Kategorie
co u mnie

Reklamy, autoreklamy i uspokajające hobby. Boże, ześlij deszcz!

Myśleliście kiedyś o rzeczach, które ratują życie? Albo chociaż zdrowie? Samopoczucie chociaż? Bo jak się o takich rzeczach myśli, to się wymyśla jakieś niestworzone zjawiska. Cudowne lekarstwa, suplementy, jeśli chodzi o ten ogólny dobrostan, to może coś, co ktoś lubi, piękne widoki, podróże, miliony monet… odczepmy się już od tego alkoholu! A ja…
A ja ostatnio doszłam do wniosku, że to czasami mogą być naprawdę dziwne i niewielkie rzeczy w życiu. I tak inne dla każdego. Każdego co innego uspokaja. Moja przyjaciółka na przykład bardzo lubi się zmęczyć. Fizycznie, robotą jakąś, możliwie związaną z przyrodą. Ja z kolei bym się pobrudziła i bała owadów, także… Koleżanka z liceum uwielbia sklepy. Chodzić po nich, oglądać różne rzeczy… Tak tak, Zuziu, ja cię też kiedyś do sklepu zabiorę! Tak przy okazji, widziałyśmy ostatnio pawie w parku łazienkowskim, fajne te pawie. Tylko się niemiłosiernie wydrzeć potrafią. Wracamy do tych uspokajających hobby. Mam znajomego, co gra w gry komputerowe. Mówicie, że te wszystkie straszliwe strzelanki zachęcają do przemocy? Przeciwnie! One sprawiają, że CI ludzie mają gdzie tę przemoc wyładować!
Dla mnie to są konkretne rzeczy do czytania / słuchania. To się sezonowo zmienia, np. kiedyś to było "cabin pressure". Kto by pomyślał, nie? Komediowe słuchowisko BBC o dwóch lotnikach. Ciekawa jestem, czy jak Finnemore to pisał, pomyślałby, że komuś to pomoże przetrwać początek lockdownu we względnym zdrowiu psychicznym. A przecież ja nie mogę być jedyną osobą na świecie, która tak ma. Konkretny serial, słuchowisko, czasem książka… ale to raczej musi być coś odcinkowego, żeby tego było więcej.
Ostatnio mam na tapecie stand-up. Tak, ten polski, krytykowany z prawej i lewej, nie unikający przekleństw stand-up. Chyba działa dla mnie, jak strzelanki. 😉
Ciekawa rzecz, ten stand-up, nie? Gość gada przez godzinę o tym, co go denerwuje i jeszcze mu za to płacą! To przecież ja bym to mogła robić! Przywitanie z publicznością, jakiś temat, jeden, drugi, anegdota, jedna, druga, przyczepienie się do losowej osoby z widowni, powrót do początku, dziękuję, było cudownie, dobranoc! To przecież zupełnie, jak u nas na zajęciach z montażu! ;p
Już mam kilka tematów. Na niewidzeniu ogarnie się dwa i pół programu, bo to i zachowanie ludzi, i zachowanie niewidomych… A, jeszcze paradoksy prawa… No to to przecież jest tak głupie, że każde pojedynczo zajmie z godzinę.
Następny temat rzeka, to wyuczony zawód. Realizatorzy, ich rola / brak roli, ich zachowanie wobec innych, innych zachowanie wobec nich… Patrzcie, to prawie jak z niewidzeniem. No i oczywiście pomysły realizatorów (przypominam nagrywanie burzy z poprzedniego wpisu).
Dygresja: ostatnio z Sylwią zajmowałyśmy się sprawdzaniem, jakie ładne dźwięki uzyska się poprzez wlanie wody do takiej zamykanej, metalowej puszki. I wylewanie jej. Dwie podobno dorosłe baby, zamykające za sobą drzwi w łazience, bo im hałasy (rozumiecie, ludzie normalnie rozmawiają), jak już wspomniałam, HAŁASY z pokoju, przeszkadzały słyszeć, co się stanie, jak się wyleje wodę z pudełka. :p
No i czy to nie jest materiał?
I właśnie tacy ludzie, którzy zajmują się zawodowo opowiadaniem, co ich wkurza, zapewniają mi ostatnio rozproszenie, uspokojenie, rozrywkę… mogę w miarę spać.

Czemu normalnie nie mogę? A, nie wiem. Dom w budowie, ma opóźnienia i każdego dnia twierdzi cośinnego… Przy okazji dziwny stres o inne rzeczy i mamy to. O, o tym też bym mogła opowiedzieć, może by mi przeszło.

A propos przechodzenia, reggae mi nie przeszło, właśnie w Ostródzie byliśmy, dziesiąty raz na festiwalu. Bardzo bardzo polecam płytę Gutka. Nie wiem, skąd go kojarzycie, czy z reggae i zespołem Indios Bravos, czy może z hiphopu i kawałków z Abradabem, Paktofoniką i kilkoma innymi. W każdym razie jego solową płytę warto sprawdzić, przesłuchać, znać i zapamiętać. Przy mnie pozostanie sobie ten utwór.

Jak już jesteśmy przy utworach, wynalazłam sobie kolejny konkurs na remiks. Koniec z tymi konkursami, od dziś tylko swoje rzeczy! Przynajmniej na parę tygodni. Stwierdzam, że robienie swoich piosenek jest dużo trudniejsze.
Ale jeżeli ktoś jest ciekawy, co ostatnio wymyśliłam, to to jest oryginał:

Dostałam wszystko, ścieżki instrumentów, wokali, z efektami, bez… Świetnie przygotowana rzecz, serio. No i rób z tym, co chcesz, no więc ja uznałam, że ja słyszę tę panią w zupełnie innym klimacie i stworzyłam coś takiego.

I jakie by to nie było muszę powiedzieć, że niezmiernie się cieszę z faktu, że z czystym sumieniem stwierdzam, jestem w stanie to zrobić w jakieś cztery dni. W tym momencie bardzo ładny i bardzo wku… denerwujący głos wewnętrzny mówi mi: ahaaaa, czyli, jak nie robisz, to to nie jest tak, że nie umiesz, tylko masz gdzieś, tak?
W tym przypadku to akurat nie tak, po prostu dość późno kupiłam i pobrałam instrumenty, które były mi do tego niezbędne. Jak się nauczę grać na gitarze / zatrudnię nadwornego gracza, będę miała warunki do nagrywania i kilka innych rzeczy, nie będzie tego problemu. Chyba. 😉
Choć przyznaję, jak człowiek musi do czegoś usiąść… ale tak serio, MUSI! Kiedy ińdziej NIE można! To wychodzą całkiem niezłe efekty, z całkiem… takich o umiejętności.

Skończyłam sobie to dzięło właśnie w Ostródzie, kiedy jeszcze był na to czas. Potem koncerty, w poniedziałek natomiast powrót. Tu by można zacytować muminki: i siedzę teraz tutaj, i nikt absolutnie nie potrafi mi wyjaśnić o co w ogóle chodzi. Tak konkretnie, to dom. Wiecie, ten dom, co miał być w maju gotowy. Ale jest! Jest oto światełko na końcu tego długiego tunelu. Położono podłogę na górze. Tak od miesiąca mieli kłaść, położyli! Dziś i jutro powstają meble. Potem tylko drzwi, schody, tapczany złożyć, jeszcze parę innych rzeczy, o których zapominam… Fotel! Zamówię fotel! Aaaale ja sobie znalazłam fajny fotel! TO jest, słuchajcie, taki fotel, na którym ja, JA! Mogę wygodnie usiąść! I NIE jest za duży! W ogóle jak to możliwe, żeby coś dla mnie za duże nie było?
Już za chwileczkę, już za momencik… konkretnie coś koło półtora tygodnia… I mooooże już będziemy mieszkać!
Nie, słuchajcie, serio, ja nie chcę narzekać. Ja mam dach nad głową, ja mam co jeść, ja mam wszystkie moje rzeczy… Nie wiem gdzie, ale mam! Z tym, że to naprawdę może się dać we znaki, jak tak naprawdę nie wiesz, gdzie jesteś u siebie, czy jesteś u siebie, kiedy będziesz u siebie. Teraz już powoli zbliża się ten moment, także jestem może nie tyle zadowolona, ale dostrzegam nadzieję w świecie.
Mam też inny powód do zadowolenia. Mianowicie znowu zaczęłam czytać. Głupi powód, drogi czytelniku? Dziwne to, przyznaję, ale ostatnio w ogóle nie mogłam się wziąć ani za czytanie, ani za jakiś serial. Nic dłuższego, czego nie znam. Nie wiem, czy ja się obawiałam, że mnie to ewentualnie również zestresuje, mimo że to fikcja? Jakiekolwiek powody by to nie były, ruszyłam książkę. Na razie nie fikcję, tylko książkę pani Hanny Pasterny o tym, jak podróżuje po świecie nie widząc. Wiele rzeczy jest tam dla mnie dość oczywiste, bo obserwuję świat w podobny sposób, ale rozumiem, jak bardzo może to pomóc otworzyć oczy ludziom, którzy nie mieli kontaktu z niewidomymi. A właściwie, to z niepełnosprawnymi w ogóle, bo np. mnie mnóstwo nauczyły fragmenty o jej przyjaciółce z zespołem aspergera. Najleprzy cytat: Hania, te chodniki NIE są dostosowane do niewidomych, którzy mają autystycznych przewodników z rowerem! Doprawdy piękne zdanie. 😉 Druga rzecz, jaka mi się w tych książkach podoba i na pewno przyda, to takie wrażenie, że dużo da się zrobić. Ja akurat samodzielnych podróży się jakoś wybitnie nie boję, ale wiecie, pojechać do Gdyni, a pojechać, nie wiem, do Nowego Yorku, to jednak jest co innego, nie? No właśnie te książki stwarzają u mnie taki sposób myślenia typu: się zamawia asystę, się idzie na lotnisko, się leci, co w tym trudnego? I oczywiście autorka nie twierdzi, że wszystko jest proste, przeciwnie, pokazuje wiele różnych trudności i nieprawidłowości systemów prawnych. Mimo wszystko jednak, kiedy człowiek to czyta, sam ma ochotę się gdzieś wybrać, bo przecież można.
Jak ktoś chce poczytać, bardzo polecam, choćmoże niekoniecznie audiobooki, a przynajmniej nie wszystkie.

Teraz o tym, z czego nie jestem zadowolona. Topię się. Serio, roztapia mi się mózg. Też to macie? Spać się nie da, żyć się nie da, o co chodzi z tą temperaturą? Chyba nawet, jakbym zaczęła wszędzie chodzićw kostiumie kąpielowym, byłoby mi jednak za gorąco. Jedna moja przyjaciółka miała zwyczaj mówić: Maja, zrób coś! Nawet, jeśli nie miałam absolutnie żadnego wpływu na jakąś sprawę. Także wiecie, za gorąco mi, zróbcie coś!

