż ze znalezieniem peronu i właściwego pociągu pomogły mi dwie osoby, obie nie z Polski, obie nie wiedzące, gdzie jest wspomniany peron, już pomijając pociąg… DO samego pociągu dotarłam z przemiłym panem z Walii, który mówił do mnie, uwaga, bo to niespodziewana niespodzianka, PO ANGIELSKU, z własnym akcentem, i ja go ROZUMIAŁAM! Nie dotrzymał tradycji dworców i nie spytał, czy mam chłopaka, nie rozumiem dlaczego, bo nadal nie mam, a przyznaję, że z jego strony to pytanie byłoby milsze, niż ze strony nieco wspartych substancją pomocniczą mieszkańców dworca.
Fajnie było, nawet na facebooku napisałam, że nie opuszcza mnie moje szczęście… W tym momencie moje szczęście prawdopodobnie śmiało się ze mnie pod nosem… I już wtedy wiedziałam, że fanie by było wreszcie coś na tego bloga napisać. Tyyyyyle nie pisałam… swoją drogą to bardzo miłe, jak ci nagle ktoś potrafi napisać, że co tak dawno nowych historyjek na blogu nie było. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że czytacie! To tym bardziej mnie skłaniało do myślenia, że no tak, faktycznie, coś napisać będzie wreszcie trzeba. Wiele mówi o mojej pracowitości i słowności to, że te fakty miały miejsce półtora miesiąca temu, prawda?
Mogli byście teraz, z resztą słusznie, zapytać, co mnie w takim razie wreszcie skłoniło do wklepania tych kilku słów w klawiaturę. Co takiego się stało, że w końcu zebrałam się, miałam jednocześnie wenę, siłę i czas… co to w ogóle jest czas? I napisałam! Odpowiadam, otóż było to TLK bez elektryczności. Tak tak, Czytelniku Drogi, nie zmusiło mnie sumienie, nie przekonał dobry temat lub wiadomości od komentujących, zmusiła mnie… NUDA. Telefonu potrzebuję w Krakowie, a już ma mało baterii… A ja mam jeszcze półtorej godziny jazdy! To co ja mam robić? Jeść, skarbie, jeść, głodna jestem straszliwie…
Ale, ponieważ czasu mam dużo, z chęcią opowiem: co znaczy być muzykiem, jak to jest być uczniem, co się robi w fundacji… Ooooo, padło magiczne hasło!

###Co się robi?
Na początek wyjaśnienie anegdoty. Kiedyś moja koleżanka została w jakimś środku komunikacji publicznej zagadnięta przez jedną panią: co się robi?! Pytanie nieco zbiło ją z tropu, czemu z resztą niezbyt się dziwię. Sama ,gdy mi to opowiadała, na nagłe: CO się robi?! Odpowiedziałam szczerze: NIE WIEM! Okazało się, że ta pani chciała się dowiedzieć, co koleżanka robi w życiu, czy studiuje, czy pracuje, takie tam… Wiecie, na dworcu to pytanie by brzmiało: co i z kim się robi?
W każdym razie uznałam, że to pytanie jest tak cudowną formą wypowiedzi, że naprawdę, pod to można wszystkie posty pisać, blog tak można nazwać!

## Co się robi na zebraniach?
A zacznę od tego dlatego, że to właśnie na październikowym zebraniu fundacji usłyszałam poraz pierwszy z kilku w ostatnich miesiącach, że: Maja, musisz to opisać! To jest niezmiernie miłe, jak ktoś twierdzi, że lubi moje opisy rzeczywistości. I równie niezmiernie mija się z celem, kiedy ja tę rzeczywistość opisuję ponad miesiąc za późno. Czasami już nie pamięta się panującego wtedy klimatu, nastrojów, zbiegów okoliczności i gier słów temu towarzyszących. Mogę tylko powiedzieć, że wszystkie wielkie rzeczy, kariery sławnych artystów, lata działania ogromnych firm, wszystko musiało się od czegoś zacząć. Ozzy Osbourne stroił klaksony. Apple computers były składane w garażu. My mieliśmy swoje, weekendowe spotkanie, na którym, oprócz podpisywania papierów i ustalania dalszego toku działania organizacji, ważną kwestią było też, gdzie niby ten dmuchany materac ma się zmieścić, a także, dlaczego prezes rzuca mięsem. Tym razem był to kurczak w pięciu smakach… Generalnie bajzel. A, i czytaliśmy sobie w ramach rozrywki… Zauważcie, w ramach ROZRYWKI. Czyli, że właśnie to robimy ze swoim życiem. Czytaliśmy sobie zasady savoir-vivreu na różne okazje. To Oni nam to zrobili! Tam jest napisane, że przy niewidomych NIE powinno się poruszać tematu niepełnosprawności! Jezu, to niby jak ludzie… A z resztą, osobny post chyba o tym kiedyś będzie, to się nie będę rozdrabniać. Teraz siedzę w pociągu, klepię ten post, i jestem całkiem ciekawa, ile osób zastanawia się, jak to robię, że trafiam w literki. I NIE zapyta! No bo co? Bo dobrze wychowani! ;p Swoją drogą wiedzieliście, że w pociągu można mieć obok siebie więcej, niż 10 cm wolnego miejsca? Ja już zapomniałam, głupie expresy. :d
Niezłe nawet to TLK… To się nadal wiąże z zebraniami, macie pojęcie, ile my się musieliśmy ostatnio po Polsce TLK najeździć? Wracając: niezłe to TLK, jedzie, nie spóźnia się, ciepło w nim jest… Tylko jakby jeszcze gniazdka działały… No i głośno trochę.

## Co się robi, będąc dźwiękowcem?
W sobotę wraz z jednym z moich współklaśców, którego serdecznie pozdrawiam, byłam na warsztatach. Warsztaty były w Krakowie i dotyczyły scratchu. Było dwóch DJów, mieli dwa gramofony… Nie, czekaj, dwóch? To cztery… No nie ważne, po dwie płyty mieli… Jeszcze inaczej: po dwa stanowiska na płyty mieli! I uczyli nas, co z tymi płytami można robić, a czego nienależy. Bardzo było fajnie, nietylko dlatego, że panowie bardzo pomocni i nowe kontakty mamy, ale też dlatego, że kolega z klasy dokładnie rozumie, co ja mam w głowie i odwrotnie. Jeśli znajdę fajny dźwięk, wymyślę ciekawy efekt albo coś mi się z czymś skojarzy, to na pewno albo podpowie mi to moja podświadomość, albo ON. 🙂 W każdym razie tam, na tych warsztatach, miała miejsce pierwsza z dostępnych opcji, mianowicie znaleźliśmy fajny dźwięk. "No geniusz, faktycznie, na winylu fajny dźwięk znalazł!" Myślisz sobie teraz Drogi Czytelniku. Ale NIE! My znaleźliśmy szklaną butelkę z wodą, co brzmiała, jak fleksaton. Musimy nagrać! Kolega słusznie zauważył, że to bez sensu, bo tu trochę głośno. Zaczęłam kusić: no weeeeź, przecież oni chcą być DJami, nie? Im chodzi o to samo co nam! Daaaawaj, poprośmy! Kolega przytomnie zdjął z siebie odpowiedzialność: No to proś! Ponieważ ja jużbyłam w trybie, który roboczo nazwę The Greatest Showman, wstałam i poprosiłam. Te 10 obcych osób. Żeby zciszyli to, po co tu przyszli, bo my jesteśmy porąbani i chcemy sobie COŚ nagrać. I to właśnie jest stan mojego umysłu na dzień dzisiejszy. A propos umysłu…

## Co się robi w szkole?
Parę tygodni temu mieliśmy zapowiedziane dwa testy. Z percepcji dźwięku i z akustyki. Jeden w jednym tygodniu w poniedziałek, drugi w drugim, we wtorek. Ja się jeszcze specjalnie dopytałam, który mamy kiedy, zapytałam w pewien poniedziałek, czy dziś percepcja czy akustyka, dostałam odpowiedź, że akustyka i to jutro. Super, mam dużo czasu! I nauczyłam się percepcji. Ja zauważam, że to jest już pewnego rodzaju norma, ja w bardzo podobnym czasie mam ten stan we wszystkich latach nauki. Przełom listopada / grudnia, niebezpieczny okres. Ja nie wiem, co mi się wtedy dzieje, co za głos wewnętrzny się uaktywnia, ale moja zdolność logicznego rozumowania i pojmowania wszechświata zaczyna się i kończy na: chcę nagrać, chcę posłuchać, chce się wyspać! A mówiłam wam już, że głodna jestem?

## Jak się robi?
Nagłówek tego akapitu kryje w sobie pytanie, jak jest. Bo my się tu śmiejemy, jest fajnie, nawet dobrze to pisanie idzie i możnaby pomyśleć, że wiadomo: ekspert, szczęściarz, pełen energii… No nie. Oświadczam, że nie jest najlepiej. Od paru tygodni jestem w momencie, w którym w obu szkołach (muzycznej i dźwiękowej) przypomniano sobie, że istnieje koniec semestru, w fundacji zrobiliśmy jednocześnie konkurs dla instytucji porzytku publicznego i koncert charytatywny… ZNaczy jeszcze nie zrobiliśmy, wciąż robimy chciałam powiedzieć. Czyli, że jednocześnie próby do koncertu, ogłoszenia do konkursu, dublerzy i przestawianie dat do koncertu, umowy do konkursu… Ja nie wiedziałam, że w Polsce jest tak wiele pięknych miejscowości! Które nie mamy pojęcia, gdzie są, a z umową pojechać trzeba… 😉 Dochodzi to, że ja bardzo odbieram ludzkie emocje, a to nei jest tak, że jak ja mam sporo rzeczy, to świat się zatrzymuje. Nadal w domu ktośmoże być zestresowany, nadal przyjacielowi się mogą na głowę walić same problemy, a przyjaciółka nie będzie wiedzieć, w co ma ręce włożyć i co pierwsze naprawić… I niby nie moje zmartwienie, a jednak…
I zaraz mi ktoś powie, słusznie, że ten tekst NIE jest odkrywczy. Że to są normalne obowiązki, z którymi każdy się musi mierzyć… No tak. Prawda, ja się z tym nawet zgadzam, to jest zwykła codzienność! I ta zwykła codzienność mnie troszkę zaczęła przerastać. Ostatnio się trochę poprawia, dlatego może mam siłę o tym pisać. No bo o takiej ZWYKŁEJ codzienności ,to po co pisać?
W ogóle O, kolejne moje ulubione pytanie: po co? Stresuję się. Poooo co? Kupiłam coś. Poooo co? Mam wrażenie, że jak komuś powiem, że go darzę ogromnym uczuciem, też zapyta po co! Inna sprawa, że ja takie piękne słowa jestem zdolna wykrztusić chyba tylko wtedy, kiedy ktoś mi przyniesie herbatkę… O właśnie, dostałam na urodziny termos! Kolejne wielkie odkrycie, doceniaj doceniaj, Czytelniku, będzie takich więcej. Od Sylwii dostałam, a będąc przy Sylwii przejdę do:

