Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

Trwa 10 dni, a 20 się to odsypia. Czyli nieoczywista reklama ICC

Witajcie.

ZOstały mi dwa tygodnie wakacji, a nie całe te wakacje są jeszcze opisane. Już nawet nie mówię o festiwalu, o którym myślałam, że uda mi się napisać szerzej, ale chociażby ICC. Nadrobię to więc, bo w sumie nie jest to trudny wpis.
Dla tych, co nie wiedzą. International Camp on Communication and Computers, w skrócie ICC, to jest międzynarodowy wyjazd dla osób niewidomych. Odbywają się tam różne warsztaty, czas wolny też raczej zorganizowany, a poza tym okazja do integracji z innymi państwami, poćwiczenia angielskiego itd. To taki skrócony opis. A teraz przejdę do opisu od mojej strony.

Niewiele widział ten, kto nie był na ICC. Ten, co był, prawdopodobnie widział jeszcze mniej, inaczej by nie pojechał na obóz, co nie? :p Dobra, powaga. Wyobraźcie sobie, że jesteście ciekawi świata, chcecie się nauczyć czegośnowego na warsztatach, chcecie się zintegrować i pogadać z wieloma osobami… OK, macie to, w takim razie wyruszamy.
Tu od razu trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, nie jest kolorowo. Nie jest tak, że od pierwszego dnia doskonale wiecie, co macie gdzie robić, dowiadujecie się mnóstwa odkrywczych rzeczy, a wszyscy chcą z wami rozmawiać, bo przecież jesteście z Polski. Ani pierwszego, ani drugiego… w ogóle przez pierwsze dni wcale nie musi tak być. Ile się nauczycie zależy bardzo od tego, na jakie warsztaty będziecie chcieli iść, na jakie się dostaniecie i, oczywiście, kto będzie je prowadził. Nie zrozumcie mnie źle, tam ludzie, którzy prowadzą warsztaty na prawdę mają bardzo dobre chęci, organizatorzy wydarzenia zrobili coś niesamowicie fajnego dla całej społeczności niewidomych. Nie chciałabym tylko podtrzymywać legendy, że jadąc na ICC niewidomy musi być super ogarniętym super bohaterem, znającym angielski bardzo dobrze i wiedzącym wszystko o komputerach. Przeciwnie, miałam wrażenie, że niektórzy jadą tam właśnie po to, żeby się tego choć trochę nauczyć. I tak, mam na myśli również sam język. A jeśli chcecie integracji, bardzo proszę, szukajcie, a na pewno znajdziecie. ZNajdziecie inteligentnych i chętnych do rozmowy ludzi, którzy będą w stanie nie tylko się skomunikować, ale też powiedzieć wiele ciekawych rzeczy. Nie wyobrażajcie sobie tylko, że są to dokładnie wszyscy obozowicze, bo, jak to zwykle w społecznościach bywa, nie są. Żeby być kompletnie szczerą, muszę powiedzieć, że trochę zajęło mi przyzwyczajenie się do rytmu dnia, jeszcze dłużej natomiast odnalezienie towarzystwa i formy spędzania typowo wolnego czasu, która mi odpowiadała. W ostatecznym rozrachunku jednak nastał ten moment, kiedy, siedząc na ławce przed hostelem, o jakiejś pierwszej w nocy, rozmawiając o językach słowiańskich i śpiewając polskie piosenki, poczułam, że tak, ja chcę tu wrócić. Bo odnalazłam legendarną atmosferę ICc, choć nastąpiło to trochę później, niż myślałam.

Zanim rozpocznę moją opowieść o ICC, od razu wyjaśnię, żeby nie było niedomówień. Nikt nikogo do niczego nie zmusza. Drodzy ewentualni uczestnicy, jak jesteście zmęczeni, bardzo proszę, można iść spać! Jeśli macie jakieś pytanie podczas warsztatów lub organizowanego czasu wolnego, jak najbardziej możecie je zadać. Drodzy, już niedługo przerażeni, rodzice potencjalnych uczestników, to samo! Nikt nie zrobi tu nam żadnej krzywdy, do niczego nie zmusi, jesteśmy pod dobrą opieką! Nikt się nie zgubił, nikt nie błąkał się po nocy po Zadarze. Przynajmniej poza terenem należącym do campusu. 😉

Łatwiej mi będzie opowiadać wam o ICC, kiedy zrozumiecie, jak wygląda dzień na tymże obozie. Wstaje się o godzinie… w sumie, to wstawajcie, jak chcecie, byle by o siódmej trzydzieści zebrać się przed pokojami. Rozumiecie. Siódma trzydzieści, cudowna godzina! Wszyscy przytomni! No i potem, grupa nasza, składająca się z sześciu całkowicie niewidomych idzie z dwoma przewodnikami, po trzy osoby na przewodnika, na śniadanie. Te podróże, to jest osobna legenda, bo właśnie tam formowały się nasze nierozerwalne więzi uczuć. Te wykrzykiwane komendy "uwagaaaa, stop!", te rozkminy na temat, czy te światła jużsą zielone, te brzydkie słowa, wymruczane przy trzydziestym krawężniku, te zdjęte sobie nawzajem klapki… ahhhhhhh… tooooooo byyyyyyłyyyyyyyyy pięęękne dniiiiiiiiiii…
Po 15 minutach byliśmy w restauracji, gdzie jedliśmy śniadanie. Śniadania… kolejna długa historia… ten wżątek w plastykowych kubeczkach, te reagowanie z 10 sekundowym opóźnieniem, to poszukiwanie serwetek przez 5 minut, żeby na końcu stwierdzić, że leżą tóż przed nami… po prostu pięęękne dniiiiiii…

O Godzinie dziewiątej wszyscy zbierali się w tzw. assembly hall. Oznacza to dosłownie to, co oznacza. :d Była to duża sala, w której wszyscy się zbierali i czekali na swoją kolejkę, ponieważ właśnie tam rozpoczynał się dzień, a wszyscy byli wywoływani na odpowiednie warsztaty. Warsztaty trwały od 9 do 12, a i to całkiem teoretycznie, ponieważ zebranie w "assembly" często się trochę przedłużało. Poza tym w środku tych trzech godzin mieliśmy 15 minut przerwy, żeby się czegoś napić lub zjeść ciastko. Tak samo wyglądał plan na popołudnie, warsztaty z przerwą od 14 do 17. Pomiędzy tymi blokami zajęć natomiast odbywał się lunch, który zaczynali wydawać o 12:30. Tutaj ciekawostka, na ICC je się dwa obiady. Wiem, jak to brzmi, ale dla nas właśnie tak to wyglądało. Nie bardzo rozumiem, czy to cały świat jest dziwny, czy obiad w południe jest naszym, polskim wynalazkiem. Kogo byśmy nie zapytali, jedzą obiad wieczorem. To, że największy posiłek je się wieczorem w UK, nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. We Włoszech to samo, byłam, widziałam. Ale… wszędzie ińdziej? Nie rozumiem. 😉 Na ICC natomiast mądrzy ludzie wymyślili, że dogodzić należy każdemu. Zorganizowano to w sposób osobliwy, mianowicie i na lunch, i na obiad koło 17:30, dostawaliśmy dania obiadowe. Kolejna scenka rodzajowa mogłaby przedstawiać naszego koordynatora – Tomka, który skrzętnie zapisywał, co kto chce na obiad. Dania wybieraliśmy z menu dostępnego na stronie. Spokojnie, prawie nigdy na obiad nie podano tego, co było zapisane w menu, także zapisywanie zamówień było, jak widać, tylko jeszcze jedną, cudowną wręcz, rozrywką dla uczestników. Po obiedzie, tym drugim, tym z nazwy, był czas wolny. Spokojnie! W tym czasie również nie brakowało nam zajęć! :p Od 19 do 21, też oczywiście czysto teoretyczne te ramki, były organizowane różne zajęcia. Jazda na tandemach lub na koniach, zwiedzanie miasta, jam session… takie to różne mieliśmy rzeczy do porabiania. A o dwudziestej pierwszej koniec dnia.