Cóż by wam tu jeszcze… O, udostępnie jeszcze raz, bardzo mi się ten utwór podoba. Już tu był, ale co tam.

Jakby to kogoś interesowało / dotyczyło, dość nagle wyszło, że będę od soboty do poniedziałku w Krakowie. Jutro natomiast jadę na moment do Warszawy. Podróże to idealna okazja do zbierania anegdotek do opowiadania podczas występów publicznych. :p
A w poniedziałek pierwsza stacjonarna lekcja w akademii dźwięku, z czego się bardzo cieszę. Nooo, to w sumie są plusy.

Dobra, kończymy i pozostawiam ten wpis do waszych komentarzy. Dwa pytania na koniec.
1. Kto już polubił "grajdołek Elanor" na facebooku? Ty nie? Ty też nie? Jak to? Proszę polubić!
2. Nie znacie może kogoś, kto by się chciał za nieco mniejszą opłatą, niż to wzykle kosztuje, pouczyć angielskiego? Poziom tak do matury mniej więcej, albo niżej.

Pozdrawiam ciepło, bo inaczej teraz ciężko pozdrawiać.
ja – Majka

PS: Boże, ześlij deszcz! Na przykład deszcz monet, monet też może być. Choć jednak, w obecnej sytuacji, wolę zwykły.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

Burzliwy czerwiec, gorące pierścienie aktywności i koniec roku, czyli zakładajmy chóry! W komentarzach.

Mówi się, że kiedy człowiek dorasta, wchodzi w życie, studia zaczyna, zadaje sobie przeróżne pytania. Jedno z takich, niezwykle ważnych i trudnych, pytań padło o godzinie siódmej pięćdziesiąt, gdzieś na ostatnich stopniach klatki schodowej nowego internatu w Krakowie.
– Jak wy się nazywacie?! –
– Yyyyyyy… – Spojrzałam na Sylwię, ona na mnie… I ja wam mogę teraz do woli mówić, że generalnie, to my nie wiedziałyśmy, kto pyta, dlaczego pyta, czy do nas mówi… Ale i tak każdy pomyśli, że my po prostu przed ósmąrano nie znamy własnych nazwisk. :p
W ogóle nasz stan umysłu o tej godzinie pozostawia wiele do życzenia. Można nam życzyćzdrowia, powodzenia w branży, pięć złotych nam można pożyczyć… O właśnie! Automaty nie działały. Pierwszy raz widziałam takie coś, żeby automat do gorących napojów oddał pusty kubeczek, trzeba mu przyznać, że czysty. Prze paniiii, ukradli mi pieniądze! No to co ja ci na to poradzę? Idź to zgłosić! Poszłam zgłosić, zwrot dostałam jeszcze tego samego dnia. Trzy różne osoby na coraz wyższych stanowiskach pytały mnie na korytarzach, czy już odebrałam SOBIE ""TE PIENIĄDZE" z sekretariatu. TE PIENIĄDZE, to była oszałamiająca suma trzech złotych, ale chciałam tu bardzo pochwalić szybkość działania władz wyższych, zarówno naszych, jak i automatowych… Automatycznych…? W każdym razie oddali hajs.

Nie wiem, ile osób słuchało mojego ostatniego wpisu audio, ale był on niewielkim podsumowaniem tego, co się tu ostatnio dzieje. A dzieje się to, że dom wykańcza. Się. I nas troszkę. U babci mieszkamy, dlatego też praktycznie cały czerwiec spędziłam w Krakowie.
Fajny ten Kraków nawet. Troszkę ponad dwa lata temu pisałam tu, że nie lubiłam tego miasta, ale byłabym chyba skłonna podjąć poprawną współpracę. Po dwóch latach muszę przyznać, że Kraków wprasza mi się do serca zupełnie wbrew mojej woli. Można powiedzieć, że mimo wszystko przemówiło do mnie to miasto. 😉 O, właśnie, wiedzieliście, że te informacyjne tablice na przystankach wydają dźwięk, żebyśmy je łatwiej znaleźli? I zawsze mam ochotę dać taki napis: TU bije serce miasta! Bo one robią tak: pyk pyk, pyk pyk… Takie serduszko tam bije.
To może odczepmy się już od tych serduszek bijących… Albo nie. Apple watch mierzy mi różne, codzienne aktywności. Ilość kroków, puls, różne takie. Ma też aplikację, która czasem się włącza i pokazuje rytm, w jakim trzeba oddychać, żeby się podobno uspokoić. Może to i dobrze… I mówi do mnie ten zegarek. Wstań i poruszaj się przez minutę. Oddychaj. Sprawdź pierścienie aktywności! Masz jeszcze szansę! Sprawdź dzisiejsze postępy!
On ma obsesję kontroli. Ten zegarek znaczy. A moja ulubiona zbitka powiadomień z aplikacjami na ekranie, to komunikat voiceovera: masz jeszcze szansę, oddychaj. No dziękuję bardzo, łaski bez.
Inna sprawa, że kiedy byłam w szkole, coraz częściej byłam bardzo bliska zamknięcia wszystkich pierścieni aktywności, czyli takich dziennych celów ćwiczeń. Może powodowała to wysoka temperatura i to, że człowiek się wtedy bardziej męczy. Możliwe też, że ilość schodów w tamtym budynku miała coś z tym wspólnego. Stawiam na temperaturę i schody między innymi dlatego, że kiedyś udało mi się zamknąć te pierścienie, pół dnia siedząc w studiu. Nie pytajcie, ja nie wiem, jak to się stało. ;p
Zwłaszcza, że w studiu zwykle jest trochę roboty z kablami i statywami. Teraz jednak musiałam puścić do tego przyszłych realizatorów zdających egzamin. Ja, ponieważ siedzieliśmy sobie na zdalnych od listopada, postanowiłam przedłużyć sobie dzieciństwo i jednak na ten następny rok zostać, nauczyć się mikrofonować te instrumenty bardziej w praktyce niż w teorii, a także zrobić kilka innych, porzytecznych rzeczy. Ja wiem, że prawdopodobnie właśnie podpisałam na siebie wyrok i w komentarzach pojawią się wywody, jak bez sensu robię, ile czasu marnuję i kilka innych kwestii. Ja te argumenty słyszałam już bardzo wiele razy, bardzo wiele razy tłumaczyłam też moje, głównie sobie samej. Jeżeli ktoś chce uznać, że po prostu boję się wyjść na świat zewnętrzny, uzna tak, niezależnie od tego, co zrobię. Pozostaje mi więc mieć nadzieję, że jednak nie stracę aż tak dużo w ludzkich oczach tą decyzją, że chcę się lepiej nauczyć. 😉 Poza tym, podczas tego roku mogę się również zająć innymi rzeczami, chociażby angielskim.

Angielski! Czyli tłumaczenia! Wiecie, że widziałam highschool musical 2 na scenie? Tak. Dwadzieścia dwa lata kończę w październiku. Tak, dorosła jestem. :p Jak ja kochałam te filmy! Pierwszy HSM wyszedł w 2006 roku, ja poznałam to disneyowskie dzieło troszkę później i trochę nie pokolei, bo od drugiej części właśnie. Na trzeciej już byłam w kinie. Z każdego filmu wybrano jedną piosenkę i przetłumaczono na polski. Tłumaczenia były poetyckie, teatralne, czy jakby tego nie nazywać. Mam na myśli, że taką piosenkę trzeba jakby od nowa napisać, po polsku. I tu już różnie, jedni tłumacze mocno trzymają się oryginalnego tekstu, inni wyznają zasadę, że jak piękne, to niewierne… Jest to również zależne od potrzeb, co innego tłumaczenie do teatru, do animacji, do aktorskiego filmu…
W każdym razie Highschool Musical był też wystawiany na scenie. W Polsce zrobił to muzyczny teatr w Gliwicach. Za mała byłam, nie widziałam tego wydarzenia. No trudno, zdarza się. Ale zdarzyło się też tak, że krakowska akademia musicalu postanowiła wystawić dwójkę. Jako pierwsi w Polsce zrobili HSM 2 z tłumaczeniami i wystawili to w NCK. Uznałam, że takich rzeczy się nie przegapia, muszę iść! I jakby już niezależnie od tego, które tłumaczenia i którzy aktorzy byli dobrzy, wzruszenie na pewno było. 🙂 Weszli mi na ambicję, siedzę nad tłumaczeniami trójeczki. 🙂

Kolejny temat… hmmm… Tłumaczenia, to może coś wytłumaczyć? Wytłumaczę różnicę między realizatorami, a normalnymi ludźmi. Jest burza. Imaginujesz sobie, drogi czytelniku, deszcz, wiatr, generalnie ciemno zimno, pioruny. No więc są te pioruny na dworze i teraz tak. Po jednej stronie korytarza, w sali lekcyjnej rozlega się okrzyk: zamknijcie okno! Burza grzmi! W tym samym momencie z drugiej strony, w studiu, rozlega się głos, przepełniony niemniejszymi emocjami: otwierajcie okno! Burza grzmi!
Nagranie dobrych efektów, to nielada osiągnięcie, takich okazji również nie można marnować! Powyższa anegdota jest świętą prawdą, ale nie z mojego rocznika. Ja jednak uznałam, że będę naśladować poprzednie pokolenia i też ostatnio chciałam nagrać burzę. Tłumaczenie koleżance z pokoju, kiedy piorun kończy się według normalnych ludzi, a kiedy ten smutny fakt następuje naprawdę, to ciekawe zajęcie wieczorne. Film o naszym pokoju będzie się zaczynać od sceny, w której to ja klęczę na łóżku, przed parapetem, z mikrofonem. Na dworze powoli… powtarzam: POWOLI! Milknie huk. I jak już się dowlecze do końca, domruczy, to ja się odwracam w stronę łazienki i dialog wygląda tak.
– Syyyyylwiaaaaaa, ten poszedł cały! –
– Jeeeeejjjjjjj! – Sylwia rozumie moją misję życiową.
Ja w ogóle uważam, że wielkim szczęściem jest, kiedy trafi się w pokoju na ludzi, których się rozumie, z którymi dzieli się różne pomysły, skojarzenia i uczucia. Kiedyś już pisałam o tym na tym blogu, ale będę to powtarzać do znudzenia. Teraz akurat mam w głowie moment, w którym pakowałyśmy się po zakończeniu roku. Pokój stanowił obraz nędzy i rozpaczy, na podłodze leżało wszystko i jeszcze kilka przedmiotów, które niewiadomo do kogo należą, ja natomiast odkładam na szafkę telefon, z którego leci cała twórczość Artura Andrusa. Akurat trafiło na chór.
"Zamiast bać się czarnej dziury, lękać się imperium złaaaa… Ludzie! Zakładajmy chóóóryyyy, wszędzie gdzie się tylko daaaaaaaa…"
– Choć! – Sylwia pociągnęła mnie za ramię. – Choć do łazienki, tam jest lepsza akustyka! – Faktycznie! Zostawiłam wszystko, plecak, ubrania, torby, naczynia i kosmetyki…
– Chór na dworcu, chór na plaaaaażyyyyyyyy! Chór upadłych dziennikaaaaaarzyyyyyyyyy… – Śpiew rozległ się z łazienki. Spodobało nam się, faktycznie lepiej! Do naszej sytuacji pasowały chyba dwa: chór klientów punktu ksero, to na pewno, a poza tym: podpierających mór chór marnotrawnych cór.
Ta płyta była w trybie losowania, więc piosenki leciały według własnej woli. Przy czarnej Helenie w ogóle pakowanie poszło w odstawkę.
– Sukces nie zepsuł jej ani deczko, I! nie zmieniłaaa, sieeeee, onaaaaaaa. Nadal brutallllnie, twardom pionsteczkom, trzyma jednegooooo… –
– Co to jest? – Zapytała wchodząca w tym Momencie Marzena. – A wam co się dzieje? – Nie znałyśmy odpowiedzi na to pytanie. Dla jasności poniżej oryginał.