## Co się potem robi?
I po co? Wiadomo. 😉 Wyszło na to, że mamy sporo zajęć w tym roku. Bo i szkoła jedna, i muzyczna też (muszę chodzić na kształcenie słuchu, wiecie?), a poza tym parę spraw każda z nas ma do załatwienia. Po godzinach natomiast próbujemy nadrobić zaległości. Nie śniło się filozofom to, co my potrafimy wtedy wygadywać. Nie umiem dokładnie opowiedzieć mojego ciągu myśli, ale pewnego wieczoru jednocześnie coś się mówiło o wodzie, która się lała, jednocześnie ja mówiłam, że jak mi jakaś iskra od tych wszystkich kabli pójdzie, to mi się zapali kapa na łóżku i na głos powiedziałam rozwiązanie: Nieee no, spoko, mam suszarkę, ,to się wysuszy! Do tej pory Sylwia się ze mnie śmieje, że chciałam suszarką suszyć pożar. Ona ostatnio, otwierając okno, zawołała: raaaany, jaki mokry deszcz! I zamknęła okno. Także ja nie wiem, kto ma lepsze.
Nieee no, tego się nie da opowiedzieć normalnym ludziom… O, wiem, co opowiem. Doszłyśmy do wniosku, że u nas wszystko słychać odwrotnie. Jak jesteśmy w miarę cicho, rozmawiamy po prostu, to zaraz ktoś przychodzi, że jest po 22, że za głośno, że to się niesie! Co się niesie? Przecież my po cichu, to tamte, z innego pokoju… Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi, cicho być! Ale jak zakładałam poszewkę na kołdrę, baaaardzo jązakładałam, a Sylwia się chowała po kątach z informacją, że ona się duchów lęka? Albo jak miałyśmy taką dłuuuugą rurę od papieru na prezenty i tąrurą ćwiczyłyśmy szermierkę, a koniec wymachu czasaaami nam wypadał na drzwiach wejściowych? To NIKT nie przyszedł! Znaczy, żebyśmy się źle nie zrozumieli, kontynuujmy tę tradycję! Róbmy tak dalej! Ale jednak dziwna sprawa.
A potem ludzie się dziwią, że na realizacji trzeba mi było zadać pytanie: ej, a gdzie ty widziałaś mikrofon dynamiczny ze zmienną charakterystyką? A na zastępstwie, na którym akurat byliśmy u naszej pani od angielskiego, nasza niezmordowana nauczycielka spojrzała na nas w ostatniej ławce, spojrzała jeszcze raz, nie wierząc w to, co widzi i w końcu zareagowała: nieeee no, nie mówcie, że wy teraz będziecie w karty grać! Tacy to z nas pilni uczniowie!
Też czekacie na święta?
Boże, czego ja o tych świętach, głodna jestem! O, widzicie? Głodna. Czyli JEM. Czyli, że nie jestem zakochana. Bo pamiętam, że w tym moim magicznym okresie nieprzytomności w zeszłym roku, jak właśnie tak wszystko gubiłam, o wszystkim zapominałam i NIE jadłam, to mi diagnozowali miłość. Nie chcieli powiedzieć, do kogo. To ja wymyśliłam. Do MUZYKI…

I dokładnie w tamtym momencie moja trasa pociągowa zaczęła zbliżać się do końca. No więc przerwałam wpis, przeżyłam dzień i teraz, wieczorem, mam dla niego czas. Zagrałam ten egzamin z fortepianu, ,co to się o nim dowiedziałam całkiem niedawno, jutro próba, po drodze wyjdzie jeszcze pięćset innych rzeczy… Chyba zacznę kończyć wpis.
A było jeszcze tyle rzeczy… I to, jak sięwybrałam z Kamilem do teatru na "Waitress", nie powiem, tłumaczenie całkiem niezłe. Komentarze chórków najlepsze! I to, jak, z resztą tóż przed tym teatrem, poszłyśmy z Klaudią na festiwal pizzy i miałyśmy wrażenie, że nie zjemy już nic więcej. NIGDY! I to, a propos jedzenia, że z Zuzią, moim Humanem niezmordowanym, odkryłyśmy nową, żyrardowską knajpę, bardzo fajną. Fidel, odbierz telefon! Werka, kiedy ty mi ten rozdział dasz? O czym zapominam?
W jednym wpisie się nie da, serio. Ja się postaram w innych, ja nadrobię!

A na razie, wreszcie, pozdrawiam i zapraszam do komentowania.
Ja – Majka

PS Komentuj, Drogi Czytelniku, komentuj. Tylko błagam, Czytelniku Drogi, kochany mój, nie pytaj, po co! 🙂

PS2 Wyszła płyta live Zalewskiego. Polecam. A przy okazji też polecam to, uwielbiam tę nutę!

Kategorie
co u mnie

O tym, że nawet ekspert potrzebuje szczęścia, a nie każdy szczęściarz jest ekspertem. Czyli trochę o narzekaniu, a trochę przeciwnie.

Witajcie!

Na samym początku chciałabym serdecznie pozdrowić kogoś, kto, widząc mnie na szkoleniu bhp przed praktykami, nazwał mnie moim nickiem z bloga, uśmiechnął się, ale już kim jest, to się nie przyznał. Na tyle rzadko się widzimy, że wybacz, nie poznałam. Skomentuj, pośmiejmy się razem. No, moi drodzy, staję się sławna. Tylko nie wiem, gdzie. Dobra, marsz do wpisu!
Przychodzę do was dzisiaj, aby opowiedzieć wam o niesamowitym farcie, nieco mniej niesamowitym niewyspaniu i kilku rzeczach, które nieźle ukazują, co robię ze swoim życiem. Zaczniemy sobie, jak można się spodziewać, od końca.

Zacznę od polecenia czegoś, co zostało w moim prywatnym rankingu najlepszą aplikacją w appstore. Nazywa się to big bang, po polsku, zaskoczenie, po prostu bicz, a jest to aplikacja, która służy do odtwarzania sampli. Nie nagrywania, nie przetwarzania, po prostu, ma w sobie różne efekty, można sobie taki efekt wybrać i go odtworzyć. Ciekawostką jest to, że to działa w oparciu o, obecny w naszych telefonach, czujnik ruchu, więc dźwięk odtwarzamy, kiedy machniemy komórką. Poczuj tę władzę, kiedy machasz telefonem, a tu słychać bicz. Albo taki potężny cios. Ewentualnie klakson z roweru… No nieważne.
Tutaj uwaga dla moich znajomych, którzy, tak, jak ja, nie widzą nic poza… generalnie poza niczym. Ta aplikacja jest dostępna, ale nie dla voicea. Mam na myśli to, że owszem, kiedy odpalicie to z czytnikiem ekranu, powie tylko: pole tekstowe. To pole tekstowe jest nieśmiertelne, zajmuje cały ekran i nawet edytować się nie daje, po prostu istnieje. Ale! Kiedy już ktoś was umieści w tym miejscu z samplami, to nic prostrzego, wyłączamy voicea i wszystko się zmienia lub odtwarza. Pamiętamy, że wybieramy dźwięki na dole ekranu, żeby przypadkiem nie włączyć czegoś innego, dotykamy jakiegoś punktu i machamy telefonem. Uważacie, że nie jest to zabawne, bo nie wiecie, co wybieracie? No cóż, po ostatnich wydarzeniach NIE zgodzę się z tym! 😉 Mało tego! Żeby dostać więcej dźwięków trzeba… no wiadomo, kupić, ale chyba, zamiast kupowania, można przejść takie mini gierki, dostępne w aplikacji. I niektóre z tych gierek też wydają dźwięki w tak kluczowych momentach, że możemy je spokojnie przejść bez pomocy ekranu. Oczywiście potrzebujemy pomocy, aby je włączyć. Ja chyba napiszę kiedyś do autorów tej apki, żeby coś z tym zrobili. No bo wiecie, może oni nawet nie wiedzą, że te gry mogą być dostępne? Trzeba im uświadomić, jak ważne jest, aby tak ważny wynalazek, jakim jest abka służąca do, przypomnę, jeżeli ktoś jeszcze nie pamięta, jak dojrzała i poważna jestem, odtwarzania z telefonu dźwięków z kreskówki, był dostępny dla czytników ekranu! ;p Chociaż troszkę!

Dobra, kończymy z tymi głupotami, przejdźmy do tego, co się działo w tym tygodniu. Zauważyłam, że moje tygodnie powtarzają ostatnio pewien schemat. One są bardzo dobre, ale bardzo ciężkie. W sensie, ja serio niezbyt mogę spać, raz w tygodniu na bank muszę się rozpłakać, ewentualnie wpaść we wściekłość, a po powrocie śpię duuużo godzin, ale na pewno z każdego dnia wyciągam nowe pomysły, nowe projekty, no i, nie zapominajmy o tym, nowe aplikacje na telefon.
A o co chodzi z tym fartem? Fart towarzyszy mi w podróży. Taka moda teraz. Zaczęło się w poniedziałek, bo zawsze ktoś był na posterunku. Przesiadałam się na Zachodniej, ze trzy różne osoby mi przekazywały różne informacje. Wysiadłam na głównym w Krakowie… Najpierw było dziwnie. ZNalazłam schody, potem okazało się, że to nie te, zastanowiłam się, co zrobić, a tu pojawia się ON. Towarzysz mojej podróży najpierw wzbudził moje wątpliwości, czy on wie, jak się dostać tam, gdzie podobno mnie doprowadzi. Pohopne wnioski, to wnioski złe, po prostu błędne i tyle. Zaczął ze mną rozmawiać. On się ze mną przejdzie, co ma się z "taką" dziewczyną nie przejść? Przyszedł nawet czas na znane nam wszystkim i przez nas wszystkich… zwykle ignorowane, pytania, które nazwę tu: pytaniami w związku ze związkiem. Mam koleżankę, której autentycznie dwie baby wmawiały, że ona sobie na pewno wyobraża, że ma chłopaka, studia i szczęśliwe życie, bo to przecież NIEmożliwe. Na bank znam też parę osób, do których obca osoba doczepiła się na ulicy z jakimiś dziwacznymi propozycjami. Ale pierwszy raz przydarzył mi się dialog.
– A ma pani chłopaka? –
– Nie mam. –
– Jak to, dlaczego? Taka dziewczyna i nie ma chłopaka? –
– A nieeee wiem, prze pana… –
– No to oni jacyś głupi są! –
– A no, w sumie… – Zgodziłam się z facetem z ogromną radością i niemniejszym rozbawieniem. Zwłaszcza, że no błagam was, kto nie chce sobie poprawić nastroju w poniedziałkowy poranek? I niech wam się nie wydaje, że oooo, pijak jakiś, gada bez sensu… Znaczy OK, komplementowanie akurat mnie może się niektórym wydać bez sensu, ale pan rozmawiał ze mną logicznie i na temat, wskazał właściwy autobus, spytał, co porabiam w Krakowie i sam powiedział, skąd jest, a także się przedstawił, o czym nie każdy pamięta. Wszystkiego dobrego proszę Pana, przypadkowe spotkania mogą być bardzo dobre.