Haha, żartowałam! No cooooo wy? Serio myśleliście, że grzecznie szliśmy spać? Pamiętajcie, że dopiero po dwudziestej pierwszej był wreszcie czas na tę legendarną, cudowną, samodzielną i niczym nie zakłucaną, INTEGRACJĘ. Integracja rozpoczynała się w tzw. ICC caffee. Jest to wynalazek kilku ostatnich lat, przynajmniej tak słyszałam od znajomych, którzy wyjeżdżali wcześniej. Polegało to na tym, że na takim patio, które było nam udostępnione, stały sobie stoliki, było można kupić różne rzeczy do picia, czasem ktoś puścił muzykę, innym razem wynieśli cymbergaja… Ogólnie takie miejsce do spędzania czasu. Więc człowiek tam sobie schodził, coś się jadło, coś się piło, to na pewno, i gadało z różnymi ludźmi o różnych rzeczach. Mam jednak wrażenie, że taka prawdziwa, najprawdziwsza integracja, zaczynała się dopiero po jedenastej, kiedy to uprzejmie, acz stanowczo, pokazywano nam drogę wyjścia z patio, a cała impreza przenosiła się przed hostel. Tam były ławki, mnóstwo miejsca wszędzie… i tak na prawdę dopiero tam można było się porozchodzić i poszukać w tłumie. Kiedy byliśmy na patio, trochę trudno było znaleźć miejsce do siedzenia, a jak już się znalazło, raczej wypadało go pilnować. Zwykle też, kiedy schodziło się tam z grupką przyjaciół, już się z nią zostawało, bo krążenie między stolikami mogło być utrudnione, a odnalezienie się potem w tłumie, to już tym bardziej ciężka sprawa. Wiemy, próbowaliśmy, zwłaszcza, jak ktoś wybierał się w ciężką i wymagającą podróż do baru, aby kupić coś do picia. Kiedy natomiast wychodziliśmy przed hostel, tłumu nie było prawie nigdzie, jeśli był, zawsze się mógł nieco przesunąć, wpaść w sumie nie było na co, a i kolejek do baru zbrakło, bo baru też już nie było. Natomiast były ławki, na których zawsze można było przysiąść, niewielkie grupki, rozmawiające w różnych miejscach i przy różnych źródłach muzyki, jeśli ktoś chciał… I właśnie podczas jednej z takich integracji tak serio, na prawdę poczułam, że tak, jest tu fajnie, chcę tu wrócić.

Chciałabym teraz szepnąć wam kilka słów o warsztatach. Zawsze, jak ktoś mi opowiadał o ICC, mówił, że odbywają się tam różne warsztaty. I zawsze, ale to zawsze nurtowało mnie pytanie, jakie?! Jakie są różne warsztaty?! Na czym one polegają?! Konkretu, błagam, konkretu! Proszę więc, ja wam tu wrzucam listę warsztatów, na których zdarzyło mi się być wraz z informacją, czy warsztat był obowiązkowy, a także krutkim, subiektywnym opisem.

Networking, wszyscy to mieli, 6 godzin, po 3 każdego z dwóch dni. Tu należy pamiętać o tym, że networking używany jest nie tylko w znaczeniu surfowania po sieci, ale także jako nawiązywanie kontaktów, tworzenie swojej… po polsku to raczej siatka. Siatka szpiegowska, siatka kontaktów… Dyskusja raczej do przeprowadzenia również poza warsztatem, ale generalnie chodziło o to, jak ważna jest wymiana informacji między ludźmi i ich wzajemne oddziaływania na siebie. Np. ja mam jedną sieć, którą są moi przyjaciele. OK, to są moje bliskie osoby, one mi dają poczucie bezpieczeństwa itd. Ale to nie jest wymiana informacji. Mam jednak też ludzi z branży realizacji dźwięku, których ja pytam o radę. I nawet nie muszę ich znać osobiście, po prostu łączy nas to, na czym się znamy lub, jak to jest w moim przypadku, dopiero chcemy się znać. Na tym to polega. Że ja nie tylko mam znajomego, który coś umie. Ale mam też świadomość, że np. chcąc uzyskać wiedzę na temat programu logic, ja zadzwonię do znajomego, który ma znajomego, który coś wie. Wiem gdzie zadzwonić i kogo spytać, żeby coś uzyskać. Przy okazji podczas warsztatu można też nabrać kilku umiejętności przydatnych przy poszukiwaniu pracy, bo musieliśmy znaleźć coś takiego w sobie, co czyni nas ważnym elementem grupy. Co możemy dać innym z tego, co sami mamy lub wiemy. Sorki, to wyszedł długi opis. Obiecuję poprawę.

The easiest Choco Cheesecake – najprostrzy sernik czekoladowy. Przyznaję, że to było zdecydowanie bardziej choco niż cheese, to cake, a poza tym, rzeczywiście najprostrze. Takie mini zajęcia kulinarne. Pobrudzicie łapki, ale nie stanie się wam oprócz tego żadna krzywda. Dawidzie, spokojnie, nie ma żadnych talerzy do tłuczenia ani noży do… no wiesz, używania. :p

Advanced Document Creation – zaawansowane tworzenie dokumentów. Chyba obowiązkowe. Za radą naszego instruktora wykreślamy słowo "zaawansowane". Nie będę wam lać wody, to po prostu była nauka worda i jego nieco bardziej zaawansowanych funkcji. My akurat mieliśmy problemy techniczne, więc zrobiliśmy nieco mniej, niżtrzeba było, ale chodzi o takie rzeczy, jak wstawianie nagłówków, spisów treści, przypisów, obrazków w tekście, odnośników różnych, list, zmianę czcionek i tworzenie własnych stylów… takie rzeczy.

Selfdefense – samoobrona. Co tu tłumaczyć, dokładnie to, co w tytule. Podstawy samoobrony, bardzo początkujący byliśmy. 😉 ALe uczestnicy warsztatu wiedzą już, jak się oswobodzić, gdy jakiś złoczyńca będzie próbował ich zatrzymać w miejscu, zdecydowanie wbrew ich woli. Warsztat mi się podobał, o pewnych mechanizmach obronnych nie wiedziałam, a poza tym bardzo fajnie jest zaskoczyć obecnego wśród moich czytelników Papierka, wyrywając mu się nieco szybciej, niż by się spodziewał. :p Pozdro, Mati.