I właśnie w takich warunkach musiały z nami mieszkać dwie Weroniki. Musiały, bo już zakończyły edukację. I tu, ponieważ wiem, że chociażby jedna z nich czyta, podziękuję. Z jednym realizatorem jest dziwnie. Ale z dwoma! Jeszcze w dodatku z dwiema! Werka, skarbie ty mój, przyjeżdżaj na herbatkę, kawkę, treningi i państwa miasta! Ja nie wiem, dlaczego ta gra dostarcza nam takich rozrywek. Niby nic trudnego, literki, kategorie… Jezu, my za każdym razem płaczemy ze śmiechu i Bóg raczy wiedzieć, czemu!
Możliwe też, że człowiek przez tę parę tygodni chciał nadrobić wszystkie, tracone wcześniej, miesiące. Bo internat nie jest idealny. Serio nie jest. Wręcz czasami naprawdę marzy się tylko o odrobinie ciszy i spokoju. Albo o tym, żeby ktoś, wchodząc do pokoju, zapukał i się przedstawił. Albo o mieszkaniu na pierwszym piętrze… Ale w tym roku, biorąc pod uwagę ten upalny czerwiec, mogłabym raczej wspominać inne rzeczy. Herbatę, pitą w starym internacie i różne komentarze o wystrojach świetlicy… Albo piątkowe rozmowy o filozofii, które nawet mnie doprowadzają czasem do łez wzruszenia, a przecież wiadomo, że ja zwykle filozofować nie lubiłam. A może mądrości życiowe pani Ani… Pani Aniu, Pani się niczego nie boi, jak Pani to czyta, to proszę o komentarz!
Jedna uwaga z tego roku. Realizatorzy! Jak nagłaśniacie imprezy na dworze, to czapki proszę brać. I wodę. I nie przegrzewać się. Na takiej naszej ostatniej było 25 stopni, odczuwalne chyba z 52, a potem poszliśmy do chłodnego studia i w tym pięknym słońcu dałam radę się nieźle przeziębić. Ja nie wiem, jak ja to robię.

Aha, i jakby ktośbył ciekawy, to w studiu Stivi uczy mnie łapać piłeczkę do pingponga po jednym odbiciu. Faktycznie, ludzie to słyszą. W sensie… no serio, musimy to wyczuwać jakoś, bo mi się to udawało, choć podczas tych zajęć przypominaliśmy trochę warsztaty z echolokacji:
"Musicie uwierzyć, że umiecie!"
A trochę gwiezdne wojny:
"Użyj mocy, Luke, rób, albo nie rób!"
I ja tę anegdotę już któryś raz opowiadam. W pewnym momencie zorientowałam się, jak brzmi, kiedy mówię, że Stivi nauczył mnie łapać piłeczkę. Od tej pory, mówiąc do młodszych z technikum, na końcu dodaję, że aport będą mieli w przyszłym roku. ;p

I to jużchyba koniec mojego wpisu. Chciałam wam opowiedziećwszystko, ale chyba się nie da tak od razu, na raz. Marzenka, przyjeżdżaj na kurrrrrrrrczaki! I na sesje w studiu, podczas których okazuje się, że jednak odsłuchy działają zdecydowanie lepiej po uruchomieniu wzmacniacza. 🙂

Pozdrawia ja – Majka

PS: Sheeran wraca z nową płytą na jesieni. A przynajmniej tak na razie twierdzi.

Kategorie
co u mnie wspomnienia i dłuższe opisy

rozbitkowie jesteśmy, a to na umysł wchodzi. Audio

Aktualnie dom nam się kończy, wykańcza, remontuje… a my jesteśmy u babci. W jednym pokoju. Wszyscy. A poza tym siedziałam w Krakowie 3 tygodnie. A oto efekty.

Kategorie
co u mnie

Argumenty na to, że jestem nerdem. A także o tym, jak się ludziom wpraszałam do domu i Krakowa

Co to jest eliksir szczęścia?
Niektórzy myślą, że pewne ilości alkoholu… Niektórzy znają pottera i pamiętają felix felicis, eliksir obecny zarówno w książce, jak w filmie… Swoją drogą, najlepsza scena w "księciu pół krwi", serio. Wiele scen w tym filmie było kompletnie bez sensu, ale tej bym nie oddała!
Nie wiem, czy dla mnie takim eliksirem jest herbata, czy nasza czekolada z automatu, czy może jeszcze cośinnego, w każdym razie uznałam w niedzielę, że nie przypadkowo miałam farta, w końcu feliksa było.

Trzeba jednak przyznać, że życie zaczęło mi się zmieniać jeszcze przed tą niedzielą. W czwartek ogarnęłam ostatnie dni praktyk, odwiedzając przy okazji trochę osób w Laskach, potem spotkałam się ze znajomymi, tak się do piątku spotykałam… W ogóle pytanie, kto wie, że w pizza hut są makarony? I drugie pytanie, kto wie, że tam są drinki? Moja przyjaciółka nie wiedziała ani o tym, ani o tym. No jak to? Przecież to najlepsze! Klaudi, następnym razem wybieramy się właśnie tam! Mati, i na Nowy Świat też.
No i wracając z tej prywaty, to w piątek wróciłam do domu. A nie, czekaj, zaraz. W sumie, to nie. W naszym mieszkaniu już prawie nic nie było, my z siostrą spałyśmy u babci, rodzice jeszcze przez chwilę tam, ale tak generalnie ,to mieszkanie już prawie nie było nasze. Od poniedziałku natomiast nie jest nasze już zupełnie oficjalnie. Pierwszy raz w życiu byłam w sytuacji, w której w sumie, przez jakiś czas, ale jednak, nie miałam gdzie wrócić, NIE byłam u siebie. Wykończenie w nowym domu teraz ma się całkiem dobrze, ale pełną parą ruszyło niedawno. Z tego powodu w Krakowie oficjalnie zostaję do 18 czerwca, bo uznałam, że jak mam być na plecakach i tu, i tu, to nie odczuwam takiej potrzeby i zostaję. Rodzice zgodzili się z logiką tego rozumowania i w niedzielę wybrałam się do Krakowa.
No i właśnie, szczęście! Już na dworcu znalazła się jakaś dobra dusza, która wskazała mi przystanek autobusowy, co znacznie przyspiesza proces. Dalej, autobus gadał. To NIE jest takie oczywiste! Wiecie, jak to jest z tymi autobusami, chce to gada, nie chce, to nie, jeszcze bardziej nie chce, to powie cośinnego, niż jest prawdą… To sobie trzeba uważać. Tym razem gadał, wyraźnie i prawdę. Droga z autobusu też nie przyniosła niemiłych niespodzianek, typu hulajnogi na środku, rowery wszędzie ińdziej… W Żabce mieli to, co chciałam, no generalnie wszystko tak, jak potrzebuję. Czad.
Ciekawostka, przez pierwsze dwa dni szkoły na lekcjach byłam sama. Na percepcji i akustyce to się nawet przydaje, zwłaszcza, jak się jakieś tam godziny opuściło. Już wiem, jak należy mikrofonować bębny. Przynajmniej teoretycznie. A na akustyce było o konsolach mikserskich. Wiecie, konsoleta, mikser, stół, centrum sterowania kosmosem… to takie z suwaczkami, gałkami i światełkami, którego dźwiękowcy nie pozwalają dotykać, bo: na pewno mi tu cośruszysz, jak ruszysz to zamorrrrduję! W tym miejscu pochwała dla naszego mistrza, wychowawcy, niepokonany człowiek niezwykle spokojny, który w ramach nauki cały live mi nad tym mikserem odegrał. 😉 Na końcu lekcji oboje byliśmy na etapie: sprzęt, sprzęt, więcej sprzętu!
Wiecie, jaką postać z bajki najbardziej lubią dźwiękowcy? Myszkę Mackie. Ha… ha… ha… To jest ta scena, w której można się śmiać.

W środę dołączył do mnie kolega Mateusz i mieliśmy realizację. Ja już wspominałam, że na realizacji uczymy się, do czego się nadajemy, do czego nie, jakie umiejętności się przydają, a jakie przekonania są całkowicie błędne, bez sensu i generalnie, to możemy je sobie… W każdym razie w tym tygodniu było zadanie, zawierające wszystko: dopasowywanie barw do midi, zgrywanie podkładu w odpowiednich parametrach, nagrywanie wokalu, wstępny miks…
– Proszę pana, moment, ja myślę! –
– Aaaa, to widzę, że nowatorskie metody wprowadzamy. –
Nowatorskie metody wprowadzałam podczas ustawiania mikrofonu i łączenia go z komputerem. Przy okazji, czy już naprawiono ten komputer, którego NIE zepsułam? Miałam się chwalić w internecie, to się chwalę, wysyłka mi nie działała i to NIE była moja wina! Marzena, odpowiadam, NIE, nie zapomniałam ani o monitorze, ani o uzbrajaniu ścieżki! Choć faktycznie, na środowej realizacji należy się chyba uzbroić. W cierpliwość na przykład. I koncentrację.
OK, zejdźmy z tej realizacji, długi weekend jest! Idziemy do domu! O właśnie, przy okazji, nowa piosenka Johna Mayera. Polecam.