Przypadków ciąg dalszy. Moja ulubiona, wspominana tu niejednokrotnie, trasa w Krakowie, to trasa z autobusu do szkoły. Każdy ma taką trasę, czynność lub obowiązek, niby rzecz prosta, a w… irytuje. W poprzednim wpisie wspominałam wam o przeczuciach, w poniedziałek miałam przeczucie, żeby iśćgórą.
Jaaaaa, pójdę górą, jaaaa, pójdę górą… NIE, nie o to chodzi, po prostu do naszej szkoły albo można pójść chodnikiem, wzdłóż ulicy, czyli inaczej "dołem", albo wałami nad wisłą, analogicznie "górą". Poszłam, choć zwykle nie chodzę, spotkałam jedną znajomą panią, pozdrawiam serdecznie, bo czyta. 🙂 Wczoraj natomiast, piątek był, wychodząc ze szkoły uznałam z kolei, że lepiej iść dołem. Nie wiem czemu, w sumie dołem jest wolniej i mniej wygodnie, ale OK, posłuchałam głosu serca i poszłam. Po drodze dołączyła do mnie jakaś dziewczyna.
– Pomóc ci? –
– Hmmm… no… wiem gdzie idę, ale jak zrobię błąd, no to pewnie, powiedz. – Poszła kawałek ze mną, zaczęłyśmy rozmawiać. To ciekawe, że niektórzy ludzie mają taką zdolność znania ciebie dokładnie od momentu, kiedy cię spotkają. I to nie w ten wnerwiający sposób typu: a co ty tu, dziecinko, robisz? Tylko po prostu, idzie koło mnie i zaczyna. Że zimno, co? Weekend podobno ma byćciepły, a ona akurat nie będzie mogła wyjść, bo robi to i to. Zadałam parę pytań, ona też. Ja powiedziałam, że wolę się nie przeziębić, bo jednak pracuję / uczę się słuchem, jak przytkam uszy, to tyle sobie zrobię. I nagle okazało się, że muzyka, to wspólny temat. Ja wam naświetlę sytuację, żeby wszystko było jasne. Trasa z naszej szkoły na przystanek trwa 5 minut. Może nie przesadzajmy, dla mnie 7 minut, to na bank. No ale nadal, to jest 7 minut z życia, 7 minut czasu wszechświata, których nigdy wcześniej nie było i nigdy później nie będzie. I ja w tym czasie spotkałam dziewczynę, która zajmowała się kiedyś miksowaniem muzyki, a produkcją, to nadal się w sumie zajmuje w wolnym czasie. Robi muzykę na abletonie, więc wtrąciłam, że ja to abletona bym mogła tylko z kontrolerem używać. A, ona ma pusha, to jak ja chcę, mogę zobaczyć! A w ogóle, to mieszka niedaleko. Wymiana kontaktów nastąpiło, nastąpiło też wewnętrzne przekonanie, żę coś zrobić z tym musimy, no bo przecież po coś to się stało, no nie?
Przy innej okazji jedna moja przyjaciółka określiła takie zdarzenia sformułowaniem: zbieg okoliczności, o który wszechświat wcale nie prosił, ale bardzo potrzebował.
W sumie wyjaśnienie tego powiedzonka też należy do moich zbiegów okoliczności. Ktoś mi znany czytał mi kiedyś swój tekst, dotyczący pewnego miejsca. W ogóle ten człowiek swoim słowem, mówionym lub pisanym, definiuje świat na nowo w tak niespotykany sposób, że możnaby o nim nie tylko wpis, ale i cały blog napisać. Nie podejmuję się tego zadania, to nie jest mój poziom i moje kompetencje. W każdym razie czyta. W pewnym momencie zaczęłam sobie wszystko wyobrażać i jakoś tak się stało, że zamknęłam oczy. Następne zdanie brzmiało: trafiam tam z zamkniętymi oczami.
Dziękuję bardzo, kurtyna.

A poza tym, to co jeszcze w tym wpisie umieszczę? Wszyscy teraz myślą… gdzie tam teraz, niektórzy, to tak myślą cały czas, że ja mam w życiu samo szczęście i fart, że generalnie, to zajmuję się wyłącznie tryskaniem energią i przeróżnymi projektami.
Dwie uwagi. 1. Czasami coś, co ktoś ma, nie jest szczęściem, a rezultatem ciągu różnych wydarzeń, do których, niespodzianka, ten ktoś też się przyczynił. Np., duże słowo, ale jednak, PRACĄ. 2. To, że ktośma pomysł na projekty, nie znaczy, że je kończy. Życzcie mi, abym przynajmniej jedną czwartą z pomysłów, które kiedykolwiek miałam, kiedyś skończyła.
A dążę do tego, że ostatnio doszłam do wniosku, że to może zależeć od człowieka, co wyciąga z życia. Nie zawsze zależy, broń Boże, ale czasami jednak tak. Odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś częściej opowiada o rzeczach fajnych, może śmiesznych, może przydatnych, które mu się przytrafiły, jest trochę weselszy. Mało tego, lepiej te rzeczy pamięta, bo je powtarza, no nie? Jeżeli natomiast powtarza tylko te, które go zdenerwowały, to właśnie go napędza, że się powkurza jeszcze bardziej, no to… cały czas chodzi taki zirytowany.
Na pewno znajdzie się ktoś, kto powie: o, tobie się takie złe rzeczy na pewno nie przydarzają, to możesz sobie chwalić! W zeszłym tygodniu stanęłam w obronie jednego miejsca, które w tym samym dniu doprowadziło mnie do szału, także nie, jedno drugiego nie wyklucza. Ale jednak, jak sobie o tych miejscach myślę, częściej wspominam tych ludzi, którzy byli spoko, których lubiłam. I zaraz powiedzą, że to takie gadanie tylko, o byciu optymistą, że ojej ojej, mam dobre rzeczy z życia wyciągać, pozytywne nastawienie jest super, kwiatki i serduszka… Ale ludzie, tak poważnie, po cholerę ja mam się zajmować ludźmi i zdarzeniami, które mnie tam doprowadzały do szału? Po co mam o nich gadać? Nie zasługują na to. Zasługują na to, żeby je rozgłaszać tam, gdzie powinny być rozgłaszane i pokolei zmieniać, ale na pewno nie na to, żebym sobie nimi zaprzątała głowę w czasie, że tak powiem, wolnym od pracy. Pukają się teraz w głowę wszyscy ci, którzy mnie znają i wiedzą, że jednak narzekać lubię. Tak, wyrzucić z siebie, wygadać się, naświetlić sytuację, TAK! Ale dziwi mnie, jak ktoś wspomina tylko złe rzeczy, skoro spotykają go też dobre. W tym samym miejscu. Rozumiem, jeśli ktoś cały czas miał przerąbane, trafił na naprawdę złe miejsce i czas, to wtedy tak. Rozumiem to, broń Boże nie zmuszam do fałszywego uśmiechu i chwalenia czegoś, czego nie było. Ale czy jedna głupia zagrywka tworzy całość? Na szczęście, w moim środowisku, nie, czego i wam życzę. Uprzedzając komentarze, tak, wiem, żę tak nie jest zawsze, wiem. Ja tylko życzę.

Walcząc dalej ze stereotypami pod tytułem, niektórzy to umieją wszystko i świat się wokół eksperta kręci, w tamtym tygodniu uznałam, że moje umiejętności techniczne na bębnach leżą. Leżą i w czoło się pukają, tak szczerze mówiąc. Techniczne, powtarzam. Muzyczne nie, od strony wykonania czegoś ja wiem, że coś umiem. Ale żeby z powodu złego dnia i nastroju nie umieć zagrać najprostrzych ćwiczeń? TO przegięcie jest, trzeba więcej ćwiczyć!
I, w tym samym temacie, moja siostra, lat 12, wczoraj mi powiedziała, że ej, te dwie nowe piosenki Sheerana są takie podobne, nie? One są na tych samych dźwiękach! Yyyyyyy… no dobra, słuchamy. Myślałam, że jej chodzi, że one są takie, no… bardzo popowe, jak na Sheerana. I wiecie… w tej samej tonacji, to one nie są. W równoległych do siebie już owszem. Ja tego nie zauważyłam, Emila tak. 😉

Także ja się idę uczyć tonacji i wielotonów, bo mam z nich test słuchowy w poniedziałek, a was zapraszam do komentowania.
Przy okazji, komentarze pod wpisami otrzymuję ostatnio od naszej niezmordowanej wychowawczyni, pani Ani G, którą serdecznie pozdrawiam w tym momencie, bo mi pozwoliła. ;p Nasze pedagogiczne rozmowy i takie tam.
A propos pedagogiczne, czekacie wraz ze mną na następny tydzień? Ileż będzie ciekawych zajęć?! Np. z realizacji. Na ostatniej realizacji dowiedziałam się na przykład, że nieprofesjonalnie gram w karty i że tak w sumie, to mogłabym nauczyć się czytać. Więcej niż jednym palcem. Dziękuję bardzo, wiedziałam, że mogę na Pana liczyć.
No i, już ostatnie a propos tego wpisu, a propos na kogoś liczyć, Strachy na Lachy wydały wczoraj nową płytę, jakby to kogoś miało zainteresować. Mnie zainteresowało, dziękuję koledze z klasy, na którego zawsze mogę liczyć. A on na mnie. I tak sobie liczymy. Hajs.
Dobra dobrrrra! NIE tylko.

Pozdrawiam ja – Majka

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Wewnątrz cała ta szopka, a na dworze zawieja. Czyli, że wrzesień trwa.