Mobile App Exchange – wymiana mobilnych aplikacji. To też nie do tłumaczenia i ten warsztat również mi się podobał. Mam z tego notatki, jak ktoś chce, będę się dzielić. Aplikacjie podzielone na kilka kategorii: do komunikacji, do nawigacji, do odczytywania tekstu, do wiadomości, specjalnie dla niewidomych… no różne. Podczas tego warsztatu dowiedziałam się o Seeing AI. To jest taki interesujący program, który odczytuje mi głosem krótkie teksty, jak je widzi, rozpoznaje kody kreskowe, kolory, czasem osoby, niektóre waluty, zaczyna rozpoznawać pismo ręczne, ale nie testowałam, mówi, co jest na zdjęciu, a także ma detektor światła. Detektor światła, to jest, proszę państwa, takie magiczne urządzenie, które natężenie światła sygnalizuje wysokością dźwięku. Im wyższy dźwięk, tym więcej światła. No i to mnie pochłonęło bez reszty na całą resztę wyjazdu. Baterie żre, jak opętane, ale jakie to fajne! 🙂

Effective Web Browsing and Information Retrieval. Nie no, nie każcie mi… akurat ten warsztat był obowiązkowy, i akurat ten, jako chyba jedyny do tego stopnia, nie podobał mi się. Warsztat, który miał nas nauczyć, jak efektywnie przeszukiwać sieć. Ja wam to streszczę tak. Musicie się wystrzegać nie sprawdzonych informacji, bo mogą być fałszywe. Niektórzy takie tzw. fake newsy wrzucają do internetu dla zabawy lub dla zmylenia ludzi, bo… nie wiem, bo nudzi im się, albo im to do czegoś potrzebne. Trzeba więc, czytając rzeczy w internecie, sprawdzać czy autor artykułu jest wiarygodny, czy może znać się na rzeczy mam na myśli, a także upewnić się, co do wiarygodności informacji w jeszcze innych źródłach / na innych stronach. Tadam! Minęło dwie godziny. :p Zasady, które ten warsztat miał nam przybliżyć, warto sobie jednak zobaczyć, bo to chodzi o to, że można czasem podpowiedzieć wyszukiwarce google, czego się właściwie szuka, wpisując w odpowiednie miejsca plusy, minusy, znaki cudzysłowu i takie tam. Powodzenia, sama się kiedyś nauczę, wtedy byłam na prawdę bardzo, ale to bardzo zmęczona i nie dałam rady.

Chess for All – szachy dla wszystkich. Tak to się nazywało, nie to, że każdy musiał tam iść. I oto jest chyba mój drugi ulubiony warsztat, o pierwszym będzie zaraz. Warsztat prowadził pan, który w szachy gra w sumie non stop, z ludźmi tudzież z własną komurką. W skutek czego najpierw z nim przegrałam, potem przegrałam, potem, tak dla odmiany, przegrałam, a potem, po wyczerpującej walce, w końcu… znów przegrałam, ale trochę inaczej. :p Z naszym prowadzącym gra w szachy wygląda ciekawie, mianowicie robi się kilka ruchów, potem się przegrywa, a następne dwie minuty człowiek spędza siedząc nad szachownicą, patrząc na nią z niezbyt mądrym wyrazem twarzy i pytając: sorki, ale… jak to się właściwie stało? A jak już zadacie to pytanie, to wasza ciekawość, jak już wcześniej wspominałam, natychmiast zostanie zaspokojona! Prowadzący bowiem wyjaśni wam, czemu przegraliście, na podstawie waszego drugiego… no, może trzeciego ruchu w grze. Powodzenia. Tu miała też miejsce dosyć zabawna sytuacja, bo ja w pewnym momencie zapomniałam, że trzeba mówić po angielsku. Przestawiając kolejny pionek, maksymalnie skupiona na tym, co robię, zapytałam odruchowo: oj, a mogę tak? Na co pan odpowiedział uprzejmie: możesz, możesz! Tu należy przypomnieć czytelnikom, że Chorwacki język również jest językiem słowiańskim i mamy więcej słów podobnych lub wręcz wspólnych, niż nam się wydaje. To samo język serbski, jeszcze bardziej podobny do naszego.

Echo Location – echo lokacja. No i wreszcie, mój ulubiony, sześciogodzinny, rozłożony na dwa dni, nieobowiązkowy warsztat. Echo lokacja, jeśli ktoś nie wie, to jest metoda wykrywania obiektów, za pomocą, jak sama nazwa wskazuje, odbijającego się od nich dźwięku. Prościej mówiąc, nietoperze tak robią. :p Tyle, że nietoperze mają o tyle fajniej, że one ten dźwięk bazowy mogą sobie wydawać w sumie non stop. Latają, latają, no i tak sobie piszczą. Spoko, my raczej piszczeć nie możemy, trzeba wymyślić coś innego. Wymyślono więc, że możemy… no i teraz, jak to określić? Kląskać? Klikać? Jak to się u was mówi, jak się językiem o podniebienie tak robi… Weźcie… udajcie konia, jak robi koń? Ten odgłos kopyt tak się naśladowało, takim kląskaniem. No właśnie, no to prawidłowy klik do echo lokacji… wcale tak nie brzmi, ale robi się go podobnie. Kiedyś może spróbuję wam to pokazać, jak już sama to dobrze opanuję. Julitka, zadanie dla ciebie, audio wpis na blogu by się przydał. :d Ale wracając do warsztatu. Nie macie nawet pojęcia, jak ważny on dla mnie był, z kilku niezależnych powodów.

Ja tę echo lokację zauważałam od dziecka, ja wiedziałam, że ona jest. Wiedziałam, kiedy mijam otwarte, a kiedy zamknięte drzwi, kiedy dochodzę do ścian, kiedy otwiera się gdzieś przy mnie pusta przestrzeń i kiedy przy drodze są zaparkowane samochody. To wiedziałam, myślałam, że wszyscy tak mają. Okazało się jednak, że nie do końca. Dopiero na tym warsztacie dowiedziałam się, że po 1. echo lokacja jest rzeczą maksymalnie osobistą i każdy ją inaczej odbiera. 2. Ja jestem w tej echo lokacji nawet dobra, a to zawsze humor poprawia, jak człowiek usłyszy, że powinien coś trenować, bo warto. 3. Echo lokacja może służyć do odnalezienia w przestrzeni przedmiotów dużo mniejszych, niż samochód. Na warsztatach nie tylko pojawiały się zadania typu: dojdź do ściany, zakręć i znajdź drzwi. Były też takie, jak: znajdź stojący na stole garnek lub kieliszek, a nawet plastykową matę na stół, przejdź pomiędzy dwoma, ustawionymi przed tobą osobami, a także, to już był na prawdę koniec warsztatów, przejdź pomiędzy kilkoma ustawionymi w przejściu osobami i powiedz mi, która z nich trzyma garnek. I o ile doskonale wiedziałam, że mogę echo lokacją wykryć ludzi i przeszkody typu ściana, nigdy bym nie wpadła na to, że mogę szukać przedmiotów stojących na stole! Na prawdę, ten warsztat otworzył mi oczy na pewne rzeczy i to, tak w sumie, prawie dosłownie.