Co do długiego weekendu, miałam jechać do Wrocławia. Niestety, dobry człowiek, który mnie tam zapraszał, rozchorował się. Więc teraz proszę bardzo, wszyscy w komentarzach życzą mu szybkiego powrotu do zdrowia! I ja również życzę, zdrowiej, Denis, nadrobimy.
Zdrowia, tak już przy tym będąc, możecie też życzyć koledze Piotrowi, który wspaniałomyślnie uznał, że nie robi mu różnicy, czy zostanę u niego ze środy na czwartek, czy do niedzieli. Fajnie, nie ma to, jak się komuś z dnia na dzień wpraszać na prawie tydzień do domu. Miło tak. Kulturalnie.
Melduję posłusznie, że jem, piję, śpię… Jak tu ostatnio byłam, to byłam przed egzaminami i żyłam na dwóch kanapkach i czterech godzinach snu dziennie, oczywiście nie z winy Piotra, tylko mojej. Więc Piotr może mnie pochwalić teraz, zjadam obiady, odpowiadam na pytania, rozumiem, co się do mnie mówi. Generalnie jest nieźle, zachowuję się normalnie. Jak na mnie. I jak na realizatora, bo wspólnie uznaliśmy, że my to jednak jesteśmy dziwny gatunek ludzki. Ale nie zabierajmy wszystkich zasług, uważam, że szkoła organistów pokonuje nas w ilości momentów, w których, kolokwialnie mówiąc, wchodzi na mózg. Ile razy Piotr umie wpleść w zwykłą rozmowę fragment pieśni, nie zliczę, możemy to chyba już zamienić w towarzyską grę. Takie gry przeplatają się u nas z dyskusjami o sprzęcie, mikrofonach i tym, co się nimi da nagrać, klawiaturach bezprzewodowych… Widziałam najpiękniejszą klawiaturę bezprzewodową na świecie! Taką malutką, wygląda, jak pad gamingowy, no nie większa!
– Piotrek, daj mi to przetestować, niech ja sobie coś na tym napiszę! –
– Świetnie, pracę magisterską mi napiszesz. –
Werka, weź tu przyjedź.

Przy okazji tematów muzycznych, nie ma to, jak pogadać o produkcji z kimś, kto też to robi i też to kocha tak, jak ja. Pozdrawiam Kubę, bardzo fajne piątkowe spotkanie, które trzeba kiedyś powtórzyć, w celu obejrzenia tych avengersów. Zapraszam, wspieramy i subskrybujemy kanał kolegi. Na przykład ten.
https://www.youtube.com/channel/UCVpHMsziHpL8R8zmCRCHZ4Q
Albo ten.
https://www.youtube.com/channel/UCShf3wt9TbOZq27ICjuAvpQ
Jak już jesteśmy przy rapie, beatach i innych takich, nadal się bawię w konkursy na różnych stronach. Trochę sampli, jeden, niezwykle wnerwiający loop i wychodzi coś takiego.
https://metapop.com/maybeat/tracks/maybeat-sounds-catalogue/189120

Nie tylko muzyką człowiek żyję, niedługo będę grać w rpg. Jest mistrz gry, opowiada, co się dzieje, ja mu opowiadam, co chcę z tym zrobić… jak w życiu. Czyli wiecie, siedzę przy kabelkach, chcę oglądać avengersów, a w wolnym czasie gram w RPG. Właśnie oficjalnie przyznałam się, że jestem nerdem. :d
Ale wiecie, chyba wolę to, od bezcelowych dyskusji o czarnobiałym świecie, który nieistnieje, albo innych bezsensownych, a uchodzących za bardziej poważne, zajęć.
To ja wracam do swoich zajęć, może się pouczę… A może pooglądam youtube, żeby się jednak uśmiechnąć na przykład.
W przyszłym tygodniu może pojawić się coś audio, chcecie?
No dobra, trochę wątków poruszyłam, zobaczymy, jaki będzie popularny w komentarzach. :d Podsumowując, jeszcze niedawno w naszym domu nie było podłogi, a i poza domem nie bardzo wiedziałam, na czym stoję. Teraz możliwe, że powoli będzie lepiej. Kończę wpis i wam pozostawiam resztę. Wszystkiego dobrego na dzień dziecka i inne okazje.
Pozdrawiam ja – Majka

PS Sheeran wraca na rynek. Będzie album, tylko nie wiem, kiedy. Ale ładny koncert w radiu miał. I tym razem bierze w trasę zespół. Oczywiście utwory z looperem nadal będą, ale już nie wszystkie.

Kategorie
co u mnie

aktywność, szpiegowskie czipy i influence marketing, czyli świat się budzi! Po coś.

Był podobno kiedyś taki żart. Dlaczego najpiękniejszy widok na Warszawę jest z pałacu kultury? Bo to jedyne miejsce, z którego nie widać pałacu.
Nie wiem, jak pałac, ale plac przed pałacem naprawdę robi robotę. Z tym, że raczej odwrotnie, niż powinien. Kto się po drodze z centralnego do metra nie potknął, niech pierwszy rzuci kamieniem. Najlepiej jednym z tych, co tam są pomiędzy płytami gładszego rodzaju. Mam wrażenie, że idąc tamtędy nieostrożnie, można sobie połamać ręce, nogi, ewentualnie zęby, w ostateczności przynajmniej białą laskę. Czasem się zdarza, że pytam przechodniów w tej drodze o coś aktualnie przydatnego. Czy w dobrą stronę i czy nie zboczyłam z kursu, czy schody do metra to tam, co to za zamieszanie… Takie różne pytania. Nie byłoby człowieka, który by nie pomyślał, że ja się gubię albo jestem niepewna, bo zwalniam. A ja zwalniam, żeby się nie zabić na tym chodniczku cudownym, zabytkowym.
Ostatnio tam byłam w zeszłym tygodniu. Plac pozostał w niezmienionej postaci, tak jak i miejsce, do którego jechałam. Jechałam do Lasek, pozałatwiać jakieśformalności.
Publicznie stwierdzam dwie rzeczy. Po pierwsze, należałoby się, drogie instytucje pożytku publicznego, zainteresować totupointem. Takie punkty nawigacyjne, umieszcza się je nad drzwiami do budynków / pomieszczeń, one sięłączą z aplikacją w smartfonie i mówią czym są, gdzie są i po co są. Ułatwiają życie generalnie. Fajnie by było, gdyby tego było więcej.
Po drugie, będąc w Laskach stwierdziłam, że w niektórych działach, to ja bym mogła pracować. Może nie na Caaaały etat… bez przesady, ja nie mam niewyczerpanego zapasu ciętych ripost i poczucia humoru… ale jednak! Ja chętnie te totupointowe opisy z państwem jeszcze popiszę. 😉 Świetna wizyta, naprawdę, muszę tam niedługo wrócić.

Inny temat, wracają szkoły, wiecie? Wiedziałeś, czytelniku drogi? Po skończeniu praktyk będę się znowu stacjonarnie i stale uczyć. Już na chwilę byłam w Krakowie. Dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, jak to zwykle bywa. Głównie tego, do czego się nadaję, a do czego nie. Wiedziałeś, drogi czytelniku, że można się nauczyć słyszeć, jak leci piłeczka pingpongowa? W sensie… złapać ją. Tak… po jednym odbiciu o coś. Nie po kilku odbiciach, kiedy się do nas toczy po podłodze lub stole. Tylko tak… pyk… I łapiesz. Nie wierzyłam w to. A potem złapałam. To trochę, jak echolokacja, puki nie uznam, żę mój mózg jużto umie, to się nie nauczę.
Szkoda, że w podobny sposób nie można się nauczyć automatyki z voiceoverem. Robił ktoś? Ktoś wie, jak to jest fajnie? Uprzedzam… nawet nie pytanie, uprzedzam wszystko. Oczywiście, że się da! Jak to kiedyś pewien mądry człowiek powiedział: na nokii 3300 też się smsy pisało! :d
A potem nam się rozpoczęła dyskusja na temat automatyzacyjnej polityki w życiu: przeczytaj, napisz, dotknij, wyłącz. To w sumie jest niezłe…

Dobra, off, następny temat. Albo czekajcie, jeszcze nie. Zawsze się śmiałam, że nasza ulubiona kategoria żartów, to jest: przychodzi wycieczka do studia, a tam…? Siedzimy w studiu w czwartek, gadamy… Chyba byliśmy na etapie, że Stivi czymśgrzechotał, a ja zgadywałam, co to jest… Taaaak, to dźwiękowcy robią… Fragment statywu tak po za tym to chyba był… No nieważne. W każdym razie w pewnym momencie słychać, że ktoś otwiera drzwi. Przepraszam, słychać, że ktośrozpoczyna tę dłuuuugą i mozolną podróż. Tu trzeba wiedzieć, że my w studiu mamy podwójne drzwi, co w studiach jest całkiem słuszne. Zewnętrzne ze zwyczajną klamką, wewnętrzne z gałką. Dostęp do gałki nieco utrudniony przez wyciszającą piankę pomiędzy drzwiami… Dość powiedzieć, że jak ktoś się do nas próbuje dostać, puka, pyta się, czy można, to zanim się dostanie, my już znamy pół sprawy, z którą przychodzi. Ja, nieświadoma niczego: oooo, widzi pan? Wycieczka! Nie wiedziałam, że zaraz usłyszę: yyy, dzień dobry, przepraszamy, no tak, w sumie wycieczka…? I okazało się, że to serio obcy ludzie byli. Dlaczego? Dlaczego to w naszej klasie muszą się przytrafiać takie rzeczy? To nie po to poszła plotka, że te drzwi są takie, żeby się wszyscy w porę zorientowali, że ktoś idzie, żeby mi się teraz jakaś grupa… nie no, grupa, trzy osoby chyba… Ale chyba im się podobało.

Szybki przegląd sprzętu. Automaty działają! Autobusy gorzej, nie gadają do mnie. Musiałam źle trafiać. Pianina w perkusyjnej działają! Moje przejściówki do słuchawek nie. Hmmmm… No to uznałam, że czas na działanie.