Zdarza mi się czasem, że mam przeczucie. Przeczucie najczęściej dotyczy najbliższej przyszłości, przykładowo, że tydzień będzie ciężki, albo przeciwnie, że jakoś tam się wszystko ułoży, zgodnie z tradycją tylko na moment. Na początku września umyśliło mi się, że przez najbliższe 3 tygodnie będzie bardzo dużo roboty. Nie wiedziałam, czego będą dotyczyć te ciężkie prace, ani skąd mi się wzięły te nieszczęsne 3 tygodnie, ale myśl nie dawała mi spokoju. Ogłaszam z radością, że właśnie mija poniedziałek, koniec tych trzech tygodni nastąpił wczoraj. Czy teraz będzie łatwiej? Nie wiem, ale uważam, że chociażby ostatni tydzień z kawałkiem zasługuje na wpis. A zaczęłabym od wyjazdu w poprzedni weekend, pełnego gry na instrumentach, żarliwych dyskusji i nocnych Polaków rozmów.
** ** **
– No, słuchajcie, zawieja i beznadzieja! – Stwierdziła koleżanka, wchodząc do jednego z zajmowanych przez nas domków, wzbudzając powszechną wesołość. Rzeczywiście, na dworze nie było ładnie. Lało, wiało, a raz uderzył taki piorun, że zastanawialiśmy się, czy nie trzeba odłączać sprzętu. Na szczęście pogoda tego typu trafiła nam się tylko raz, w sobotę, a chętne towarzystwo zdążyło się wybrać na plażę jeszcze przed tym przykrym faktem. Co robiliśmy o tej porze nad morzem nie będę jeszcze dużo mówić, bo to jest fajna akcja, która kiedyś jeszcze zasłuży tu na swoje własne miejsce. Mogę nadmienić tylko, że spędziliśmy dwa dni, na doskonaleniu talentów i opracowań muzycznych, znając się wzajemnie w stopniu rozmaitym, od osobistego, poprzez internetowe, aż do widzenia się na oczy poraz pierwszy w życiu.
Zawarcie tych wspaniałych znajomości odbyło się w piątek, w który to piątek pociągi intercity powiozły nas w stronę stacji Gdynia Główna. Ruszyła… maszyna… po szynach… Pierwszą głupotę udało mi się zrobić już na pokładzie tego pojazdu. Jak to bywa w pociągach, poszłam sobie spać, opierając łokieć na podłokietniku, a głowę na dłoni. Co i jak zrobiłam, do tej pory nie wiem, dość powiedzieć, że nerwy w łokciu są ważne, a dowiedziałam się o tym w bolesny sposób. Poszłam spaćbez przeszkód, obudziłam się… i do końca podróży prawie nie czułam połowy lewej dłoni. Dwa ostatnie palce mniej sprawne, czucie jak po znieczuleniu u dentysty, a przypominam, że ja tam gram na bębnach. Wiecie, tych palców, to ja jednak potrzebuję! Pełna sprawność dłoni wróciła mi do wieczora, pełne czucie w małym palcu, to chyba dopiero w niedzielę. Trzeba być mną, żeby uszkodzić sobie dokładnie to ,co jest mi potrzebne, w pierwszym etapie wyjazdu.
Uznałam, że spanie jest bez sensu i zajęłam się rozmową z współpasażerami, wyruszającymi ze mną z Krakowa. W tym miejscu bardzo serdecznie pozdrawiam kolegę, który, sam o tym nie wiedząc, pokazał mi, jak źle jest pohopnie oceniać ludzi, a także koleżankę, dzięki której spędziłam piątkowe popołudnie płacząc ze śmiechu. Nasze anegdotki z autobusów, pociągów i ulic przeróżnych miast powinno się zebrać w oddzielnej książce.
W Warszawie Centralnej dosiadła się do nas kolejna część naszej drużyny. Na Wschodniej natomiast przybyła konkurencyjna ekipa. Ich było ośmioro i posiadali alkohol. Nas było siedem osób plus pies, natomiast dorównywaliśmy im spokojnie nawet BEZ substancji pomocniczych. Pies przewodnik potrafi być elementem niezwykle integrującym pasażerów, oferty wyprowadzenia psa na spacer, pomimo faktu, że pociąg nadal jechał, wspominane były do końca wyjazdu. Ale spokojnie, kolega szybko biega, to zdąży!
– Julita, kiedy Gdańsk? – Zapytałam w pewnym momencie.
– A co, chcesz wysiąść? Spoooko, idź z kolegą, kolega szybko biega! –
Muszę przyznać, że był to najgłośniejszy wagon pendolino, jaki widziałam w życiu. Uwaga konduktorki, naszczęście do konkurencji, brzmiała: proszę państwa, trochę ciszej, bo słychać państwa na peronie!
Był tam też ktoś trzeźwy / rozsądny, bo w pewnym momencie próbował zapanować nad sytuacją. Ćśśśśśś. Spróbował raz. I cały wagon: ćśśśśśś… Zadziałało odwrotnie, zarówno w wagonie, jak i potem u nas, powtarzane przy każdej, nadarzającej się okazji. O konduktorze w regio, to nawet nie ma co wspominać, bo nie da się tego opowiedzieć słowem pisanym. Porozsadzał nas po dostępnych miejscach z niespotykaną wręcz werwą i ochotą, opatrując nas z marszu imionami własnego pomysłu, przy okazji okazując wiedzę i obycie w świecie niewidomych.
– Tu będzie pies, on ma z was największe oczy! Ale za to właścicielka ma słuuuuch, co nie? I dotyk! – Właścicielka nieśmiało zauważyła, że chyba nie tak dobry.
– Jak nie dobry?! Pokaż opuszki, braillem czyta? To co ma być niedobry?! – Przedstawienie zakończył komędą: no, to teraz tu siedzieć i wszystko bedzie w porządku! Uwierzyliśmy mu. Albo baliśmy się wstać, nie mogę się zdecydować.
Podczas samego wyjazdu spotkałam taką ilość niezwykle utalentowanych ludzi, że bloga na to nie starczy. Z klawiszowcem i basistą improwizowaliśmy już pierwszego dnia, mimo, że północ już była, pierwsze i drugie skrzypce zmuszone były na bieżąco wymyślać przeróżne partie, a kiedy nasza pani wokalna dyrektor uczyła dziewczyny, jak mają śpiewać, połowy słów nie rozumiałam. Ja, jeśli chodzi o śpiew, rozumiem komendy proste, w moim życiu spotykałam się najczęściej z: wyraźniej! Ewentualnie: głośniej, odważniej! To drugie zrozumiałam doskonale, gdy jedna z naszych wokalistek zaczęła swoją zwrotkę.
– Ej, słuchajcie, stop! – Przerwałam grę. – Ja was najmocniej przepraszam, ale jak ona ma śpiewać początek, to ja ją muszę mieć "przy boku, przy boku", bo inaczej nie wiem, kiedy wejść! –
Ja w ogóle bardzo lubię wszelkie występy związane z kolędami, świętami i uroczystościami, kojarzącymi się z dobrociąw sercu. Kiedy słyszysz, że utalentowana wokalistka śpiewa coś ładnego o "takim dniu", w którym "całą noc padał śnieg", a potem, tym samym rozpędem, używa kilku słów nienadających się do druku, bo jej się słowa pomylą… TO! Są przeżycia godne opisywania. Swoją drogą bardzo podziwiam ludzi, którzy grają na instrumentach dętych, ja bym chyba zemdlała. A nasza flecistka nie tylko dawała sobie z tym radę, ale też, do tych opracowań, wstawała na siódmą rano! Łapiecie? RANO! Kiedy ja byłam w stanie pt. otwieram oczy, zamykam, znów otwieram, jest pół godziny później… ona wymyślała, co ma grać fortepian w drugim refrenie.
Także wiecie, my tam ciężko pracowaliśmy! Żadne tam ogniska, łażenie na plaże, czy drinki w jacuzzi, co to, to nie! Dziwi mnie tylko, że na każdy dzień przypadało nam jakieś mniejsze lub większe uszkodzenie. W moim przypadku ręki. W przypadku koleżanki np. skrzypiec, które, jak wiadomo, są przedłużeniem ręki. Strat w ludziach nie odnotowano.
Na koniec wycieczki dwie uwagi dotyczące powrotu. Po pierwsze, Julita, kiedy znowu idziemy na ciasteczka z intercity? Po drugie, i jak tu wierzyć, że nas nie podsłuchują? Pół drogi gadałam z kolegą basistą o airpodsach i co? I następna reklama na youtubie zgadnijcie, czego?!
** ** **
Zachwyciłam się nad tym morzem. Różnymi rzeczami, ale pod sam koniec wyjadu ciszą. Stałam sobie na dworze, noc była, nic się nie działo, a ja sobie tak tę noc obserwowałam i zastanawiałam się nad tym, komu o tym opowiedzieć. A są takie osoby. Ktoś komu bardzo bym chciała, a nie bardzo mogę. Komuś, komu niby bym mogła, a okazuje się, że nie zawsze ma to sens. Wreszcie ktoś, komu serio powiedziałam… Macie czasami takie rozkminy?
I była cisza…
** ** **
Ciszy za to nie ma w naszej szkole! Powrót do rzeczywistości nastąpił we wtorek, bo po poniedziałkowym powrocie jedną noc zdecydowałam się przespać w domu. I od razu zrobiło się ciekawie, bo napotkałam techniki stereofoniczne. We wtorek jeszcze pół biedy, bo Stivi nam o nich opowiadał, a że opowiadać umie, słuchaliśmy. Pod koniec zajęć natomiast słuchaliśmy Depeche Mode, Jimiego Hendrixa… Takie rzeczy się robi na realizacji! Kto mi powie, co tu robi za bas?

Po zajęciach natomiast była konferencja applea, a że my tam niektórzy zdeklarowani appliści, zaczęliśmy oglądać wręcz natychmiast, po drodze z zajęć. Żeby było coś ciekawego, to nie powiem. Może ten nowy Ipad, ale wcale nie tyle tańszy, ile na początku myślałam, takie to o.
A w środę od rana co? Techniki stereofoniczne, tym razem w praktyce. Wiecie, drogie dzieci, co to jest? To są dwa mikrofony, które trzeba ustawić we właściwej odległości i pod właściwym kątem względem siebie, bo jak nie… (To wybuchnie!) Nie, aż tak źle nie jest, to po prostu technika nie wyjdzie. Opcją pośrednią byłoby: to po łapach! Zwłaszcza, że akurat linijka pod ręką.
W środy po zajęciach jeżdżę na dodatkowe lekcje perkusji. Tam wreszcie mnie ktoś pilnuje, żebym ćwiczyła z metronomem. Mój ty Boże, człowiekowi się wydaje, że umie grać, a potem każą grać równo…
Swoją drogą właśnie, Kraków! Nawołuję do was! Jak ktoś chętny na zajęcia z perkusji, z dobrym nauczycielem, otwartym, widzieliśmy się dwa razy, a już mi mnóstwo nowych, dobrych rad udzielił, to pisać do mnie! Bo i jemu się to przyda, i wam.
Z tych zajęć to może w ogóle jeszcze jeden fajny projekt wyniknąć, ale to chyba też później dopiero ogłoszę, niechże ja się najpierw sama czegoś dowiem.
Wracając do szkoły, w tym roku rocznik realizatorski uszczęśliwiono dwoma dniami, w które mamy lekcje na rano. Środa i czwartek. W czwartek mamy lekcje z nauczycielem, który jużw pierwszym roku naszego urzędowania na Tynieckiej stwierdził, że dobrze, że po naszych lekcjach zaczyna się weekend. W domyśle pozostawiając, że dłużej tego wytrzymać nie można. W tym roku przywitał nas zdaniem: oooo raaaaaany, znooooowu oni! O raaaaany, znoooowu pan? Zakrzyknęłyśmy zgodnie wraz z Sylwią, przez co porozumienie zostało osiągnięte. Na razie jesteśmy na etapie pierwszych nagrywek prowadzonych sposobem profesjonalnym, reżyserka / studio.
– Proszę pana, a może by jednak włączyć wzmacniacz, co? –
– O, słuszna uwaga! – Takie to mamy dialogi wrześniowe.
Mówiłam wam już, że muszę chodzić na kształcenie słuchu? Znaczy na razie jeszcze nie byłam, ale MUSZĘ! Za to nasze próby zespołu perkusyjnego najlepiej chyba podsumowuje ten przepiękny utwór.

I może z tego nadmiaru wrażeń przyjemnych, a może z powodu, że w naszym internacie wieczorami szuka się zgubionych rzeczy, a nad ranem lampy spadają, przynajmniej w niektórych pokojach, w piątek rozchorowałam się tak, że nie poszłam do szkoły. Żeby było zabawniej w powrotnej drodze natrafiliśmy na trasie na wypadek. Na tyle poważny, że ostatni fragment trasy, zajmujący zwykle 25 minut, zajął nam tym razem półtorej godziny. Nie tłumacząc moich zawiłości w powrotach do domu, byłam na miejscu półdo pierwszej w nocy, co jakby zdrowieniu nie służy. 😉
Także na razie siedzę i się nudzę, ktoś ma dla mnie jakieś zadania? 😉

Na koniec wpisu chcę jeszcze powiedzieć, że przybyło nam ludzi w klasie, a raczej my im do klasy przybyliśmy. O Sylwii mówiłam wcześniej, ale nie mogę tu zapomnieć o dwóch kolegach. Kolega J, który nagle objawił nam talent aktorski, a także kolega M, który w jeden dzień potrafi się ze mną pokłócić i przywrócić mi jakąś tam wiarę w ludzi. Pamiętaj, niewielu jest takich, którzy potrafią tak zręcznie łączyć ze sobą te dwie aktywności. Drodzy koledzy, proszę zgłaszać, jak mogę pisać pełnym imieniem.