Moja lista odwiedzonych warsztatów na tym się kończy, jeśli ktoś z moich znajomych z polskiej grupy zechce się podzielić swoimi w komentarzach pod tym postem, to zapraszam. Nie będę tłumaczyć, na czym polegały zajęcia w czasie wolnym, bo dużo do powiedzenia nie zostało, powiem tylko, już kończąc, co mi dało to, pierwsze w moim przypadku, ICC. Na pewno kilka nowych znajomości zagranicznych, a to zawsze jest miłe. Na pewno okazję do posługiwania się językiem angielskim podczas wszystkich warsztatów i w rozmowach wieczornych. Możliwość docenienia języków słowiańskich… serio, mówcie co chcecie, ale ja do tej pory jakoś nie potrafiłam się tą naszą ojczystą kulturą zachwycić, na prawdę, nie wiem dlaczego. Ale jak spędzicie półgodziny na rozmowie z Serbem, używając dziwacznego, angielsko-polsko-serbskiego języka, to zrozumiecie, o co mi chodzi. Albo, jak siedzący koło was Czech nagle zwróci wam uwagę: ej, powtórz, ja nie rozumiem, powiedz jeszcze raz! :d Już nie mówiąc o możliwości spędzenia dziesięciu dni w Chorwacji, a gorąco było, jak w piekle. 🙂 No i oczywiście, nic nie równa się przyjemności własnego doświadczenia, jak to jest na tym legendarnym wyjeździe, który trwa dziesięć dni, a dwadzieścia następnych się go odsypia.

Kończąc ten, znów dość długi, wpis, pragnę z całego serca zachęcić wszystkich, którzy mogą pojechać, a jeszcze nie byli. Pojedźcie! Zobaczcie to, bo warto. I choćby na początku nie było wam tak łatwo, choć byście na początku musieli pokonać chwilową blokadę językową, choćby nie spodobałby wam się pierwszy, ale dopiero trzeci warsztat, choć byście się nie wyspali…. Warto. Bo to się opłaci, nawet bardziej, niż sądzicie. Uwierzcie mi, nawet poza warsztatami pobyt tam daje wieeeeele do myślenia. A uczyć się zawsze warto, choćby i o drugiej w nocy.

Pozdrawiam was ja – Majka.

Kategorie
muzyka wspomnienia i dłuższe opisy

O czym, dlaczego i jak śpiewa Ed Sheeran? Czyli opis koncertu wraz z komentarzem

Witajcie!
Najpierw wskazówka, jak ktoś będzie chciał kliknąć na link, a mu nie zadziała, to bardzo proszę zaznaczyć, skopiować i wkleić w pasek adresu, bo ja nie znam innego rozwiązania problemu. :p

O Edzie Sheeranie chciałam napisać jużdawno, nie tyle z powodu koncertu, ale z tego powodu, że, umówmy się. Nie musicie go lubić, jasne, że nie. Ale ten wykonawca jest pewnym ewenementem w przemyśle muzycznym. Dzisiaj często jest tak, że tzw. artysta, który wykonuje piosenkę, no właśnie. Tylko ją wykonuje. Kto inny piosenkę pisze, kto inny pisze muzykę, jeszcze kto inny jąrobi na spółkę z komputerem, kto inny tę piosenkę przekazuje dalej, do tzw. artysty, a jeszcze ktoś tzw. wokal tzw. artysty miksuje na komputerze. Potem jeszcze wystarczy, żeby jedna osoba artystę ubrała, druga uczesała, a jeszcze jedna za to wszystko zapłaciła. No i można iść na scenę! I właśnie dlatego nikt mi nie wmówi, że akurat Ed Sheeran dostaje pieniądze za nic. Dostaje ich dużo, to prawda. Z tym, żę on te piosenki: pisze, wraz z melodią, gra, nagrywa na tym looperze, za każdym razem od nowa, no i oczywiście wykonuje na koncertach. Dla jasności, na koncertach na scenie jest Ed Sheeran, jego gitara, jego looper (zapętlacz)… i już. Nic więcej. A Ed gra jedną partię, OK, nagrało się i leci. W takim razie czas zagrać drugą, i następną, i następną… to samo z chórkami… I tak cały czas. I nie ważne, czy to jest szybkie "shape of you", czy maksymalnie wolne "I see fire", gdzie trzeba już trochę nad tym posiedzieć. Jak się pomyli? Cóż. Kasujemy i jedziemy jeszcze raz. I to mi się chyba najbardziej podoba. To, że każdy koncert jest robiony na żywo, tam nie ma gotowych pętli. Jakie to trzeba mieć wyczucie, żeby się na tym looperze, za przeproszeniem, nigdzie nie rąbnąć! Pozwolicie więc, że dalej posłużę się samym koncertem i postaram się coś o każdej nutce powiedzieć, to mi się artykuł sam napisze.

zamek na wzgórzu, dla mnie Hogwart

Na początku nagrania pada nasza złota myśl "przód się cieszy, my też się cieszymy!". Cieszcie się więc, bo oto wychodzi Sheeran. Z 10 minutowym opóźnieniem, ta Angielska punktualność. To tylko człowiek, może dźwiękowiec się przeraził, jak usłyszał stadion? Nastroił gitarę pewnie, napił się… idzie.
Koncert rozpoczął się kawałkiem "castle on the hill", jednym z dwóch pierwszych singli z płyty "divide". Mówię, jednym z dwóch pierwszych, ponieważ to i "shape of you" wyszło tego samego dnia. Zwykle się tak nie robi, ale, w jednym z wywiadów, Sheeran wyjaśnił zjawisko, mówiąc, że chciał ludziom dać pełniejszy obraz całego albumu. Piosenki są tak różne od siebie, i w kwestii tekstu, i stylu, że gdyby wypuścił jedną, wszyscy by pomyśleli, że cała płyta taka jest. A tu niekoniecznie tak być powinno. "Castle on the hill" to taka piosenka drogi, opowiada o dzieciństwie wokalisty i rzeczywiście, brzmi, jak powrót do domu. W sam raz się nadaje na otworzenie koncertu. Dalej.
Posłuchać można tutaj

nie wszystko jest takie, jak się wydaje

Witaj Warszawo! itd. itp. Przyszedł czas na piosenkę "eraser". W większości rapowany numer o tym, jak życie Eda zmieniło się po tym, jak wszedł w cały ten biznes, przemysł muzyczny.
Mój ulubiony cytat z tej piosenki? "And ain't nobody wanna see you down in the dumps
Because you're living your dream, man, this shit should be fun." Ktoś jeszcze miał tak, że marzył o czymś, wyczekiwał, a potem się okazało, że to nie jest takie proste? Mało tego, czy ktoś jeszcze miał tak, że pracował na coś cholernie ciężko, a wszyscy myśleli, że to taka bułka z masłem jest? Bardzo proszę. Dla mnie ta piosenka jest właśnie o tym.
posłuchajcie sami
Dalej.