Nowy news. W sobotę zaistniały dwa fakty. Po pierwsze zorientowałam się, że mam troszkę więcej pieniędzy, niż mi się zdawało, a po drugie, że miałam bardzo ciężki tydzień. Ale tak serio, BARDZO. I to nigdy NIE jest dobre połączenie. A już do sklepu, to na pewno nie powinno się wtedy iść, bo ma się zaburzone możliwości decyzji. Ale ja bym i tak to kupiła, tylko nie wiedziałam, że już…
Kupiłam watch. W sensie, że smart zegarek od applea. I teraz on do mnie mówi. Żebym sobie wstała, że mam sobie pooddychać, że jestem coraz bliżej swojego celu, że pora spać… Pilnuje mnie generalnie. Ja też do niego mówię, ale mam wrażenie, że używam nieco mniej gramatycznych, i nieco mniej uprzejmych, zdań. Bardzo go lubię, przyznać to muszę. Ponieważ jestem człowiek dorosły, poważny i odpowiedzialny, oczywiście pierwszą doinstalowaną tarczą była ta z myszką Mickey. Ale zaraz potem dorzuciłam jeszcze moduły z potrzebnymi aplikacjami i z aktywnością, także spokojnie. Ostatnio gdzieś szłam, a zegarek: "zdaje się, że ćwiczysz!" Raaaany, trzeba wezwać pomoc! Alert! Wykryto trening! :d Wiedzieliście, że używając tego zegarka i digital touch, który zwykle służy do rysowania w smsach, można wysłać bicie serca? Przykładamy palce, a on wysyła animację serca, które bije, jak nasze w danym momencie. I wibruje zegarkiem. Bardzo dziwne uczucie, podoba mi się, rzecz jasna, no bo czym bym się cieszyła, jak nie bezsensownymi gadżetami, nie? :p

Anegdota numer 2.
Któregoś dnia w internacie, wieczorem, kiedy teoretycznie, jakby to wyświetlił watch, powinien rozpocząć się czas relaksu, siedziałam przed laptopem. Siedziałam przed laptopem dlatego, że oglądałam wykład Janiny Bąk na temat przydatności statystyk w influence marketingu. Serio. Tak to się nazywa i serio, nie ściemniam w ogóle, uczę się takich rzeczy w ramach wieczornego odstresowania. A że jestem normalna, to nikt nie obiecywał. W pewnym momencie zapauzowałam ten filmik, bo mi się coś przypomniało. Kompletnie nie pamiętam czemu, ale tego akurat dnia chciałam sprawdzić, jakie było czytanie na ten dzień. W sensie wiecie, fragment Pisma. No dobra, otwieram internet, szukam… W tym momencie otwierają się drzwi za moimi plecami. Oho, wychowawca z nocnym dyrzurem! Zaraz się zdenerwuje! Dlaczego jeszcze nie śpisz?! Przecież jest późno! Co ty w ogóle jeszcze robisz?! I w tym momencie zdałam sobie sprawę, że dwie, jak najbardziej poprawne, odpowiedzi na to pytanie brzmią według woli: "czytam Biblię" albo "uczę się o błędach w ocenianiu statystyk w influence marketingu". Kto z was by w to uwierzył? Jakoś mnie to rozbawiło. :p Pytanie nie padło i szczerze mówiąc, tak dla odmiany, nie mogę tego odżałować.

Cóż jeszcze pragniesz wiedzieć, Drogi Czytelniku? O, poszłam się szczepić! Uprzedzając komentarze, NIE, nie umarłam. We wtorek czułam się zupełnie normalnie. W nocy szczepionka zmieniła zdanie, ale da się żyć. Z kolei głosów nie słyszę, halucynacji nie mam, wi-fi mi szybciej nie chodzi, to jakiś lewy ten szpiegowski chip.
Choć w sumie, my się śmiejemy, ale jak mi przyszedł sms o szczepieniu na zegarek niedługo po powrocie z tego przyjemnego wydarzenia, to nie powiem, trochę mi się dziwnie zrobiło. O, właśnie, tak a propos statystyk i szpiegów, to polecam się zapoznać z danymi natemat, ile z tej wielkiej wiedzy, co to podobno ma o nas internet, jest prawdą. W sensie, ile z tych informacji zgadza się z rzeczywistością. Spoilerować nie będę, ale zdziwicie się. Ja się zdziwiłam. Może jednak googla tak bardzo nie obchodzi, co ja jem…
Zuziu, pamiętam o Tobie i o tym, żeby ogłosić, że byłyśmy w niedzielę na foodtruckach! W ulewnym deszczu! Bardzo! Ale dobre były. :d I pierwszy raz zapłaciłam zegarkiem. Mieli rację ci, co to tak chwalili, niesamowicie wygodna sprawa.

I to już chyba na tyle, jeśli chodzi o mój treściwy wpis, Drogi Czytelniku. Powinnam robić muzykę, praktyki, może poćwiczyć grę na instrumencie… O właśnie, anegdota trzecia, dialog z fortepianu.
– Ja myślę, żebyśmy sobie wzięli coś nowego do grania. –
– Proszę pana, ale pan wie, że ja zaraz mam praktyki i zostaje nam tylko czerwiec? –
– Ale wy w tym roku nie macie egzaminu. –
– Aaaaa, to zmienia postać rzeczy; to możemy grać, co pan chce! –

Także tak… Takie mam, widzicie, przygody. :p Idę odchorowywać szczepienie. Mam nadzieję, że będę miała po co pisać częściej, niż ostatnio. W sumie możecie trzymać kciuki, bo nie powiem, zabawny wpis o ostatnim miesiącu jest naprawdę sporą ironią losu.

Pozdrawiam i zdrowia życzę ja – Majka.
PS: Czy tylko ja w chwilach stresu ciągle wracam do tych samych książek i filmów? Do czego wracacie w ramach uspokojenia? Prześlijcie chmurą jednego umysłu ozdrowieńców… albo napiszcie w komentarzu, też można.

Kategorie
co u mnie twórczość

Pokój temu domowi! W tamtym domu… Uwaga, wpis audio i nowy mikrofon.

Kategorie
co u mnie muzyka

z tematu na temat, czyli coś z niczego i odwrotnie. Wesołych świąt!

Hej hej!

Co u was? Posprzątane już? Bo przed świętami podobno trzeba sprzątać. W domu, w komputerze, w życiu… Ze zdumieniem stwierdzam, że ja ostatnio mam jaki taki porządek przynajmniej w różnych powierzanych mi zadaniach. Było kilka takich dni, kiedy naprawdę, pilnie i, powiedzmy, efektywnie pracowałam nad różnymi rzeczami, czy to muzycznymi projektami, czy zadaniami do szkoły. Oczywiście w komentarzach ze trzy osoby mają święte prawo wypomnieć mi to, co im jeszcze jestem winna, ale i tak, jak na mnie, obowiązkowość wzrasta. Nie wiem, na jak długo, więc trzymajmy się na razie tej przyjemnej myśli.

To może, jak już przy przyjemnych jesteśmy, 26 marca wyszła nowa płyta AJR. Czekałam długo, zwłaszcza, że w lutym mi się pomyliło i myślałam, że wychodzi wtedy. Smutność. Chyba napiszę o tym cały wpis, bo AJR, to w brew pozorom jest bardzo szeroki temat. Na razie powiem tylko, że płyta trochę bardziej… odklejona od rzeczywistości, niż poprzednia, ale równie mocno ją polecam. Poprzednia była faktycznie trochę bardziej, z braku lepszego słowa, popowa / przystępna. Kiedy jednak da się szansę nowemu albumowi, będzie się do niego wracać. Nikt mi już nie powie, że w tych czasach nie wydaje się concept albums… jak to jest po polsku? Albumów koncepcyjnych? Konceptalbumów się nie wydaje. ZNaczy właśnie wydaje się, to chciałam przekazać. 😉 Ludziom się wydaje, że się niewydaje, ale wydaje się.
O właśnie, przy okazji wydawania, bo ja tu w sumie nie mówiłam… Ponieważ wszelkie deadliny, terminy i w ogóle odpowiedzialność przyprawiały mnie w tym roku o jakieś wielkie ataki paniki, jakby było się czego obawiać… No nie może tak być! Jak ty chcesz być producentem, skoro za każdym razem, jak jest cośdo zrobienia, jest taka tragedia? Wymyśliłam lekarstwo. Konkursy. Konkursy mają deadline, więc przyzwyczajają, a wiadomo, że NIE wygram, więc się nie stresuję. Wychodząc z założenia, że lepiej się zaskakiwać pozytywnie, wzięłam udział w konkursie, polegającym na zrobieniu utworu z dostarczonych próbek. Znaczy OK, konkretnie, to oni dawali paczkę sampli i trzeba było czegoś z niej użyć. Ja uznałam, że zrobię sobie dodatkowy challenge, użyjęTYLKO ich próbek, żeby sprawdzić, czy dam radę. O tym, że w ogóle mogę brać udział dowiedziałam się trochę późno, więc to, że się wyrobiłam do terminu uznaję za cud. Wygrać nie mogłam, ale cuda obserwować lubię, to raz, a po drugie, mam swój beat na soundcloudzie. Pewnie kiedyś bym na to wpadła, że jak zacznę robić muzykę, to mogłabym ją w sumie dać do internetu, ale znając mnie zbierałabym się z tym jeszcze z pół roku. A tak, skoro konkurs tego wymagał…

Teraz też coś podobnego będę robić, nie wiem, czy nie skończył mi się abonament na cuda deadlinowe, ale nawet, jak się nie wyrobię, to to jest niezłe ćwiczenie.

Moja siostra kupiła pierwszy w życiu instrument. Ukulele. Jest dumna. Też byłam, zwłaszcza, że pierwszy raz była ze mną w muzycznym sklepie z własnej woli i nie nudząc się tam. Ja się też nie nudziłam, widziałam syntezator. Taki wiecie, PRAWDZIWY! Poczułam się takim małym, nic nie wiedzącym człowieczkiem… Słuchałam dźwięku i cośmi nie pasowało. Siedziałam 10 minut, grzebałam, przełączałam przełączniki, kręciłam gałkami… i znalazłam! ZNalazłam TEN odpowiedni suwaczek! Moim własnym palcem przesunęłam suwaczek i zmieniłam mój własny dźwięk! Nie mam pojęcia, co on robił, ale to zgasiłam i NIE było! Cudowna sprawa. A zaczęło się od tego, że w akademii dźwięku miałam zajęcia o syntezie. Nieźle otwiera umysł, ale od razu włącza się moje zamiłowanie do wszelkiego rodzaju guziczków, przy okazji możliwość tworzenia świata zawsze mnie fascynowała… Wiecie, czegoś NIE było, a już jest. Coś, co istniało w naszej głowie… to jest niesamowite. Ciekawe, co sobie myśli mój nauczyciel z akademii, kiedy mówi mi coś, ja to robię, to zaczyna działać… i już kolejne dwie minuty z głowy, bo ja jestem na etapie: uuuu, seeerrrioooo? I muszę się tym parametrem pobawić. Lubię to osiągnięcie.
A zaczęłam od Emili, Emila uczy się grać. Jestem skłonna przyznać, że, przynajmniej na początku, uczyła się dużo pilniej ode mnie. Można by pomyśleć, że na ukulele jest łatwiej grać. Mniej strun, i w ogóle, no nie? No nie. Nie do końca. Jak jest mniej strun, to jest sporo więcej akordów, w których wszystkie palce biorą udział w konkursie.

A tak poza konkursem, prawie skończyłam tę trylogię o błyskotkach, które opanowują ludzkość. 😉 Jak to jeden pierścień może namieszać… Ale z panem Tolkienem jesteśmy już w lepszych relacjach, niż kiedyś. Żałuję tylko, że nie zapisywałam wszystkich komentarzy, jakie wygłaszałam pod adresem niektórych postaci i ich decyzji, określmy to łagodnie, nieco bezsensownych.