Czytelników pozdrawiam ja – Majka

PS: Płyta Sheerana wychodzi 29 października.
PS2: Jakiej ja się pięknej rzeczy nauczyłam grać na fortepianie! I nie, tato, to tym razem NIE są "krasnolódki".

Kategorie
co u mnie

U nas jest bardzo fajnie! W brew pozorom. O początku roku słów kilka.

Podobno najbardziej surowych nauczycieli najczęściej się będzie wspominać. Zwykle nie jestem zwolenniczką tych teorii, bo wydają mi się zbyt bliskie zapewnień, że: za parę lat będziesz się z tego śmiać. No zwykle nie. Ale dziś, niespodzianka. 🙂
Proszę się wyprostować! Ja do was mówię, a wy tak siedzicie, jak po czterech piwach!
Konkretnej liczby piw nie pamiętam, ale pamiętam, co nasz gimnazjalny nauczyciel od wszelkich przedmiotów artystycznych mówił, kiedy ktoś podparł głowę na ręku. Dziś, niestety, właśnie tak bym według tego pana wyglądała.
Spanie w środkach transportu publicznego, to powinna być jakaś osobna dziedzina, której możnaby się było uczyć. Na WFie na przykład. W pociągu opanowałam to prawie do perfekcji, dziś była najlepsza opcja, nie dość, że miejsce przy oknie, to jeszcze drugie, to koło mnie, również wolne. Nie było jeszcze takiej ostateczności, żebym się rozłożyła na dwóch i po prostu poszła spać, jak człowiek, ale opieranie się o wszystko jest już odruchem. Albo o okno, albo o podłokietnik, jeden lub drugi… Zdaje mi się, że dziśprzesłuchałam dwóch utworów z płyty, następne dwadzieścia różnych utworów jakoś znikło.
Po tej fascynującej podróży pociągiem trafiłam do Krakowa. Uwielbiam dialogi na dworcu. Ktoś mi pomaga, ale widzę, że sami się w grupce zastanawiają, gdzie mają iść. No to, ja, ponieważ już trochę tu siedzę:
– A gdzie się pani chce dostać? –
– My? To do Zakopanego. –
– Aaaaa, no peeeewnie! To tamtymi ruchomymi pani dojedzie! – Wszyscy są, jak widać, tak samo śpiący, jak ja. Chociaż OK, nie wymądrzajmy się. Miałam koleżankę, która, na uprzejme pytanie kierowcy, gdzie jedzie, coby jej mógł przystanek powiedzieć, odpowiedziała jasnym przekazem: niedaleko. Faktycznie, dużo się dowiedział. Kiedyś szłam z przyjaciółką coś zjeść na mieście, troszkę drogę pomyliłyśmy i byłyśmy na tym dość mocno skupione. Że coś jest nie tak. Po tym, jak moja towarzyszka podróży trąciła jakiśbillboard, czy coś, potrzedł zatroskany mieszkaniec miasta.
– Proszę pani, proszę pani! Wszystko w porządku? –
– Nie. – Odpowiedziała bez namysłu, nie uznając za stosowne dodać dalszych wyjaśnień. Śmiałyśmy się z tego jeszcze z 10 minut, co ciekawe pan nie pytał dalej i poszedł. Takie to mamy inteligentne rozmowy uliczne.

Tak tak, wróciłam do Krakowa. Mam wam opowiadać o początku roku szkolnego? Ale na pewno? Jesteście pewni? Nie, tak na poważnie, zeszły tydzień był ciężki. W zeszłym tygodniu, pierwszego dnia, jak szłam z autobusu do szkoły, po drodze zdążyłam umyć włosy i wyprać plecak. W sumie zostałam zmuszona. Deszcz to zrobił za mnie. A pamiętajmy, że albo kaptur na głowę i wtedy nic nie widzę, albo widzę, co się dzieje na ulicy, ale mam mokre włosy. Bezpieczeństwo jest najważniejsze, jak mnie w internacie zobaczyli, to jedna wychowawczyni od razu spytała, czy nie zrobić mi herbaty, kazała się przebrać i pożyczyła suszarkę. ;p Potem trzy różne restauracje z uber eats anulowały mi zamówienie, na pysznym nie przechodziła płatność… A pamiętajmy, że to dopiero był początek tygodnia… Pozwólcie, że reszty wam oszczędzę. A tamten tydzień, to nie koniec tego nieustającego pasma sukcesów. Dziś np. się okazało, że będę mieć kształcenie słuchu. Kto był w muzycznej i lubił? Przyznawać mi się tu zaraz!
Ale, nie ma co gadać, zabawne momenty też się zdarzały. Choćby piękne słowa, którymi w nowym roku przywitał nas nasz wychowawca.
– Słuchajcie, bo ja jestem dopiero w poniedziałek, to od razu wam powiem, hajssss! – Jeeezu, to już? Od razu jakaś mafia nas ściga? 😉 Na realizacji też nie omieszkaliśmy rzucić kilku żartów, dziwnych, zaprawdę powiadam. Pomysł na słuchowisko też już jest, trzeba będzie w nim wspomnieć o wawelskim smogu i innych legendach. :d Słuchajcie, na nudę nie ma co narzekać, przecież nawet tytuł tego wpisu jest dosłownym cytatem z naszego rozpoczęcia roku! 😉 Przyznam jednak, żę faktycznie, trochę śmiesznych anegdotek i ciekawostek ze świata napiszę nieco później, bo na razie mój nastrój zapowiada, że albo ktoś zginie marnie, albo ja się mocno zasmucę.

To tak, żeby nie zasmucać, podpowiem dwa elementy kultury, które ostatnio zwróciły moją uwagę, jeden serial i jeden projekt muzyczny. Serial, to netflixowe "otwórz oczy", polska produkcja na podstawie książki K. B. Miszczuk "druga szansa". W ogóle polecam książkę, niezły z tego… chciałam napisać horrorek, bo nie znajduję lepszego słowa. Ale rozwiązywanie zagadek też jest. Dziewczyna budzi się i nie pamięta kim jest, schemat ostatnio bardzo lubiany. Dowiaduje się, że znajduje się w ośrodku leczenia amnezji, a lekarka zapewnia ją, że wszyscy bardzo chcą jej pomóc wrócić do formy. Co jednak zrobić, kiedy się okazuje, że co innego człowiek przypomina sobie sam, a co innego próbuje człowiekowi wcisnąć jego psychiatra? I co, jeśli głosy w głowie okazują się rozsądniejsze od innych?
Książkę lubiłam, więc, kiedy dowiedziałam się, że robią serial, byłam bardzo zadowolona. Radość trochę mi przeszła, kiedy okazało się, że autorka przy nim nie pracowała. Dobrze czytacie, nie wiedziała nic. Miała konsultacje z producentami, więc zdawała sobie sprawę z pewnych zmian, ale nie wybierała aktorów, nie współtworzyła scenariusza, nic. I w dodatku produkcja netflixa. Dla młodzieży. No jest czego się bać, nie ma co mówić. Ale! Obawy obawami, a polski serial netflixa na podstawie lubianej książki, to jednak COŚ, trzeba zobaczyć! I wiecie co? TO NIE jest takie złe. Mnie się w sumie nawet podoba. Podobno autorce też, a to chyba o czymś świadczy. :d
Koncepcja jest faktycznie zmieniona, to trochę tak, jakby ktoś próbował naukowo wyjaśnić "lśnienie" Kinga, ale też jest ciekawe. Groza według mnie zachowana, niektóre rzeczy bardziej realne na ekranie, niż w piśmie i trochę bardziej dostosowane do czasów, a z muzyką, jak z resztą zwykle, netflix poradził sobie bardzo dobrze.
Co płynnie nas prowadzi do drugiej reklamy. Projekt Bass Astral x Igo. Jedną piosenkę znałam z serialu, link poniżej. Elektronika, płyta cała bardzo mi się podoba. Co do związku z filmem, według mnie nieźle pasowała do lekko psychodelicznego klimatu, jaki tam zrobili. Takie w sumie nie wiesz, śni ci się to, czy nie śni…

Propos seriali o domach wariatów, zna ktoś Tones and I? Ta płyta, "welcome to the madhouse", to też jest niezłe zaskoczenie dla mnie. Ja wiem, ona ten głosik ma troszkę wnerwiający, ale parę ciekawych rzeczy tam znalazłam. Żeby nie szukać daleko, otwierający kawałek. Niby to prosty pop, ale jak sobie do tego dowyobrażałam historyjkę i teledysk, to spokojnie komedię o tworkach można kręcić.

Zwłaszcza bridge i końcówka mi się podoba.

No, powiedziałam coś pozytywnego, teraz kończę. 🙂
Pozdrawiam was ja – Majka
Bądźcie zadowoleni.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Parapetówka będzie, jak będą parapety. Czyli głównie o tym, co się w lipcu zadziało.

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio bardzo lubię pisać takie wpisy bez początku. Żadne tam hej, witam, przywitania i pożegnania najczęściej wypadają banalnie i bez sensu. Zamiast tego lubię posty typu: łup, nagle coś, jakaś myśl, pytanie, anegdota… Nie było postu, nie było, a tu nagle jest! I powiem wam, że kompletnie nie miałam pomysłu na to, jak w taki sposób zacząć ten. O, mam!
Wiecie, jakie są teraz dobre nowe wrapy w Macu? Do tego jeszcze wrócimy, ale zaczęłabym od początku.

Skończyliśmy chyba na tym, że miałam być w Krakowie. Faktycznie, byłam. Jechałam, żeby poprodukować. Muzykę w sensie. Udało mi się zaktualizować garagebanda, pobrać protoolsa i obejrzeć pierwszych Avengersów. Też dobrze.
I tu przychodzi czas na pierwszą ważną nowinę z tego wpisu. Kolega pokazał avengersów. Zrobił błąd, bo nie wiedział, że jak mi się pokaże jakieś uniwersum, a mnie się ono, nie daj Boże, spodoba, to już nie ma przebacz. Filmy, soundtracki, wywiady z aktorami i ciekawostki z nagrywania zaraz będą, przeróbki, fanficki… Jakbym widziała, chyba bym się przyczepiła do komiksów. Jestem już na etapie zastanawiania się, kiedy będę mogła z avengersami zapoznać siostrę, bo ona może jeszcze spokojnie zażyczyć sobie figurkę z filmu, a ja, to już tak ciężko.
W tym momencie wewnętrzny głos pyta: Maju, ale czy kolejne filmy o superbohaterach nie są stratą czasu? Przecież to takie nierzeczywiste, bez sensu, bez odniesień do świata… I mogłabym się bawić w argumenty, że halo halo, niby pokazują fantastykę i science fiction, a tak naprawdę, to przez to chcą przekazać sporo prawd o człowieku, tego, co potrafi i tego, czego może jednak, mimo to, nie powinien robić… Zamiast tego powiem po prostu, że ja generalnie lubię tracić czas na rzeczy nieprawdziwe, nierzeczywiste, ale za to bardzo interesujące. Trudno. 🙂
Minus jest taki, że teraz mi nawet youtube reklamuje gadżety z marvela, od figurek za jakieś niebotyczne sumy pieniędzy (bardzocierpię), ażdo futerałów na telefon. Oczywiście nie mój.