za zimno nawet dla aniołów

Następnie zagrane zostało "the a team". Pierwszy tak popularny singiel Sheerana, napisany w wieku lat osiemnastu, a chyba jedna z najpoważniejszych piosenek. Dziewczyna miała na imię Angel, a Ed poznał ją, o ile ja to dobrze pamiętam, w takim przytółku dla bezdomnych. Ciężki żywot miała ta dziewczyna, narkotyki, zarabianie na ulicy itd. I właśnie o tym napisał piosenkę, lecz kiedy wrócił do miejsca, gdzie poznał bohaterkę opowieści, już jej tam nie było. Nie wiadomo dokładnie, co się stało. A cytat? Myślę, żę ten.
"It's too cold outside
For angels to fly"
W ostatnim wersie zamienione na: "Angels to die".
polecam posłuchać

Piękny to widok, gdy Warszawa śpiewa wszystko wraz z artystą. Artysta poinformował Warszawę uprzejmie, że nie ma czegoś takiego, jak: nie umiem śpiewać! Można nie umieć śpiewać dobrze, ale on przecież każe śpiewać głośno, a nie dobrze, więc mamy śpiewać. OK, będziemy. To samo jest z tańcem, przecież wszyscy patrzą się na scenę, nie na siebie nawzajem! Więc nikt was nie będzie oceniał, tańczcie sobie! Po tej cennej lekcji przeszliśmy do następnej piosenki.

jak zdradzać, to z klasą!

Utwór "don't" z płyty x, to jest chyba jedna z bardziej znanych piosenek Sheerana w tym kraju, pamiętam, jak była maksymalnie popularna. Piosenka typowo na looper, najpierw nagrywamy bas, potem rytm, akordy na gitarze, i podkład gotowy! Piosenka jest osobista, a tekst opowiada w dość prostych słowach o historii, na nieszczęście, starej, jak świat. Z tekstu wynika, że Ed miał partnerkę, rozumiemy również, że zajmowała się tym, co on. "Me and her make money the same way. Four cities, two planes the same day". – "Ja i ona zarabiamy w ten sam sposób. Cztery miasta i dwa samoloty jednego dnia". Z dalszej części tekstu dowiadujemy się, że koleżanka zachowała się bardzo nieładnie, bo, będąc w trasie blisko Sheerana, mało tego, śpiąc w tym samym hotelu, co on, wybitnie mocno zintegrowała się z innym chłopakiem. Podczas tej trasy. W tym hotelu. Na tym samym piętrze. No proszę państwa, jak już zdradzać, to z klasą, a nie tak… No nieładnie w każdym razie. Ed piosenkę napisał, bo uczuć nie można dusić w sobie, ale potem długo odmawiał konkretnej odpowiedzi na pytanie, czy tekst jest prawdą i kogo ta prawda dotyczy. Mówił nawet, że zastanawiał się, czy to dobrze, że to wydał na światło dzienne. Ulubionego cytatu chyba nie ma, jest ulubiona ciekawostka. Z płyty i radia wszyscy znają wersję z początkiem refrenu "don't … with my love". Z tą charakterystyczną przerwą po "don't". To nawet jest fajny zabieg rytmiczny. Z tym, że mało kto pamięta, że w niecenzurowanej wersji wskakuje tam jeszcze jedno słówko i tworzy piękną linijkę "don't fuck with my love". Mocne.
Dlaczego nie warto zdradzać posłuchajcie pod tym linkiem

ani słowa więcej

Dalej Ed płynnie przeszedł do piosenki "new man". Coś jesteśmy monotematyczni. Tekst można sobie zobaczyć, to z kolei taka opowiastka o… nawet nie umiem tego opowiedzieć. Trochę tak, jakby śpiewał do jakiejś byłej dziewczyny, która jest teraz z nowym jakimś. Taki goguś, laluś i ogólnie klasa sama dla siebie ten nowy chłopak. :d A że piosenkę można ładnie zmiksować z "don't", to też jest prawda. Piosenka raczej żartobliwa. Dalej.
new man

Dobrze się zastanów

Jak już sprawdziliśmy, czy potrafimy być tacy głośni, jak tłum, o ile dobrze pamiętam, w Walii, przyszła pora na "dive". Jest to ballada, wokalnie dość trudna, przynajmniej tak twierdzi wykonawca. Co można ciekawego o niej powiedzieć? Tam poraz pierwszy na oficjalnych albumach Sheerana pojawił się, nie dość, że gościnnie, to jeszcze żeński głos. W chórkach, na chwileczkę, ale jednak.
Cytat: "don't call me baby, unless you mean it. Don't tell that you need me if you don't believe it…" Jak dla mnie, to tego w szkołach powinni uczyć, niektórym by się bardzo, ale to bardzo, przydało. I znów cały stadion razem z nami, nie ma lepszego uczucia.
Słuchać i się uczyć pod tym linkiem

to nieszczęśliwe dwa procent

Po tej piosence nadeszła pora na jeden z najważniejszych cytatów wieczoru: this show isn't about me, it's about us. "Ten koncert nie jest o mnie, jest o nas." Albo raczej, bliżej polskiego byłoby: "ten koncert nie jest mój, jest nasz.". To fajnie pokazuje, jak Ed te koncerty… jakby to ująć… prowadzi? Chodzi o to, że praktycznie w każdym utworze był moment, kiedy to on słuchał ludzi, a nie ludzie jego. Opowiada coś, czeka na reakcje, zachęca do śpiewania… Każdy ma brać udział i to nie jest tak, że ma śpiewać dobrze. Przypominamy, ma śpiewać głośno. :p
A, jak wiadomo, nigdy nie jest tak, że wszyscy biorąudział. Uwaga, storytime, kto nie bierze udziału? Zawsze 2 procent publiczności. Sheeran powiedział tak.
"Pierwszy z tych dwóch procent, to są chłopaki (w sensie boyfriends), którzy wcale nie chcieli tu przyjść. Oni mówią: eeeeee, ja tam w sumie nie lubię jego muzyki. Oni stoją z innymi chłopakami tego typu i mówią do siebie: stary, czemu, czemu on zagrał w grze o tron?! A drugi procent, to tzw. super tata. A wspominam o tym, bo sam mam super tatę, on mnie zabierał w różne miejsca i zawsze wiedziałem, że stoi gdzieś z tyłu. I pozdrawiam tych super tatusiów, bo oni się starają. I mówią: no… to nie moja muzyka, ale… doooobrze, że dzieciaki na te koncerty chodzą. I stoją z innymi super tatusiami, mówiąc: raaaaaany, korek byłstraaaaaszny… kuuuuurde, 30 funtów za koszulkę? No nieeeee… I takie różne inne rzeczy, oni każdego wieczoru mówią to samo!"
Kończąc cytat, to było bardzo fajne, kiedy Sheeran ze sceny pozdrowił to nieszczęśliwe dwa procent ludzi, którzy poświęcili sobotni wieczór na coś, czego nie chcą zrobić, dla kogoś, kogo kochają. I to jest super, a ja osobiście też tak uważam, może z tego powodu, że od razu przypomniało mi się, na ile koncertów już mnie rodzice zabrali. :d