A propos bezsensu, ostatnio wypełniałam ankietę na temat wirusa. Wiecie, takie pytania, gdzie spędzałeś ostatnią noc i czy z kimś, kto z tobą mieszka na stałę… się widziałeś, czy nie. Pytali o jakieś objawy, ile się utrzymują te objawy… I tu uwaga, jak wpiszecie: około trzech dni, to nie można tak. Wtedy wam pokaże: podaj właściwą liczbę. OK, czyli to znaczy, że trzeba wpisać po prostu 3, wpisałam. Na końcu tej ankiety było trochę pytań organizacyjnych o odpowiadającego, ile lat, i takie tam. W latach niespodzianka, nie było właściwej liczby, tylko przedziały od tylu do tylu. Zaznaczyłam. Wykształcenie. Kurcze, jakie ja mam wykształcenie? No ukończone to średnie, wpisałam średnie. Podaj właściwą liczbę! Ty, ale czego? Lat? Punktów? Ktoś mi to wyjaśni? Bo może ja nie znam jakiegoś kodu, czy co… Zerówka, podstawówka / gimnazjum, mój matfiz ukochany… Wyszło mi dziesięć. :d
Ostatnio moja siostra przeczytała gdzieś zdanie: jest między wami chemia. Zastanowiła się i powiedziała: Ja nie wiem, czy to jest chemia, to bardziej fizyka kwantowa. Nie mogę się z nią nie zgodzić.
Czekajcie, fizyka, instrumenty strunowe, w sensie, że teoria strun… "young Sheldon"! Emila wymyśliła, że będzie oglądać ze mną "młodego Sheldona", bo to jest 12 plus, a ostatnio miała urodziny i już może. Tego życzenia się nie spodziewałam, no ale OK, można i w ten sposób.

Życzenia… życzenia… Już wam życzyć?
Na stronie Janiny Daily ostatnio pojawiło się przypomnienie o akcji #NigdyNieWiesz. Podoba mi się ta akcja i przed świętami jest idealna. Mówi o tym, że nigdy nie wiesz, co komu w duszy gra i co kogo boli. O tym, że jakieśnieprzemyślane słowa i komentarze do czyjegoś życia mogą być dużo bardziej bolesne, niż nam się wydaje. A że przy świątecznych stołach lubią czasami padać dyskretne i uprzejme pytania: a schudnąć nie powinnaś? A żony to ty nie szukasz? A dzieci to kiedy? Ja w twoim wieku, to już u siebie mieszkałem. Albo odwrotnie, tu byś mógł mieszkać, a się do innych pchasz!
Wpis zachęcał do tego, żeby może zamiast oceniać i komentować, tak po prostu spytać, co u kogoś słychać. Dowiedzieć się, jak on czuje i jak ma w życiu. A może i… to taka ekstremalna forma, że nie musi koniecznie podejmować takich samych decyzji i wyborów, jak my, żebyśmy go dalej lubili. Ja się z tą akcją generalnie zgadzam, dlatego o niej tu wspominam, ale że lubię wynajdywać drugie strony medalu, to dorzucę coś od siebie.
Wesołych świąt dla tych, którym te pytania są zadawane, którzy słyszą te komentarze. Trzymajcie się i nie dajcie, to WY wiecie, jak naprawdę jest. Ale ja chcę życzyć wszystkiego dobrego również innej grupie. Tej, która się naprawdę stara. Naprawdę dobrze życzy, ma dobre intencje i chce się uśmiechać. Po prostu. A w zamian za to dostaje tylko podejrzliwość, cynizm, ewentualnie po prostu ciszę. Traficie kiedyś na takich ludzi, którzy wasze starania docenią. Przynajmniej taką miejmy nadzieję.
W ostatnim miesiącu kilka razy zdarzyło mi się nagle zorientować, że mam dobry nastrój albo cośmi się udało dzięki ludziom, o których nawet bym nie pomyślała. Nie dostrzegałam ich. Potrafiłam narzekać na to, co robią / czego nie. A potem się okazywało, że ci, którym ufamy czasami nie wiedzą, że świat sięwali, a ci, o których nie pamiętamy, sprawiają, że chce się cokolwiek robić. Pomyślcie w te święta o tych, dzięki którym się uśmiechacie. I pożyczcie im. 😉
Radujcie się! A jak aktualnie nie umiecie, to przynajmniej spróbujcie się na chwilę uśmiechnąć, bo to na chwilę pomaga. Dobrych świąt, niech Stwórca błogosławi.

A podpisuję się ja – Majka.

PS: Pytanie z mojegofacebooka, jakie supermoce mająwasi przyjaciele? O co możecie ich prosić. Ja ostatnio moją przyjaciółkępo masażu poprosiłam o, niespodzianka, masaż. Uprzejmie spytała, czy mam jakieś plany na następny dzień. Następnego dnia wiedziałam już, dlaczego zapytała, ale pomogło. :d Dziękuję bardzo.
A, i od razu donoszę, Zuziu, pamiętam o twojej supermocy ekozakupów i wspominam tu o niej nie tylko w ramach podziękowania za spacer, ale i po to, aby ten wpis był dla ciebie interesujący. ;p

A wy, jakie macie moce sprawcze?

PS2 A, i smacznego!

Kategorie
co u mnie

Obraz studia, internet i tunel do niewiadomo gdzie. A mogło być nic.

Jak byłam mała, miałam bajki o kreciku na płycie. Nie do oglądania, tylko taką czytaną, opartą na tej kreskówce. Pamiętam z niej takie zdanie, że krecik kopał dłuuuugi tunel, który prowadził z jego pokoiku do niewiadomo gdzie.

Jakieś 15 lat później, idąc wązkim, odśnieżonym pasem ziemi niczyjej po środku chodnika przypomniała mi się właśnie ta płyta. Właśnie byłam krecikiem, który szedł swoim tunelem. Od przystanku autobusowego, do niewiadomo gdzie. Znaczy owszem, próbowałam dotrzeć do szkoły, ale gdzie się ten tunel kończy, Bóg raczy wiedzieć! Z drugiej strony miało to swoje plusy. Zwykle pokonując tę trasę niepotrzebnie zbaczam, teraz nie było jak się pomylić. Podróże do Krakowa w ogóle dostarczają wrażeń, jak widzę. Tym razem autobus nie gadał. Słusznie z resztą, bo było sporo poniżej zera, a na mrozie się nie gada, bo się człowiek przeziębi. Daje to sposobność do integracji z innymi pasażerami, oczywiście przy zachowaniu dystansu. Coś się ostatnio te autobusy uparły na dystans, słyszę ten komunikat z 15 razy na trasę. Ale integracja spoko, ostatnio w pociągu zdarzyło mi się w ramach pytania o stację pogadać po angielsku, a mój tata już dwa razy, na naszym, żyrardowskim dworcu, miał okazję wytłumaczyć komuś coś po rosyjsku, którego to języka uczył się x lat temu i nawet nie wiedział, że pamięta.
W szkole pojawił się nowy wynalazek. W studiu mamy tablicę multimedialną. Wiecie, taki wielki dotykowy ekran, na którym można rysować.
– Werka, wiesz, mamy tablicę multimedialną! –
– O, i co, widzicie na niej co? – Zainteresowała się uprzejmie Weronika. No tak, gdybym ja miała coś widzieć na tej tablicy, obawiam się, że poszło by na to zdecydowanie więcej pieniędzy.
– Proszę pana, a my też będziemy rysować? –
– Ale gdzie?! Nic mi tu nie ruszaj, to jest mój obraz! – A nie no, pewnie, najmocniej przepraszam, przecież to dzieło jest cenniejsze od ekranu, na którym powstaje! Uznaliśmy, że nagramy utwór i zrobimy animowany teledysk. I to jest realizatorski rocznik w czasie wytężonej pracy. To sobie wyobraźcie, w jakim stanie umysłu my jesteśmy popołudniu!

Cięcie. Kolejna scena, to pokój 306. Herbata, kanapeczki, Tolkien. No idealnie wręcz. Ten ostatni szemrze coś o tym, że: hobbitowi zdawało się, że pieśń przenosi go w przestrzenie, których nie znał, które wydają mu się niezwykłe i piękne…
– To przez te grzyby! – Komentarz Sylwii przywrócił nas do rzeczywistości całkiem skutecznie. Jak się człowiek uprze, że chce się przyczepić do jakiejś nieścisłości albo dwuznaczności, to znajdzie tego aż za dużo. Pomijając już nasz ulubiony wykrzyknik podczas lektury, brzmiący zwykle: nie no, błagam cię, tylko NIE śpiewaj!
A propos śpiewania, prawie musiałam śpiewać przy nagraniach, a śpiewałam piosenkę z płyty, o której jeszcze tu nie pisałam, co jest zaniedbaniem ogromnym.

Piątego lutego, doskonały dzień, zaiste, wyszła płyta zespołu, co się nazywa Kwiat Jabłoni. Przyznaję, wcześniej nie zwracałam na nich uwagi. Wiedziałam, że istnieją. Słyszałam jedną, czy dwie piosenki, nie przeszkadzały mi. I tyle. Zauważyłam, że to już kolejny raz, kiedy najpierw ktoś mi tylko nie przeszkadza, a potem bez tej muzyki żyć nie mogę. Bo, przechodząc do albumu pt. "mogło być nic", ogłaszam wyraźnie i publicznie, że odkąd go znalazłam, album ten stał się dla mnie najpiękniejszym zjawiskiem na kuli ziemskiej. Te piosenki są o mnie, dla mnie, ewentualnie ode mnie. Tam się wszystko zgadza, naprawdę. Rzadko jest tak, żeby się nie chciało w piosenkach nic zmienić, ja nie chcę. Ja generalnie ostatnio rzadko bywam zachwycona. Czymkolwiek, w tym muzyką. Wtedy byłam. Usłyszałam to w niedzielę, czyli to musiało być dwa dni po premierze. Płyta zaczyna się od piosenki, w której jest nawiązanie do muminków, więc rozumiesz sam, drogi czytelniku… Co więcej, oprawa muzyczna i śpiewający to duet, jakimś dalekim skojarzeniem, przypomniał mi bajkę muzyczną, której kiedyś słuchałam. Czasami jest tak, że jeśli coś nam przypomina dzieciństwo, jest w jakiśniezrozumiały sposób uspokajające, takie… jak w domu. No więc początek tej płyty taki właśnie był. Zaczęłam słuchać z uwagą. Druga piosenka z kolei miała element zaskoczenia, które też w muzyce lubię. Pomysł na tekst zrobił wrażenie, muzyka to ilustrowała… Jakby to można ująć po angielsku, pozostawili mnie bez słów. A potem była reszta płyty. I pozostawię to czytelnikom do przesłuchania, ja chyba nie dam rady tego zrecenzować. To trzeba zobaczyć, tego nie można opowiedzieć.