Dygresja: wiecie, że nawet Ispot nie ma już caseu na pierwszą generację Iphonów se? Co, tylko ja to jeszcze mam? A mój case jest już w takim stanie, że jednak by wypadało zmienić, bo jak nie zmienię, to wypadnie.
Wierzycie w pogłoski, że w przyszłym roku wyjdzie Se 3? Ja bym chciała, ale nie wiem, czy wierzyć. Inna sprawa, że niezależnie czy 2, czy 3, jednak chyba poczekam na przyszły rok. Zamiast tego na razie zamienię mój na siódemkę taty, który zmienił na jedenastkę… Appliści z bożej łaski. Raaaaany, wyjdzie, że tacy bogaci, a tego, że mam każdy telefon po 5 lat, to już nikt nie pamięta! 😉 I działa! I nie zepsułam! (prawie)

To ja może tak płynnie, dyskretnie wręcz, przejdę od tych pieniędzy do czegoś, na co jużsporo pieniążków poszło. Przeprowadziliśmy się. No? Sama nie wierzę. :p Dwa miesiące później, niż zamierzone, ale TAK! Śpię w MOIM pokoju! Który ma, uważajcie teraz, DRZWI! To się tak śmiesznie złożyło, że ja byłam w Krakowie, a rodzice dokładnie w tym momencie uznali, że dobra, są uruchomione łazienki, woda jest, prąd jest, są, jak mówiłam, DRZWI! No to co, przeprowadzamy się!
Czyli wychodzi na to, że już dwa razy było tak, że pojechałam do znajomych, a kiedy wróciłam, moja rodzina mieszkała gdzieińdziej. Nie za szybko to idzie? :d Ja się teraz boję wyjeżdżać! Kto wie, gdzie wrócę?
Czy wszystko jest gotowe? Peeeewnie! Że nie… Słyszę, że pytacie, jak tam podłogi na górze i schody, wiem wiem, wszyscy ciekawi… Od podłóg się zaczęło, też opuźnione, a bez nich nie szło nic więcej. Po nich poszło wszystko. Oprócz schodów. Ciekawe dlaczego. Może dlatego, że to ta sama firma…
W każdym razie w środę panowie postawili barierkę na górze. To dobrze, bo do tej pory była tu taka odchłań śmierci, na którą trzeba było troszeczkę uważać. Chodziłam przy ścianach i to wcale nie dlatego, że po własnym domu nie umiem chodzić. A schody… no cóż, na schody czekamy. Na razie mamy takie zastępcze. Taka pochyła drabina, bez barierek, tylko takie boki, jak w drabinie. Wchodzę, jak pijana, a schodzę, jak kotek. I to nie to, że tak zgrabnie i ładnie, tylko używając wszystkich dostępnych kończyn. Tydzień mi zajęło nauczenie się chodzenia po schodach na tyle pewnie, żeby jeszcze zabieraćJEDNĄ sztukę bagażu podręcznego. Np. szklankę. Wiecie, jak mi się nie chce po herbatę schodzić?
Druga rzecz, do której na pewno muszę się przyzwyczaić, to jedzenie w grupie ludzi. Serio, to jest dziwne, ja wiem, ale ja się tak przyzwyczaiłam, że w mieszkaniu z Emilą jadłyśmy u siebie, i poczytać było można i generalnie zrobiłam sobie taką moją, nieprzeszkadzalną czynność, że teraz, jak jemy obiad wszyscy razem, to coś mi się nie zgadza. Skupić się nie mogę jakoś. :d

Ale, żeby nie było, ja się bardzo cieszę. Jakby nie patrzeć, wszyscy pierwszy raz jesteśmy u siebie. I tu nie chodzi wyłącznie o sąsiadów, których w blokach ma się z każdej strony, ale też chociażby o te nieszczęsne DRZWI. Poza tym samo to, że i Emila, i ja mamy czasem potrzebę pobycia ze sobą, ewentualnie ze swoimi znajomymi, w miarę możliwości tylko z nimi, że na pewno własne pokoje nam służą.
Kolejny plus, to wpływ na własne otoczenie. Zanim Emi przyszła na świat, oczywiście miałam swój pokój, ale wiadomo, że nie ja go urządzałam. Teraz, po raz pierwszy, to ja decydowałam, co, gdzie i jak trzeba przesunąć kontakty. No i mam mój wymarzony fotel, fotel robi robotę. Głośniki mam na biurku, o właśnie, mam biurko, dywan mam. Wszystko jest na miejscu! Gdzie tam, żartowałam, wszystko rozstawimy, jak będą listwy. A listwy robi pan od schodów, to wiecie, kiedy to będzie. :p Ale nie no, fajnie jest, fajnie. Roland jest zawsze pod ręką i w ogóle… Nowy interface kupiłam.

Co mnie pięknie prowadzi do następnego tematu. Wczoraj byłam w Pasji, tym sklepie muzycznym, co by sobie ogarnąć nowy interface. Chciałam takiego dość taniego audienta, ale się okazuje, że niedostępny z czytnikiem ekranu. No wiecie co? Żeby myszą trzeba było kanały wybierać? Nudzi im się, czy jak? Wzięłam inny, słyszę o nim same dobre rzeczy raczej, także mam nadzieję, że będzie OK.
No i w tej Pasji spytałam o coś, co jużwcześniej chciałam obejrzeć i przetestować. Analogowy syntezator z firmy Korg. Minilogue się nazywa. Mieli i dali. Dali przetestować, rzecz jasna, nie tak w ramach dobrowolnej darowizny. Zaczęłam testować i… no co ja wam powiem? Ja już tego nie odzobaczę i nie odusłyszę. Dotknęłam się analogowych gałek i analogowych brzmień. I rozumiałam, co robię. Polubiliśmy się. Myślę, że znajomość z minilogiem ma przyszłość. Nie wiem, czy przypadkiem nie całkiem niedaleką. 😉
Wewnętrzny głos pyta, czy mi to na pewno potrzebne… On lubi dociekać sensu, ten głos. Odpowiadam: TAK.
Jak wracałam z Pasji, wpadłam do maca, dlatego wiem o tych wrapach. Polecam.

Będąc przy posiłkach, ogłaszam publicznie, Kamil, ten obiad był DOBRY! Żeby nie było, że tak tylko wtedy mówiłam. Teraz też mogę powiedzieć. Właśnie, a propos tej gościny u znajomych na obiedzie, Wiki, kiedy znowu gramy w uno? 😉
Jak ktoś chce ze mną ćwiczyć uno, to ja chętnie. Przypomniałam sobie tę grę i pożałowałam, że nie umiem grać lepiej.

Przyznam się, że w tym momencie przestałam pisać i zaczęłam myśleć. Co ten wpis wnosi do rzeczywistości? No bo fajnie, czasem umiem coś śmiesznie ująć, ale jakoś ciężko mi idzie przemycanie głębszego przekazu. :d Nie wiem, co wam tu jeszcze napisać.
Że jeśli chodzi o lepiej grać, to przydałoby się poćwiczyć na fortepianie? Przecież to wszyscy wiedzą, ile ja ćwiczę! Że pogoda taka sobie? U was pewnie leje bardziej! Poza tym dobrze, niech pada, zagorąco jednak było. Klimatyzację mamy, to jest fajne. W ogóle taki szczelny dosyć ten dom, nawet w upały nie ma tragedii. No i moskitiery są, to najważniejsze. Bo raz nam tu wpadł sz… szszszszsz… szczęście, że zaraz wyleciał!

A morał tego wpisu jest taki. Wyprowadzajcie się, dzieciaki! Tylko nie liczcie na to, że jak się przeprowadzicie, to wszystko będzie od razu gotowe. Niby wszystkie meble są, podłogi, ściany pomalowane, a i tak każdy popakowany w siedem paczek i chlebaczek. Dzięki Tomek za to określenie, uwielbiam je.

Zaraz będzie obiad, a głodna jestem, więc kończę wpis. Pozdrawiam was serdecznie i mam nadzieję, że ktoś podrzuci w komentarzu temat na nowy wpis. 😉
Pisałam ja – Majka

PS Billie Eilish wydała nową płytę, to tak, jakby ktoś zapomniał. I nawet parę razy wyszła na niej z tego swojego szeptu, to było całkiem ciekawe.

Kategorie
co u mnie

Reklamy, autoreklamy i uspokajające hobby. Boże, ześlij deszcz!

Myśleliście kiedyś o rzeczach, które ratują życie? Albo chociaż zdrowie? Samopoczucie chociaż? Bo jak się o takich rzeczach myśli, to się wymyśla jakieś niestworzone zjawiska. Cudowne lekarstwa, suplementy, jeśli chodzi o ten ogólny dobrostan, to może coś, co ktoś lubi, piękne widoki, podróże, miliony monet… odczepmy się już od tego alkoholu! A ja…
A ja ostatnio doszłam do wniosku, że to czasami mogą być naprawdę dziwne i niewielkie rzeczy w życiu. I tak inne dla każdego. Każdego co innego uspokaja. Moja przyjaciółka na przykład bardzo lubi się zmęczyć. Fizycznie, robotą jakąś, możliwie związaną z przyrodą. Ja z kolei bym się pobrudziła i bała owadów, także… Koleżanka z liceum uwielbia sklepy. Chodzić po nich, oglądać różne rzeczy… Tak tak, Zuziu, ja cię też kiedyś do sklepu zabiorę! Tak przy okazji, widziałyśmy ostatnio pawie w parku łazienkowskim, fajne te pawie. Tylko się niemiłosiernie wydrzeć potrafią. Wracamy do tych uspokajających hobby. Mam znajomego, co gra w gry komputerowe. Mówicie, że te wszystkie straszliwe strzelanki zachęcają do przemocy? Przeciwnie! One sprawiają, że CI ludzie mają gdzie tę przemoc wyładować!
Dla mnie to są konkretne rzeczy do czytania / słuchania. To się sezonowo zmienia, np. kiedyś to było "cabin pressure". Kto by pomyślał, nie? Komediowe słuchowisko BBC o dwóch lotnikach. Ciekawa jestem, czy jak Finnemore to pisał, pomyślałby, że komuś to pomoże przetrwać początek lockdownu we względnym zdrowiu psychicznym. A przecież ja nie mogę być jedyną osobą na świecie, która tak ma. Konkretny serial, słuchowisko, czasem książka… ale to raczej musi być coś odcinkowego, żeby tego było więcej.
Ostatnio mam na tapecie stand-up. Tak, ten polski, krytykowany z prawej i lewej, nie unikający przekleństw stand-up. Chyba działa dla mnie, jak strzelanki. 😉
Ciekawa rzecz, ten stand-up, nie? Gość gada przez godzinę o tym, co go denerwuje i jeszcze mu za to płacą! To przecież ja bym to mogła robić! Przywitanie z publicznością, jakiś temat, jeden, drugi, anegdota, jedna, druga, przyczepienie się do losowej osoby z widowni, powrót do początku, dziękuję, było cudownie, dobranoc! To przecież zupełnie, jak u nas na zajęciach z montażu! ;p
Już mam kilka tematów. Na niewidzeniu ogarnie się dwa i pół programu, bo to i zachowanie ludzi, i zachowanie niewidomych… A, jeszcze paradoksy prawa… No to to przecież jest tak głupie, że każde pojedynczo zajmie z godzinę.
Następny temat rzeka, to wyuczony zawód. Realizatorzy, ich rola / brak roli, ich zachowanie wobec innych, innych zachowanie wobec nich… Patrzcie, to prawie jak z niewidzeniem. No i oczywiście pomysły realizatorów (przypominam nagrywanie burzy z poprzedniego wpisu).
Dygresja: ostatnio z Sylwią zajmowałyśmy się sprawdzaniem, jakie ładne dźwięki uzyska się poprzez wlanie wody do takiej zamykanej, metalowej puszki. I wylewanie jej. Dwie podobno dorosłe baby, zamykające za sobą drzwi w łazience, bo im hałasy (rozumiecie, ludzie normalnie rozmawiają), jak już wspomniałam, HAŁASY z pokoju, przeszkadzały słyszeć, co się stanie, jak się wyleje wodę z pudełka. :p
No i czy to nie jest materiał?
I właśnie tacy ludzie, którzy zajmują się zawodowo opowiadaniem, co ich wkurza, zapewniają mi ostatnio rozproszenie, uspokojenie, rozrywkę… mogę w miarę spać.