co w krwioobiegu, to w głowie

Następna piosenka, to "bloodstream". To jest utwór w moim odczuciu bardzo poważny, a napisany został po tym, jak Sheeran spróbował narkotyków. Sam za siebie mówi mój ulubiony cytat: "All the voices in my mind
Calling out across the line". Właśnie wtedy, kiedy Sheeran to śpiewa, przydaje mu się looper, aby dograć do tego różne głosy. I tak potem jest już ich z pięciu… różne głosy, różne riffy gitarowe… rytm… to wszystko się tak ze sobą miesza, że w pewnym momencie człowiek zdaje sobie sprawę, że utwór doskonale ilustruje, co on musiał wtedy czuć. Najpierw spokojnie, wszystko jest OK, potem coraz więcej różnych rzeczy… a potem już wszystko pomieszane, tylko szum… nie wiadomo o co chodzi…
Piosenkę polecam, z tłumaczeniem, jak ktoś nie rozumie języka, serdecznie zapraszam, bo warto. A zwłaszcza wykonanie koncertowe, tam to słychać lepiej.
Słuchać, podziwiać, nie brać przykładu pod tym linkiem

komu lepiej, temu lepiej

Przyszedł czas na dwa stałe elementy koncertu, czyli pozdrowienie supportów, takie coś w stylu "polecam ja – Ed Sheeran", a potem piosenkę "happier", która teraz jest, o ile wiem, mocno znana, czy to w oryginale, czy też w remixie, którego osobiście szczerze niecierpię. "Happier" to poruszająca ballada o sytuacji, w której spotykamy się z naszą dawną miłością, a ta osoba jest już z kimś innym. Wygląda, jakby była szczęśliwsza, ale czy jest? Piosenka trochę o pogodzeniu się z rzeczywistością i pójściu dalej, a trochę chyba o tym, że autor tekstu nie jest szczęśliwszy, niż był. Jeśli mam mówić za siebie, to: I'm not happier. Do interpretacji.
tutaj link

Moja ulubiona ballada

Potem znów powracamy do albumu x. Ed poinformował tłum, że, tak jak zawsze ich prosi, żeby byli głośno, to jeden jedyny raz poprosi ich teraz, żeby byli cicho. I zagrał chyba moją ulubioną z ballad. Nazywa się to "tenerife sea", jest proste i w prosty sposób piękne. Inna sprawa, że na koncertach takie proste nie jest, bo piosenka jest doskonałą okazją do pokazania możliwości loopera i dorobienia chórków do samego siebie. To trochę wykonawcy zajęło i pomogło mu w uzyskaniu kolejnej owacji.
Słuchajcie i podziwiajcie tutaj

Dziewczyna z Galway

Ponieważ na chwilę zwolniliśmy, teraz trzeba przyspieszyć. W tym celu na stadionie narodowym zagościło "Galway girl". Piosenka napisana z irlandzkim zespołem Beoga, jeden z singli wydanych przed albumem "divide". Ciekawostka od mojej strony jest taka, że to była, o ile pamiętam, pierwsza piosenka, którą usłyszałam, polubiłam i pomyślałam: o, a może by posłuchać Sheerana? Jasne, wcześniej znałam "thinking out loud", "i see fire" czy "don't", ale nigdy nie zwracałam na te nutki większej uwagi. A ta piosenka od razu zwróciła moją uwagę, kiedy usłyszałam ją w radiowęźle szkolnym. I pomyśleć, że na początku wytwórnia bardzo odradzała Sheeranowi umieszczenie tej piosenki na płycie, przekonując, że folk w pomieszaniu z rapem na pewno się nie sprzeda. A jednak.
Galway girl

podróż tam i spowrotem, do I see fire

Wracając do przebiegu wydarzeń, potem Sheeran zagrał wszystkie pętle mające posłużyć do "I see fire" i, kiedy cały stadion, przód też, zdążył się już bardzo głośno ucieszyć, zaczął śpiewać piosenkę Niny Simone – feeling good. Surprise! Oczywiście potem przeszedł już do " I see fire", z czego się bardzo ucieszyłam, bo ostatnio polubiłam tę piosenkę. Mówię "ostatnio", ponieważ pamiętam, że kiedy zjawiło się w radiach, nie mogłam słuchać, znudziło mi się. I w ogóle wtedy nie słuchałam Sheerana, więc jakoś mnie nie interesowało. A zauważyłam, że kiedy radia usilnie męczą jakąś piosenkę, to ja ją zaczynam lubić od półdo dwóch lat po tym, jak przycichnie na antenie. I tak mniej więcej było. Dla ciekawych świata polecam nie tylko wersję oryginalną i z filmu, ale także remix zrobiony przez Kygo. Możę mi ktoś wyjaśni, czemu ja to tak lubię, ten remix? Jakiś taki magiczny jest.
Do posłuchania zapraszam tutaj

hit wszystkich ślubów

Tutaj poraz pierwszy Ed zastosował sztuczkę polegającą na tym, że kazał ludziom śpiewać pierwszy głos w refrenie, a sam zaśpiewał drugi. Podobało mi się to zwłaszcza dlatego, że jest to pierwsza i prawdopodobnie ostatnia okazja, w której usłyszałam się śpiewającą z Sheeranem, na dwa głosy. 🙂 To samo zjawisko zaistniało w piosence "thinking out loud", którą zaśpiewał zaraz potem. Piosenki nie będę tłumaczyć, typowy pierwszy taniec, co mogę powiedzieć? :d Utwór napisany wraz z Amy Wadge. Podobno, kiedy Amy odwiedziła Sheerana, mówiąc, że w sumie, to by można coś znowu razem napisać, miała drobne problemy z finansami. Jak powiedział wokalista: napisaliśmy coś takiego, żeby już się więcej nie musiała martwić o czynsz. No i pierwsze grammy mu się za tę nutkę trafiło. Miał więc rację gdy mówił: jak znacie słowa piosenki, to śpiewajcie, a jak nie, to chyba jesteście na nie tym koncercie. Racja, tego byłoby trudno nie znać, nawet, jakby się chciało, no nie?
thinking outloud

miła niespodzianka

Jeszcze nie przyspieszamy, czas na piosenkę "one". Otwierający utwór z płyty x, o którym nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Podobno to była ostatnia piosenka o dziewczynie, o której była większość płyty pierwszej, nazwanej +. 🙂 Ładna, piosenka, nie dziewczyna. Spodobała mi się dopiero na koncercie.
posłuchajcie