Wracając do wpisu, dobrze, że jest coś takiego, czym się mogę tak cieszyć, niezależnie od tego, który raz tego słucham. Bo szczerze mówiąc… ta zima chyba mi nie sprzyja. W sumie aż jestem ciekawa, czy widać to po wpisach, bo często naprawdę nie wiem, jak opowiadać. O tym, że ciężko się zebrać do czegokolwiek, że człowiek się orientuje, że nie robi nawet tego, co lubi, że często nie wiadomo, co myśleć i czy w ogóle należy…

Ale! Dziś jest nieźle, więc nienależy się skupiać na tym, jak jest w pozostałe dni. Chciałabym zrobić jeden utwór i trzymajcie kciuki, żebym go serio zrobiła, bo to konkurs jest. Chciałabym też nauczyć się akustyki, a deadline tego jest najpierw, także za to trzymajcie kciuki nawet bardziej. 😉 Więc ja, przy tej pilnej nauce…
O, a widzieliście coś takiego?

Normalnie chór robi efekty dźwiękowe. Sam. W sensie sam chór, bez pomocy. 🙂
Już pomijam tę grupę wokalną, co zrobiła zaśpiewała dźwięki z Iphonea… Widzicie, jak ja się pilnie uczę?
A tak poważniej, to polecam kanał Mic The Snare. Gość robi bardzo dobre muzyczne podsumowania roku, recenzje, przygląda się rozwojowi artystów. Podsumowania mu fajnie wychodzą, jak ktoś chce sobie obejrzeć niezły film o tym, co się stało z muzyką popularną przez ostatnie 10 lat, to polecam serdecznie.

A widzieliście Davea z Ameryki? Żeby nie było, że tylko o muzyce, to też o angielskim powiem, gość fajnie opowiada o różnicach między Polską a USA. Nieźle się pośmiałam.
Ja w ogóle chyba wrzucę kiedyś osobny wpis o moich ulubionych youtuberach. Jak przestanę wam opowiadać o youtuberach, to znaczy, że zdalne się skończyło, albo, że zrobiłam coś ze swoim życiem. Nie wiem, założyłam zespół, czy coś…

Propos pracy zespołowej… znów mi wychodzi przechodzenie z tematu na temat, zauważyliście? No więc, jak już przy zespołach jesteśmy, mam swój nowy hit pandemii.

Ja zazwyczaj doceniam to, co się pokazuje u Andrusa na kanale, ale to wyjątkowo mi przypadło do gustu. Jeśli ktoś np. ma coś do głosu pana Artura, to i tak zapraszam, tym razem wykonanie wokalne przejęła Monika Bożym.
Z tematu na temat, z tematu na temat… O, wykonanie! Wiecie, że jak John Williams ogląda film, to podobno pisze te muzykę nutami? Jak można umieć coś takiego, że czytasz, albo w tym przypadku piszesz, nuty i słyszysz tę całą orkiestrę w głowie? Ja tego nie pojmuję. Nasze studyjne konwersacje o muzyce filmowej są cudowne. Nie zacytuję ich w całości, ale właśnie takich ciekawostek się, między innymi, dowiadujemy.
O, przy okazji, widział ktoś już te nowe słuchawki od applea? Bo tak się wybieram, wybieram i wybrać nie mogę, żeby przetestować.

Dobra, stop temu, ten wpis się robi coraz bardziej bez sensu, należy kończyć!
Pytanie mam tylko takie na koniec, do wszystkich, którzy tworzą na komputerze. I to niezależnie, co tworzą, muzykę, słowo pisane czy eseje na studia. Ludzie, jak wiadomo, dzielą się na tych, co robią backupy i na tych, co będą je robić. Jak robicie kopie zapasowe? W sensie, kiedy robicie i gdzie je trzymacie? Od razu wrzucacie te rzeczy do jakiegoś folderu, co się synchronizuje z chmurą? I płacicie za nią? Czy może macie konkretny czas pracy i potem skrupulatnie kopiujecie gdzieś ińdziej, coby nie zginęło. Na zewnętrzne dyski albo takie różne inne? A może należycie do tej drugiej grupy… W każdym razie muszę sobie zrobić tutaj gruntowne porządki, dlatego pytam.

Pozdrawiam i życzę zdrowia!
ja – Majka

PS I siły. I porządku.

Kategorie
co u mnie

Jeden dla czytelników, by komentarze zgromadzić… I reszta stycznia.

Witajcie!

Zbierałam się z tym wpisem dosyć długo, bo przez dosyć długi czas miałam wrażenie, że nic wam fajnego nie jestem w stanie powiedzieć. Tak na marginesie, ciekawostka dla przyszłych blogerów, vlogerów, ogólnie opisujących co u nich. Ja zwykle piszę w takich trochę lepszych okresach życia, właśnie po to, żeby coś zabawniej ująć, może z dystansem, coś… No ale mówią mi czasami, że (delikatniej) przecież mogę pisać w każde dni, niechże ja się nie tłumaczę z mojego nastroju! Mówią też (to mocniej), że jak piszę tylko o tych ciekawszych / milszych rzeczach, to nie pokazuję pełnego obrazu życia, przekłamuję rzeczywistość i w ogóle ściema. Z kolei znam dość dobrze kogoś, kto jak na blogu wyjedzie sobie z poważnym tematem, że coś źle, że generalnie, to trochę słabo, że coś tam, to komentarze twierdzą, że sam pesymizm, że może wypadałoby się ogarnąć, z kimś porozmawiać i dać sobie pomóc, bo wszyscy sobie jakośradzą, a tu taki marazm! To kochani, co wolicie? Jak nam się podoba, czy niepodoba? 😉
To oczywiście taki pół żart, bo każdy sobie pisze inaczej, pokazuję tylko, jak to się można nieźle pogubić w wyborze treści. Przy okazji, uwielbiam wasze komentarze! WASZE! Nie spamerskich botów… 🙁 Wracamy do wpisu.

Wstawiłam tu ostatnio podsumowanie roku, marzenia spełniamy, kończymy rok ryzyka 2020, a co dalej? Po świętach były ferie… wiecie, tak na wypadek, gdyby ktoś chciał odpocząć od lekcji, w domu posiedzieć… Po feriach zaczęliśmy od zdalnego, ale w drugim tygodniu dostaliśmy prezent. Stacjonarne praktyczne. Jezu, żyłam tą informacją przez parę dni, przecież to jest WYJAZD! Wyjście z domu! Zmiana otoczenia! Dzieje się coś!
Pojechałam we wtorek i przez większość drogi szczęście mi sprzyjało. Miałam bezpośredni pociąg, całkiem wygodny, choć głośny, potem szybko znalazłam autobus… Jaki świetny autobus! Wyraźnie gada, na zewnątrz też, no idealnie! Nie pada… żyć nie umierać! Jak wysiadłam z autobusu, czekała mnie trasa z przystanku do szkoły. Ja nie wiem, co w tej drodze jest, ale jak jąwidzę, opuszcza mnie szczęście, zdrowie i siły życiowe. Niby prosta, wszystko wiem, ale jest tyle jakichś bram, słupków, wejść, rowerów… Droga typu gra video: omijamy przeszkody, przeskakujemy przepaście… nawet prezenty można załapać, bo Żabka po drodze. Podczas tej naszej trasy sporo osób woła: uwaga! Problem, że nie mówią na co, człowiek nie wie, czy ma się natychmiast zatrzymać, bo przed nim jest otwarta studzienka, czy może przyśpieszyć, bo zaraz go przejedzie hulajnoga, czy coś tam.
– Zejdź bardziej na prawą stronę! – Zawołała do mnie jakaś pani. W tym momencie smutny głos, przypominający nieco ojca chrzestnego, odezwał się w mojej głowie. A ty tam byłaś? Na tej prawej stronie? Widziałaś? Wiesz, co tam jest? Tak serio, to właśnie tam jest najwięcej wejść, bramek i wjazdów i o ile staram się tej prawej przepisowo trzymać, o tyle czasami tam jest to trudne, bo bym trzysta razy weszła trochę nie tam, gdzie zmierzam. Myli drogę ten Kraków… propos Kraków, właśnie wszyscy z Krakowa pochodzący pytają mnie po drugiej stronie ekranu: a dlaczego ty, dziecko drogie, nie szłaś górą? Odpowiadam, nie pamiętam, ale jakiś powód tego był. Albo tam coś stało, albo po prostu wiało okropnie.
Po pokonaniu wszelkich przeszkód dotarłam do szkoły. Tak na marginesie, od razu wyjaśnię, ja o tym tak szczegółowo opowiadam, bo szczerze mówiąc, to było jedno z ciekawszych wydarzeń stycznia. ;p Wtorek miałbyć wolny, ale okazało się dośćniespodziewanie, że mogę miećfortepian. Jak ja tęsknię za fortepianem! JA! Za FORTEPIANEM! To co zdalne robi z ludźmi? Na bębnach też mogłam poćwiczyć i okazało się, że pamiętam utwór na marimbę. Jestem zdumiona. Podczas równie szybko ogarniętej lekcji perkusji mój nauczyciel też był.
Następnego dnia rozpoczęły się zajęcia praktyczne. Jak to zwykle bywa na zajęciach praktycznych, dowiedzieliśmy się kim jesteśmy, dokąd zmierzamy i do czego się nadajemy, a także sporo o miksie. Jak to można różnie określić. Słucham czegoś ja i nauczyciel, oboje na słuchawkach swoich, więc komentarze idą niezależnie.
Ja: Jezu, jak to się drze!
Pan: Uuu, jak to teraz surowo brzmi!
Propos zadań z miksu, w czwartek mieliśmy zadanie na czas. To taki interesujący typ zadań, w którym mamy tylko określony czas na każdą czynność w sesji. Musimy to robić częściej! Przecie to jest lepsze od kawy! Ja chcę taką grę komputerową!