Czemu normalnie nie mogę? A, nie wiem. Dom w budowie, ma opóźnienia i każdego dnia twierdzi cośinnego… Przy okazji dziwny stres o inne rzeczy i mamy to. O, o tym też bym mogła opowiedzieć, może by mi przeszło.

A propos przechodzenia, reggae mi nie przeszło, właśnie w Ostródzie byliśmy, dziesiąty raz na festiwalu. Bardzo bardzo polecam płytę Gutka. Nie wiem, skąd go kojarzycie, czy z reggae i zespołem Indios Bravos, czy może z hiphopu i kawałków z Abradabem, Paktofoniką i kilkoma innymi. W każdym razie jego solową płytę warto sprawdzić, przesłuchać, znać i zapamiętać. Przy mnie pozostanie sobie ten utwór.

Jak już jesteśmy przy utworach, wynalazłam sobie kolejny konkurs na remiks. Koniec z tymi konkursami, od dziś tylko swoje rzeczy! Przynajmniej na parę tygodni. Stwierdzam, że robienie swoich piosenek jest dużo trudniejsze.
Ale jeżeli ktoś jest ciekawy, co ostatnio wymyśliłam, to to jest oryginał:

Dostałam wszystko, ścieżki instrumentów, wokali, z efektami, bez… Świetnie przygotowana rzecz, serio. No i rób z tym, co chcesz, no więc ja uznałam, że ja słyszę tę panią w zupełnie innym klimacie i stworzyłam coś takiego.

I jakie by to nie było muszę powiedzieć, że niezmiernie się cieszę z faktu, że z czystym sumieniem stwierdzam, jestem w stanie to zrobić w jakieś cztery dni. W tym momencie bardzo ładny i bardzo wku… denerwujący głos wewnętrzny mówi mi: ahaaaa, czyli, jak nie robisz, to to nie jest tak, że nie umiesz, tylko masz gdzieś, tak?
W tym przypadku to akurat nie tak, po prostu dość późno kupiłam i pobrałam instrumenty, które były mi do tego niezbędne. Jak się nauczę grać na gitarze / zatrudnię nadwornego gracza, będę miała warunki do nagrywania i kilka innych rzeczy, nie będzie tego problemu. Chyba. 😉
Choć przyznaję, jak człowiek musi do czegoś usiąść… ale tak serio, MUSI! Kiedy ińdziej NIE można! To wychodzą całkiem niezłe efekty, z całkiem… takich o umiejętności.

Skończyłam sobie to dzięło właśnie w Ostródzie, kiedy jeszcze był na to czas. Potem koncerty, w poniedziałek natomiast powrót. Tu by można zacytować muminki: i siedzę teraz tutaj, i nikt absolutnie nie potrafi mi wyjaśnić o co w ogóle chodzi. Tak konkretnie, to dom. Wiecie, ten dom, co miał być w maju gotowy. Ale jest! Jest oto światełko na końcu tego długiego tunelu. Położono podłogę na górze. Tak od miesiąca mieli kłaść, położyli! Dziś i jutro powstają meble. Potem tylko drzwi, schody, tapczany złożyć, jeszcze parę innych rzeczy, o których zapominam… Fotel! Zamówię fotel! Aaaale ja sobie znalazłam fajny fotel! TO jest, słuchajcie, taki fotel, na którym ja, JA! Mogę wygodnie usiąść! I NIE jest za duży! W ogóle jak to możliwe, żeby coś dla mnie za duże nie było?
Już za chwileczkę, już za momencik… konkretnie coś koło półtora tygodnia… I mooooże już będziemy mieszkać!
Nie, słuchajcie, serio, ja nie chcę narzekać. Ja mam dach nad głową, ja mam co jeść, ja mam wszystkie moje rzeczy… Nie wiem gdzie, ale mam! Z tym, że to naprawdę może się dać we znaki, jak tak naprawdę nie wiesz, gdzie jesteś u siebie, czy jesteś u siebie, kiedy będziesz u siebie. Teraz już powoli zbliża się ten moment, także jestem może nie tyle zadowolona, ale dostrzegam nadzieję w świecie.
Mam też inny powód do zadowolenia. Mianowicie znowu zaczęłam czytać. Głupi powód, drogi czytelniku? Dziwne to, przyznaję, ale ostatnio w ogóle nie mogłam się wziąć ani za czytanie, ani za jakiś serial. Nic dłuższego, czego nie znam. Nie wiem, czy ja się obawiałam, że mnie to ewentualnie również zestresuje, mimo że to fikcja? Jakiekolwiek powody by to nie były, ruszyłam książkę. Na razie nie fikcję, tylko książkę pani Hanny Pasterny o tym, jak podróżuje po świecie nie widząc. Wiele rzeczy jest tam dla mnie dość oczywiste, bo obserwuję świat w podobny sposób, ale rozumiem, jak bardzo może to pomóc otworzyć oczy ludziom, którzy nie mieli kontaktu z niewidomymi. A właściwie, to z niepełnosprawnymi w ogóle, bo np. mnie mnóstwo nauczyły fragmenty o jej przyjaciółce z zespołem aspergera. Najleprzy cytat: Hania, te chodniki NIE są dostosowane do niewidomych, którzy mają autystycznych przewodników z rowerem! Doprawdy piękne zdanie. 😉 Druga rzecz, jaka mi się w tych książkach podoba i na pewno przyda, to takie wrażenie, że dużo da się zrobić. Ja akurat samodzielnych podróży się jakoś wybitnie nie boję, ale wiecie, pojechać do Gdyni, a pojechać, nie wiem, do Nowego Yorku, to jednak jest co innego, nie? No właśnie te książki stwarzają u mnie taki sposób myślenia typu: się zamawia asystę, się idzie na lotnisko, się leci, co w tym trudnego? I oczywiście autorka nie twierdzi, że wszystko jest proste, przeciwnie, pokazuje wiele różnych trudności i nieprawidłowości systemów prawnych. Mimo wszystko jednak, kiedy człowiek to czyta, sam ma ochotę się gdzieś wybrać, bo przecież można.
Jak ktoś chce poczytać, bardzo polecam, choćmoże niekoniecznie audiobooki, a przynajmniej nie wszystkie.

Teraz o tym, z czego nie jestem zadowolona. Topię się. Serio, roztapia mi się mózg. Też to macie? Spać się nie da, żyć się nie da, o co chodzi z tą temperaturą? Chyba nawet, jakbym zaczęła wszędzie chodzićw kostiumie kąpielowym, byłoby mi jednak za gorąco. Jedna moja przyjaciółka miała zwyczaj mówić: Maja, zrób coś! Nawet, jeśli nie miałam absolutnie żadnego wpływu na jakąś sprawę. Także wiecie, za gorąco mi, zróbcie coś!

Cóż by wam tu jeszcze… O, udostępnie jeszcze raz, bardzo mi się ten utwór podoba. Już tu był, ale co tam.

Jakby to kogoś interesowało / dotyczyło, dość nagle wyszło, że będę od soboty do poniedziałku w Krakowie. Jutro natomiast jadę na moment do Warszawy. Podróże to idealna okazja do zbierania anegdotek do opowiadania podczas występów publicznych. :p
A w poniedziałek pierwsza stacjonarna lekcja w akademii dźwięku, z czego się bardzo cieszę. Nooo, to w sumie są plusy.

Dobra, kończymy i pozostawiam ten wpis do waszych komentarzy. Dwa pytania na koniec.
1. Kto już polubił "grajdołek Elanor" na facebooku? Ty nie? Ty też nie? Jak to? Proszę polubić!
2. Nie znacie może kogoś, kto by się chciał za nieco mniejszą opłatą, niż to wzykle kosztuje, pouczyć angielskiego? Poziom tak do matury mniej więcej, albo niżej.

Pozdrawiam ciepło, bo inaczej teraz ciężko pozdrawiać.
ja – Majka

PS: Boże, ześlij deszcz! Na przykład deszcz monet, monet też może być. Choć jednak, w obecnej sytuacji, wolę zwykły.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Burzliwy czerwiec, gorące pierścienie aktywności i koniec roku, czyli zakładajmy chóry! W komentarzach.

Mówi się, że kiedy człowiek dorasta, wchodzi w życie, studia zaczyna, zadaje sobie przeróżne pytania. Jedno z takich, niezwykle ważnych i trudnych, pytań padło o godzinie siódmej pięćdziesiąt, gdzieś na ostatnich stopniach klatki schodowej nowego internatu w Krakowie.
– Jak wy się nazywacie?! –
– Yyyyyyy… – Spojrzałam na Sylwię, ona na mnie… I ja wam mogę teraz do woli mówić, że generalnie, to my nie wiedziałyśmy, kto pyta, dlaczego pyta, czy do nas mówi… Ale i tak każdy pomyśli, że my po prostu przed ósmąrano nie znamy własnych nazwisk. :p
W ogóle nasz stan umysłu o tej godzinie pozostawia wiele do życzenia. Można nam życzyćzdrowia, powodzenia w branży, pięć złotych nam można pożyczyć… O właśnie! Automaty nie działały. Pierwszy raz widziałam takie coś, żeby automat do gorących napojów oddał pusty kubeczek, trzeba mu przyznać, że czysty. Prze paniiii, ukradli mi pieniądze! No to co ja ci na to poradzę? Idź to zgłosić! Poszłam zgłosić, zwrot dostałam jeszcze tego samego dnia. Trzy różne osoby na coraz wyższych stanowiskach pytały mnie na korytarzach, czy już odebrałam SOBIE ""TE PIENIĄDZE" z sekretariatu. TE PIENIĄDZE, to była oszałamiająca suma trzech złotych, ale chciałam tu bardzo pochwalić szybkość działania władz wyższych, zarówno naszych, jak i automatowych… Automatycznych…? W każdym razie oddali hajs.