piosenka o zdjęciach

Z tej piosenki płynne przejście do "photograf". Ciekawa historia, to też jest ballada i też ma remix, którego nie lubię i nie lubiłam. Podobno było tak, że znajomy Sheerana z pewnego zespołu grał na pianinie. No i byli w jednym pokoju, ten znajomy puścił tę główną pętlę z tej piosenki ze swojego laptopa i to sobie w tle leciało, a Ed siedział na podłodze i składał lego. No i tak leciało sobie, leciało, leciało, a Ed złożył x winga i napisał piosenkę. xd. Fajnie. Osobiste odczucia co do piosenki? Bardzo proszę, był bardzo fajny filmik z "the big bang theory" zrobiony przez kogoś i umieszczony na youtubie, ta piosenka leciała jako podkład. :p Chwila dla loopera i jedziemy dalej.
photograf

perfekcja, znowu na ślubach

Perfekcyjny koncert! Czas na "Perfect". Nie mogło zabraknąć akcji fanowskiej, mianowicie podczas refrenu podnosiło się kartki, w dolnych sektorach czerwone, na górze białe i trzymało w górze, podświetlając telefonem. Też trzymałam. W ten sposób stadion zmienia się w flagę, a Ed jest zadowolony. Zawsze mnie wzrusza "perfect", ten tekst jest niby banalny, a jednak bardzo autentyczny, jeśli wiecie, o co mi chodzi. Ciekawostka, fragmenty orkiestrowe robił brat Sheerana.
perfect

historia pewnej znajomości

Za wolno jest, przyspieszamy! Oto "nancy mulligan". No piękna jest ta nuta, no! Napisana z tym samym zespołem z Irlandii, co "galway girl". Opowiada historię dziadków Sheerana, którzy wzięli ślub w tajemnicy, ponieważ ich rodzice się na to nie zgadzali. Oczywiście wszystko się opierało na tym, że Anne Mulligan była z Irlandii, z katolickiej rodziny, a William Sheeran był protestantem z Anglii. Niby gorzej być nie mogło, a jednak… zakochali się, pobrali i stali się rodzinną legendą. A teraz już nie tylko rodzinną.
Posłuchajcie tej histori pod tym linkiem

głośniej! Szybciej!

Zbliżamy się powoli do końca koncertu, trzeba więc… no wiecie, zacząć śpiewać. Oto piosenka "sing". Stworzona z Farellem Williamsem, czyli, rzecz jasna, hit, a, moim skromnym zdaniem, do zagrania strasznie trudna. Do tej pory nie wiem, jak to liczyć! A podobno pop taki prosty. Jak już grasz, jeszcze jakoś, ale jak to w ogóle zacząć? Słuchajcie gitar.
pod tym linkiem

wreszcie numer taneczny

Potem przerwa, przerwa zawsze być musi. Przód się drze, nas również nie trzeba namawiać, chcemy bisy! No doooobra, jak chcecie, to będziecie mieli. Oczywiście, nie mogło tego zabraknąć, następna piosenka to "shape of you". Czy jest tu ktoś, kto tej piosenki nie zna? Na prawdę, jak się tego dowiem, to chyba dam jakiegoś prywatnego nobla. Ciekawostka, wiecie, żę ta piosenka początkowo miała iść do Rihanny? Na jego szczęście, i rozum, i serce, i, zapewne, portfel Sheerana krzyczały razem: nie oddawaj, nie oddawaj!
shape of you

a na koniec początek

Koncert Sheeran zakończył swoją pierwszą piosenką. Bardzo mi się spodobało to sformułowanie. No ale na to wychodzi, pierwsza bardziej oficjalnie wydana epka Sheerana zaczynała się od energicznej, pełnej rapu i w ogóle tekstu, piosenki pt. "you need me, I don't need you". Ten tekst jest za długi, żeby przytaczać cały, w skrócie można powiedzieć, że Ed musiał wykrzyczeć złość na przemysł muzyczny, z resztą całkiem słuszną, o ile wiem. Typowa looperowa piosenka, a refren bardzo nadający się do udziału publiczności.
posłuchajcie uważnie tutaj

No i koniec. Koncertu i wpisu. Bardzo proszę, teraz możecie się śmiać, że każda piosenka, że każde słowo… Inaczej jednak nie bardzo umiem napisać ten artykuł o Sheeranie. Niech to będzie pierwszy wpis o konkretnym artyście. Mam nadzieję, że nie ostatni.

Pozdrawiam i życzę miłego słuchania
ja – Majka

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

My się nie przeprowadzimy do mniejszego domu, my ten duży dom wypełnimy ludźmi! Czyli dużo metrów kwadratowych niebieskiego nieba

Państwo Bernie i Tim Websterowie mieszkają w typowym jak na tamtą zabudowę domu, który jest wielki, a nie wygląda. :d Na dole macie niby tylko salon połączony z jakby jadalnią, a w dół się schodzi do części z kuchnią. Ale co z tego, jak potem macie klatkę schodową z chyba 6 zakrętami, a na każdym z tych półpienterek musi być jakieś pomieszczenie, chociażby łazienka. Kiedy pierwszego dnia otworzono nam drzwi i prawie od razu pokazano pokój, muszę przyznać, że się nieco wystraszyłam. Wcale nie akcentu ani nowych wrażeń, odniosłam po prostu wrażenie, że będzie to bardziej coś w stylu hotelu, niż domu. Przecież jest duży, dużo może być do roboty, nie znam ani tych ludzi, ani ich zwyczajów, może my wcale nie będziemy spędzać czasu z nimi, tylko ze sobą. Nie mogłam się bardziej pomylić.

Pan Tim Webster, kiedy kilka dni później rozmawialiśmy przy posiłku, jak zwykle z resztą, opowiedział mi taką historię.
"Kiedy mieszkała tu z nami trójka naszych dzieci, zrozumiałe było, że mamy taki duży dom. Kiedy oni się od nas wyprowadzili wszyscy się zastanawiali i my się zastanawialiśmy, czy by nie znaleźć czegoś mniejszego. I wiesz co? Powiedziałem, że nie, nie będziemy się przeprowadzać do mniejszego domu. My po prostu wypełnimy ten dom ludźmi."

Mieliście całkowitą rację, świetny pomysł! I tak to się zaczęło, a teraz państwo Webster przyjmują u siebie różnych turystów ze świata od jakichś 15 lat. Może nawet więcej, nie pamiętam, wybaczcie. Co może być też źródłem mnóstwa ciekawych opowieści, ponieważ oni coś opowiedzą gościom, goście im… I tak żyją w zgodzie z mnóstwem krajów, co mnie wcale nie dziwi. Bernie zawsze ma rękę na pulsie, wie doskonale, co gdzie jest, dzięki Bogu. Zawsze miała dla mnie uśmiech, dobre słowo i, rzecz jasna, torbę z lunchem, którą wręczała mi każdego ranka przed wyjściem do szkoły. Tim natomiast od razu zrozumiał, co jest dla mnie najważniejsze, co w sumie nie jest dziwne zważywszy na ich kulturę narodową. "Would you like a cup of tea?" – "Chciałabyś herbaty?". Kto zna mnie lepiej ten wie doskonale, że herbata jest jedną z rzeczy niezbędnych do egzystencji. Tim wpadł na to też dość szybko i po kilku dniach, tuż po zadaniu tego pytania, oboje wybuchaliśmy śmiechem, uznając, że pytanie było niepotrzebne. Cóż można jeszcze o nim powiedzieć? Być może to, co sam o sobie mówił, to znaczy, że uwielbia notesy (dostał od nas notesy z Żyrardowa) oraz to, że często gubi różne rzeczy. I to by sięnawet zgadzało.