Żeby sobie ludzie nie myśleli, że ja się tylko muzyką zajmuję, choćw sumie ja też tak myślę, to powiem, co mi jeszcze za szaleństwo ostatnio do głowy przyszło. Bo mam takie jedno. Mianowicie… Zaczęłam! Wreszcie! Zebrałam się i… czytam. TOLKIENA. I NIE "Hobbita", tylko tę inną serię, no wiecie, coś o rządzeniu, ciemności i biżuterii. Audiobooka słuchałam w większości z Sylwią i to bardzo dobrze, bo z naszych komentarzy można dopisać dodatkową część.
Myśl pierwsza. Hobbici są tacy grubi, bo ciągle jedzą, a elfy są takie chude, bo ciągle śpiewają i nie mają czasu jeść.
– O, patrz patrz, zaraz będą śpiewać… – Mruknęła w pewnym momencie Sylwia. Trzy sekundy później: usiadł i zaintonował…
– No żesz… – Zaczęła Sylwia i wypowiedziała kilka słów nie do druku. No ale serio: idą, przystanek na jedzenie, idą, jedzą, śpiewają, idą, śpiewają idąc, jedzą, idą spać… Najczęściej śpiewają o tym, czego im brakuje, czyli idąc śpiewają o jedzeniu i spaniu, a wieczorami o dalszej drodze. I ja nagle słyszę, że niczym wicher w trawach weszli w noc… CO k***… W pewnym momencie usłyszałam jakiś opis, chyba właśnie jakichś roślin.
– Zaraz, co? Czekaj czekaj, zamyśliłam się, o co chodzi? – Sylwia westchnęła.
– Na polanę weszli. – Aha, OK, słuchamy dalej. Konstelacje, o imionach takich i takich… Co?
– GWIAZDY świecą. – Przetłumaczyła usłużnie Sylwia. Doprawdy nieocenioną jest ona towarzyszką podróży. Po Tolkienie muszę poprawiać jakąś literaturą faktu, coby jeszcze umieć po polsku i takie tam. Ale dobra, klasyk to klasyk, lektury czytałam, to i klasykę fantastyki trzeba, SORRY.
Fanów Tolkiena z całego serca przepraszam, bo na tym blogu mogą się co jakiś czas pojawiać tego typu komentarze dotyczące trylogii i ja na to NIC nie poradzę, inaczej nie zrozumiem, co czytam! Bo tak poza tym, to pewnie, że arcydzieło, że piękne, że poezja… Ja doceniam. Tylko, że ja doceniam w ciszy, a analizuję na głos. Ale serio, pieśni ładne. Przyznaję, że dużo chętniej bym je przeczytała, gdyby były zebrane na końcu, zamiast przerywać tekst co 3 akapity, ale… Jedyne, co mnie naprawdę irytuje, to to jego zamiłowanie do wyliczania. Ciągle kurde listy obecności. Przyjęcie urodzinowe, byli tam… I Jeeeeedzie te wszystkie nazwiska. I jeszcze raz, dwa zdania później, i jeszcze raz… Oni coś wtedy mieli do tego wyliczania, no nie?
W każdym razie idealne zajęcie na internatowe wieczory, naprawdę. W ogóle na wieczory. Co nie? Herbatka, nastrój i jeden, by wszystkimi rządzić…

Co jeszcze działo się w styczniu? Ja od razu mówię, w większości, to siedzę w domu na zdalnym, wkurzam się na to i mam nastrój pod tytułem: po co coś planować, jak i tak się wywali? Teraz np. mieliśmy trochę zaplanowane na następne stacjonarne praktyczne, a się okazało, że znowu zdalnie. Już nie wspominając o paru innych, nie związanych z zajęciami, sprawach, których byłam raczej pewna, a potem się okazało, jaki głęboki to miało sens. Przy okazji pytanko na marginesie do was, drodzy czytelnicy, czego jesteście ostatnio pewni? Ale tak serio, na pewno, kogoś lub czegoś, na sto procent. Możecie ręczyć. Nie obawiacie się o to. Takie tylko… pytanie z ciekawości.
Ale żeby nie było, że tylko siedzimy w domu i się użalamy nad sobą, to parę wyjazdów w styczniu miałam. Byłam u przyjaciół z podstawówki, różnych. Raz na jeden dzień, raz na parę dni… Klaudii dziękuję za to, że wytrzymała wysłuchiwanie mnie przez cały dzień, a także, że sformułowała ze mną ostateczne prawo zamawiania jedzenia.
– Klaudi, jest taki pomysł, że ja wezmę sobie coś, a ty sobie weźmiesz coś! –
– Taaaak? Co ty nie powiesz, nie wpadłabym na to! –
Tak, to byłten stan umysłu, a chodziło po prostu o to, żebyśmy wzięły coś innego, to się dwoma podzielimy. Zuzia przyjęła mnie w swym domu na dwa dni, nadrobiłyśmy z pół roku opowieści, poznałam jej szczeniaczka, pooglądałyśmy i posłuchałyśmy wszystkiego, było fajnie. Zuzia Human i Kamil pilnują, abym nie zapomniała, jak to jest chodzić po mieście, ona tu, a on w Warszawie. A w ostatnią sobotę odwiedziłam nawet Laski, a że spędziłam tam swego czasu 10 lat życia, to mam co wspominać i z kim. 🙂

Podsumowując, różowo nie jest, ale też nie ma co narzekać, że w ogóle nie ma co robić. Wynalazłam sobie nowy konkurs muzyczny i może coś skleję, a poza tym wypadałoby się jednak uczyć teorii, więc chyba kończę wpis. 😉 Na pytanie: co u ciebie, odpowiadam więc: idzie się przyzwyczaić.

Pozdrawiam ja – Majka

PS Dziura czasoprzestrzenna w pokoju 306 istnieje nadal, choć teraz udało mi się zgubić znacznie mniej rzeczy.

Kategorie
co u mnie

Czas świąt! Spokojnie, last Christmas nie będzie.

Hej hej! Witajcie w to przedświąteczne przedpołudnie! Albo popołudnie. Albo wieczór. Nieważne kiedy, ważne, by ktoś czytał. Już trochę minęło od czasu ostatniego wpisu, uznałam więc, że hejterzy za mną tęsknią, a i może kilku czytelników się znajdzie. Słuchajcie, nawet hejterzy muszą mieć prezent na święta! Życzenia zaraz, najpierw grudzień.

Grudnia, szczerze mówiąc, w ogóle nie mogłam sobie wyobrazić. Kiedy w listopadzie dowiedziałam się, że do stycznia w ogóle nie pojadę do szkoły i znów się będziemy gapić w ekran, nie miałam nic przeciwko przestawieniu świąt na wcześniejszy termin. Serio, nie rozumiałam, po co mi nadchodzący miesiąc, mogłam zapaść w sen zimowy. Gdyby ogłoszono, że majowie pod koniec miesiąca przewidują koniec świata, zmartwiłoby mnie to prawdopodobnie nieco mniej. Koniec świata to ruchome święto, a nauczanie zdalne, to problem aktualny. Straciłam wtedy serce do świata. W radiu i telewizji jakieś przerażające informacje, internet grzmi teoriami spiskowymi, a ja siedzę i oglądam youtube.
– Słucham Harrego Stylesa i uczę się o płazińcach. – Oznajmiła pewnego dnia moja siostra, będąca teraz w szóstej klasie. I proszę, jak można jednym zdaniem podsumować egzystencję szóstoklasisty.
Jak już tu pisałam, ja, podczas tych cudownych tygodni, krążyłam sobie pomiędzy nastrojem całkiem niezłym, a poczuciem totalnego bezsensu. Nad sensem nie będę się rozwodzić, bo uważam, że rozwodzenie się nad sensem nie ma go zbyt wiele. W każdym razie i ja, i moja siostra, cieszymy się, że semestr już się skończył. Zaraz koniec grudnia, styczeń, a styczeń to zawsze bliżej do… czegoś… Bo i tak nie wiadomo, czy wracamy, czy nie…
Ale nie martwmy się tym teraz, są święta! jejjjjj! No chyba, że ktoś utknął w domu na kwarantannie, Janina Daily na przykład. To współczuję i wysyłam dobrą energię, wiem, że to trudne.

A propos trudne, macie jakieś postanowienia noworoczne? Ja chyba narazie nie mam, bo realistkąjestem i oszukiwać sięnie lubię, mam natomiast motyw przewodni tych świąt. Będzie to dla mnie czas. Czas jako taki.
Przez ostatnie dni miałam niewiele czasu na cokolwiek. Jak wiadomo, jak się nie ma na nic czasu, to się nic nie robi. Na zasadzie: nie zasnąłem, więc się nie obudziłem. Zauważyłam, że istnieje pewna granica ilości rzeczy do zrobienia na raz, po której przekroczeniu mój umysł uznaje, że jeśli i tak się nie wyrobię, to po co robić? Od razu mówię, to NIE jest dobra praktyka, dzieci, NIE polecam! Pracowici czytelnicy prawdopodobnie w tej sekundzie porzucają mojego bloga, uznając, że nie ma dla mnie nadziei i ratunku, że ja nigdy nie spoważnieję. Do tych, co zostali, ogłaszam, że ja te zadane prace jednak w jakimś tam stopniu zrobiłam.
Lekarstwem na wolno płynący czas… Widzicie, znowu ten czas! No więc lekarstwem na wolno płynący czas jest dla mnie deadline. Wiadomo, że jeśli mam dość trudne zadanie na jakiś konkretny termin, to czas za… za szybko płynie. Wyprzedzając pomysłem informację o zdalnym podjęłam się w listopadzie takiego muzycznego czegoś, na co na początku w ogóle nie miałam pomysłu, a co ma być zrobione do końca grudnia. Parę dni później doceniłam postanowienie, podejrzewając, że w obliczu deadlinu grudzień skurczy się złośliwie do jakichś pięciu dni. Tak dobrze nie było, ale trochę pomogło.
Cóż tu jeszcze można o czasie…? Chyba jeszcze jeden wniosek miałam ostatnio. Uznałam, że czasami nie warto mnóstwa godzin poświęcać na rozważania: czy, kiedy, z kim, jak długo i po co rozmawiać, bo w końcu nam czasu na tę rozmowę zabraknie. To samo z innymi zadaniami, chociażby tą pracą twórczą. Jak się cały dzień będziemy zastanawiać nad tym, czy napisać, czy zagrać, czy potrafimy, jakiego programu użyć, a czy wszystkie zasady znamy, a czy mamy w głowie cały, dopracowany pomysł… to nas na tych rozmyślaniach zastanie północ. Ja nie mówię, że nie rozumiem perfekcjonizmu. Ja każdą rzecz zwykle rozkminiam 300 razy bardziej, niż trzeba i zbyt długo nad wszystkim myślę. Z tym, że zauważyłam, że jak tak myślę, zastanawiam się, rozkminiam 2 tygodnie, to potem bardzo łatwo mi zgubić pierwszy pomysł, jaki miałam. Zanim zagram, odzwyczaję się od gry, zanim napiszę, zapomnę tego, co wymyśliłam. Zanim porozmawiam, zapomnę, dlaczego chciałam rozmawiać.
I to jest taka trochę rada, a trochę życzenia na święta. Życzę wam pierwszego kroku. Bo czasem to rozpoczęcie czegoś może być najtrudniejsząrzeczą do zrobienia. Zróbmy COŚ. Uśmiechnijmy się, nie wiedząc, czy warto. Porozmawiajmy, nie zastanawiając się uprzednio nad każdym możliwym do poruszenia tematem. Bądźmy dla siebie milsi, nie nakręcajmy się, spróbujmy sobie choć trochę zaufać i nie rozpamiętujmy wszystkich niepowodzeń minionego roku. Tak przy okazji, lepszego roku wam życzę. Trzeba przyznać, że 2020 bije rekordy w nieodpowiednią stronę. Trudno, żeby było dużo gorzej, ale życzę wam, żeby było nie tylko lepiej, ale i tak, jak chcecie. 🙂
Wesołych świąt! 🙂
Życzę ja – Majka

PS Jak myślicie, pisać podsumowanie roku? :p