Nie wiem, ile osób słuchało mojego ostatniego wpisu audio, ale był on niewielkim podsumowaniem tego, co się tu ostatnio dzieje. A dzieje się to, że dom wykańcza. Się. I nas troszkę. U babci mieszkamy, dlatego też praktycznie cały czerwiec spędziłam w Krakowie.
Fajny ten Kraków nawet. Troszkę ponad dwa lata temu pisałam tu, że nie lubiłam tego miasta, ale byłabym chyba skłonna podjąć poprawną współpracę. Po dwóch latach muszę przyznać, że Kraków wprasza mi się do serca zupełnie wbrew mojej woli. Można powiedzieć, że mimo wszystko przemówiło do mnie to miasto. 😉 O, właśnie, wiedzieliście, że te informacyjne tablice na przystankach wydają dźwięk, żebyśmy je łatwiej znaleźli? I zawsze mam ochotę dać taki napis: TU bije serce miasta! Bo one robią tak: pyk pyk, pyk pyk… Takie serduszko tam bije.
To może odczepmy się już od tych serduszek bijących… Albo nie. Apple watch mierzy mi różne, codzienne aktywności. Ilość kroków, puls, różne takie. Ma też aplikację, która czasem się włącza i pokazuje rytm, w jakim trzeba oddychać, żeby się podobno uspokoić. Może to i dobrze… I mówi do mnie ten zegarek. Wstań i poruszaj się przez minutę. Oddychaj. Sprawdź pierścienie aktywności! Masz jeszcze szansę! Sprawdź dzisiejsze postępy!
On ma obsesję kontroli. Ten zegarek znaczy. A moja ulubiona zbitka powiadomień z aplikacjami na ekranie, to komunikat voiceovera: masz jeszcze szansę, oddychaj. No dziękuję bardzo, łaski bez.
Inna sprawa, że kiedy byłam w szkole, coraz częściej byłam bardzo bliska zamknięcia wszystkich pierścieni aktywności, czyli takich dziennych celów ćwiczeń. Może powodowała to wysoka temperatura i to, że człowiek się wtedy bardziej męczy. Możliwe też, że ilość schodów w tamtym budynku miała coś z tym wspólnego. Stawiam na temperaturę i schody między innymi dlatego, że kiedyś udało mi się zamknąć te pierścienie, pół dnia siedząc w studiu. Nie pytajcie, ja nie wiem, jak to się stało. ;p
Zwłaszcza, że w studiu zwykle jest trochę roboty z kablami i statywami. Teraz jednak musiałam puścić do tego przyszłych realizatorów zdających egzamin. Ja, ponieważ siedzieliśmy sobie na zdalnych od listopada, postanowiłam przedłużyć sobie dzieciństwo i jednak na ten następny rok zostać, nauczyć się mikrofonować te instrumenty bardziej w praktyce niż w teorii, a także zrobić kilka innych, porzytecznych rzeczy. Ja wiem, że prawdopodobnie właśnie podpisałam na siebie wyrok i w komentarzach pojawią się wywody, jak bez sensu robię, ile czasu marnuję i kilka innych kwestii. Ja te argumenty słyszałam już bardzo wiele razy, bardzo wiele razy tłumaczyłam też moje, głównie sobie samej. Jeżeli ktoś chce uznać, że po prostu boję się wyjść na świat zewnętrzny, uzna tak, niezależnie od tego, co zrobię. Pozostaje mi więc mieć nadzieję, że jednak nie stracę aż tak dużo w ludzkich oczach tą decyzją, że chcę się lepiej nauczyć. 😉 Poza tym, podczas tego roku mogę się również zająć innymi rzeczami, chociażby angielskim.

Angielski! Czyli tłumaczenia! Wiecie, że widziałam highschool musical 2 na scenie? Tak. Dwadzieścia dwa lata kończę w październiku. Tak, dorosła jestem. :p Jak ja kochałam te filmy! Pierwszy HSM wyszedł w 2006 roku, ja poznałam to disneyowskie dzieło troszkę później i trochę nie pokolei, bo od drugiej części właśnie. Na trzeciej już byłam w kinie. Z każdego filmu wybrano jedną piosenkę i przetłumaczono na polski. Tłumaczenia były poetyckie, teatralne, czy jakby tego nie nazywać. Mam na myśli, że taką piosenkę trzeba jakby od nowa napisać, po polsku. I tu już różnie, jedni tłumacze mocno trzymają się oryginalnego tekstu, inni wyznają zasadę, że jak piękne, to niewierne… Jest to również zależne od potrzeb, co innego tłumaczenie do teatru, do animacji, do aktorskiego filmu…
W każdym razie Highschool Musical był też wystawiany na scenie. W Polsce zrobił to muzyczny teatr w Gliwicach. Za mała byłam, nie widziałam tego wydarzenia. No trudno, zdarza się. Ale zdarzyło się też tak, że krakowska akademia musicalu postanowiła wystawić dwójkę. Jako pierwsi w Polsce zrobili HSM 2 z tłumaczeniami i wystawili to w NCK. Uznałam, że takich rzeczy się nie przegapia, muszę iść! I jakby już niezależnie od tego, które tłumaczenia i którzy aktorzy byli dobrzy, wzruszenie na pewno było. 🙂 Weszli mi na ambicję, siedzę nad tłumaczeniami trójeczki. 🙂

Kolejny temat… hmmm… Tłumaczenia, to może coś wytłumaczyć? Wytłumaczę różnicę między realizatorami, a normalnymi ludźmi. Jest burza. Imaginujesz sobie, drogi czytelniku, deszcz, wiatr, generalnie ciemno zimno, pioruny. No więc są te pioruny na dworze i teraz tak. Po jednej stronie korytarza, w sali lekcyjnej rozlega się okrzyk: zamknijcie okno! Burza grzmi! W tym samym momencie z drugiej strony, w studiu, rozlega się głos, przepełniony niemniejszymi emocjami: otwierajcie okno! Burza grzmi!
Nagranie dobrych efektów, to nielada osiągnięcie, takich okazji również nie można marnować! Powyższa anegdota jest świętą prawdą, ale nie z mojego rocznika. Ja jednak uznałam, że będę naśladować poprzednie pokolenia i też ostatnio chciałam nagrać burzę. Tłumaczenie koleżance z pokoju, kiedy piorun kończy się według normalnych ludzi, a kiedy ten smutny fakt następuje naprawdę, to ciekawe zajęcie wieczorne. Film o naszym pokoju będzie się zaczynać od sceny, w której to ja klęczę na łóżku, przed parapetem, z mikrofonem. Na dworze powoli… powtarzam: POWOLI! Milknie huk. I jak już się dowlecze do końca, domruczy, to ja się odwracam w stronę łazienki i dialog wygląda tak.
– Syyyyylwiaaaaaa, ten poszedł cały! –
– Jeeeeejjjjjjj! – Sylwia rozumie moją misję życiową.
Ja w ogóle uważam, że wielkim szczęściem jest, kiedy trafi się w pokoju na ludzi, których się rozumie, z którymi dzieli się różne pomysły, skojarzenia i uczucia. Kiedyś już pisałam o tym na tym blogu, ale będę to powtarzać do znudzenia. Teraz akurat mam w głowie moment, w którym pakowałyśmy się po zakończeniu roku. Pokój stanowił obraz nędzy i rozpaczy, na podłodze leżało wszystko i jeszcze kilka przedmiotów, które niewiadomo do kogo należą, ja natomiast odkładam na szafkę telefon, z którego leci cała twórczość Artura Andrusa. Akurat trafiło na chór.
"Zamiast bać się czarnej dziury, lękać się imperium złaaaa… Ludzie! Zakładajmy chóóóryyyy, wszędzie gdzie się tylko daaaaaaaa…"
– Choć! – Sylwia pociągnęła mnie za ramię. – Choć do łazienki, tam jest lepsza akustyka! – Faktycznie! Zostawiłam wszystko, plecak, ubrania, torby, naczynia i kosmetyki…
– Chór na dworcu, chór na plaaaaażyyyyyyyy! Chór upadłych dziennikaaaaaarzyyyyyyyyy… – Śpiew rozległ się z łazienki. Spodobało nam się, faktycznie lepiej! Do naszej sytuacji pasowały chyba dwa: chór klientów punktu ksero, to na pewno, a poza tym: podpierających mór chór marnotrawnych cór.
Ta płyta była w trybie losowania, więc piosenki leciały według własnej woli. Przy czarnej Helenie w ogóle pakowanie poszło w odstawkę.
– Sukces nie zepsuł jej ani deczko, I! nie zmieniłaaa, sieeeee, onaaaaaaa. Nadal brutallllnie, twardom pionsteczkom, trzyma jednegooooo… –
– Co to jest? – Zapytała wchodząca w tym Momencie Marzena. – A wam co się dzieje? – Nie znałyśmy odpowiedzi na to pytanie. Dla jasności poniżej oryginał.

I właśnie w takich warunkach musiały z nami mieszkać dwie Weroniki. Musiały, bo już zakończyły edukację. I tu, ponieważ wiem, że chociażby jedna z nich czyta, podziękuję. Z jednym realizatorem jest dziwnie. Ale z dwoma! Jeszcze w dodatku z dwiema! Werka, skarbie ty mój, przyjeżdżaj na herbatkę, kawkę, treningi i państwa miasta! Ja nie wiem, dlaczego ta gra dostarcza nam takich rozrywek. Niby nic trudnego, literki, kategorie… Jezu, my za każdym razem płaczemy ze śmiechu i Bóg raczy wiedzieć, czemu!
Możliwe też, że człowiek przez tę parę tygodni chciał nadrobić wszystkie, tracone wcześniej, miesiące. Bo internat nie jest idealny. Serio nie jest. Wręcz czasami naprawdę marzy się tylko o odrobinie ciszy i spokoju. Albo o tym, żeby ktoś, wchodząc do pokoju, zapukał i się przedstawił. Albo o mieszkaniu na pierwszym piętrze… Ale w tym roku, biorąc pod uwagę ten upalny czerwiec, mogłabym raczej wspominać inne rzeczy. Herbatę, pitą w starym internacie i różne komentarze o wystrojach świetlicy… Albo piątkowe rozmowy o filozofii, które nawet mnie doprowadzają czasem do łez wzruszenia, a przecież wiadomo, że ja zwykle filozofować nie lubiłam. A może mądrości życiowe pani Ani… Pani Aniu, Pani się niczego nie boi, jak Pani to czyta, to proszę o komentarz!
Jedna uwaga z tego roku. Realizatorzy! Jak nagłaśniacie imprezy na dworze, to czapki proszę brać. I wodę. I nie przegrzewać się. Na takiej naszej ostatniej było 25 stopni, odczuwalne chyba z 52, a potem poszliśmy do chłodnego studia i w tym pięknym słońcu dałam radę się nieźle przeziębić. Ja nie wiem, jak ja to robię.

Aha, i jakby ktośbył ciekawy, to w studiu Stivi uczy mnie łapać piłeczkę do pingponga po jednym odbiciu. Faktycznie, ludzie to słyszą. W sensie… no serio, musimy to wyczuwać jakoś, bo mi się to udawało, choć podczas tych zajęć przypominaliśmy trochę warsztaty z echolokacji:
"Musicie uwierzyć, że umiecie!"
A trochę gwiezdne wojny:
"Użyj mocy, Luke, rób, albo nie rób!"
I ja tę anegdotę już któryś raz opowiadam. W pewnym momencie zorientowałam się, jak brzmi, kiedy mówię, że Stivi nauczył mnie łapać piłeczkę. Od tej pory, mówiąc do młodszych z technikum, na końcu dodaję, że aport będą mieli w przyszłym roku. ;p

I to jużchyba koniec mojego wpisu. Chciałam wam opowiedziećwszystko, ale chyba się nie da tak od razu, na raz. Marzenka, przyjeżdżaj na kurrrrrrrrczaki! I na sesje w studiu, podczas których okazuje się, że jednak odsłuchy działają zdecydowanie lepiej po uruchomieniu wzmacniacza. 🙂

Pozdrawia ja – Majka

PS: Sheeran wraca z nową płytą na jesieni. A przynajmniej tak na razie twierdzi.

EltenLink