I szczerze mówiąc, właśnie skończył mi się pomysł, jak wam oddać mój pobyt w tekście. Chciałabym wam opowiedzieć, o naszych śniadaniach, wszyscy lekko śpiący, ale zamiast na to narzekać, śmiejący się z tego. O naszych obiadach o osiemnastej, to w ogóle jest magia w ich kraju, że się wtedy je. Siadaliśmy do stołu i rozmawialiśmy o tym, jak nam mijał dzień, co udało nam się zrobić, jak nam smakuje jedzenie. Mój kolega zabiłby mnie, gdybym tego nie napisała, więc piszę. Na obiad często były takie dania, które mi najbardziej odpowiadają, czyli kurczak z czymś. Z ryżem, z różnymi sosami, z warzywami i przyprawami. Bardzo smaczne! Jak po dniu w szkole, po lekcjach i warsztatach, zasiadasz sobie do stołu, dostajesz super lasagne, dostajesz dokładkę, dostajesz truskawki z lodami na deser, a potem bez pytania otrzymujesz herbatę w salonie… ludzie, jesteście w raju. Mogę wam też wspomnieć o naszym kominku w salonie, w którym czasami gospodarze rozpalali ogień. Można sobie tam było siedzieć na miękkich sofach, pić herbatę, jeść te truskawki i… po prostu istnieć sobie w spokoju. Miłe było to, że czasami moi gospodarze siedzieli sobie i oglądali serial, ja siedziałam z nimi i robiłam coś na komputerze i już. Mogliśmy sobie wspólnie odpocząć, czasem wymieniając opinie na temat swoich zajęć. Nie było tam żadnego wymuszenia czy sztywnej atmosfery, co w ogóle zdaje się być ich cechą charakterystyczną. Nie chcę być źle zrozumiana, ale powiedzcie mi, jakby to wyglądało w Polsce? Wyobraźcie sobie, że są goście, z innego kraju, na tydzień, w waszym domu… umawiamy się na 8:30 na śniadanie. No to Polacy już przynajmniej kwadrans wcześniej są na dole, żeby już wszystko było ustawione, jak goście zejdą, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik… A moi Irlandczycy wstawali wraz ze mną i wraz ze mną schodzili, przynajmniej w niektóre dni. Śniadanie? Bardzo proszę, my zwykle jemy płatki, chcesz płatki? Upadła też teoria tych ciężkich, tamtejszych śniadań. Ja jadłam płatki lub tosty, zdaje mi się, że Websterowie też. A po śniadaniu oczywiście herbata.

Innym ciekawym zjawiskiem w Derry była oczywiście tamtejsza pogoda. Kiedy w czwartkowy poranek wyszłam przed dom, pan Webster spojrzał w niebo i oznajmił nieco zamyślonym tonem: "Na niebie jest taka okrągła, jasna rzecz. To świeci. Wygooglowałem to i oni to nazywają Słońcem.". Uznaliśmy, że to musi być jakiś nowy wynalazek. Następne dni witaliśmy takimi komentarzami jak: "Jaki śliczny dzień. Dziewięć centymetrów kwadratowych niebieskiego nieba!". Jeśli aktualnie w waszym otoczeniu, drodzy czytelnicy, pada deszcz, to bardzo was proszę, zastanówcie się dwa razy, czy to na pewno jest deszcz. Deszcz, to ja widziałam w Derry. Tam, jak wyszłam na duży deszcz, po powrocie miałam mokrą kurtkę, bluzę pod kurtką, T-shirt też, nie wiem, jak deszcz tam dotarł, a także prawie całe spodnie. Ja nie wiem, ten deszcz pada w poprzek, czy jak? Kiedy Bernie mnie zobaczyła od razu wyraziła podejrzenie: "to chyba nie był zbyt dobry moment na wychodzenie, co? Ja ci dziś podłączę łóżko, odłączysz sobie, jak będziesz szła spać.". Tu należy się wam wyjaśnienie, my tam mieliśmy elektryczne łóżka. Ponieważ określenie elektryczne łóżko nasuwa mi od razu dziwaczne skojarzenie z elektrycznym krzesłem, pozwolicie, że wyjaśnię. Gospodarze nazywali to "electric blanket" i polegało to na tym, że podłączaliście do kontaktu odpowiedni kabel, a wasz materac się nagrzewał! Świetne to było! Zwłaszcza po tym deszczu.
W ogóle Bernie dzielnie dbała nie tylko o to, żebym była najedzona, ale też, żebym była zdrowa. Może dlatego, że sama posiada wykształcenie medyczne. Nie omieszkałam jej, rzecz jasna, opowiedzieć mojego ulubionego żartu o szkołach medycznych. Kazali się studentom nauczyć na pamięć książki telefonicznej. Studenci z uniwerku zapytali, po jaką cholerę. Studenci z politechniki zaczęli robić ściągi. A ludzie z medyka zapytali: a na kiedy? Bernie się śmiała, a ja jej dorzuciłam kilka informacji o mojej przyjaciółce, pilnie uczącej się masażu i łaciny zawodowej. Dodałam też, że ja jej kompletnie nie rozumiem. :d Przy okazji omówiłyśmy też kwestię mojego niewidzenia, a Bernie dopytywała, czy śledzę doniesienia medyczne na temat oczu. Będąc przy temacie oczu muszę przyznać, że moi gospodarze bardzo fajnie sobie poradzili z problemem mojej niepełnosprawności, a raczej z brakiem jakiegokolwiek problemu. Bernie bardzo dobrze tłumaczyła, jak ominąć kuchnię, żeby na nią nie wleźć, Tim dosyć obrazowo opisywał te cudowne, maleńkie kwadraciki nieba, a obojgu należą się podziękowania. Dzięki, że nie dostawaliście ataku paniki, jak ja latałam z moimi rzeczami w tę i z powrotem po tych schodach. 😉
Podziękowania należą się też za pomoc w zresetowaniu systemu wtedy, kiedy komputer przestał do mnie mówić. Tim tłumaczył mi, co jest na ekranie, nie znając ani windowsa, ani polskiego. I to jest wyczyn, zasłużyliśmy na herbatę! :d

Godnym zapamiętania momentem był też nasz ostatni wieczór. Siedzieliśmy sobie w salonie, a w telewizji leciał "the biggest weekend", jak zrozumiałam, festiwal muzyczny z BBC. Jednym z występujących tam artystów był Ed Sheeran, więc musiałam zostać do końca koncertu, żeby to zobaczyć. Tim powiedział później, że po raz pierwszy miał okazję na prawdę przysiąść i posłuchać tekstów Sheerana. Cieszę się, że zafundowałam taki eyeopener. 😉 Kiedy koncert trwał miałam coś do powiedzenia prawie o każdej piosence, a kiedy się skończył pożegnałam się, jak należy. Reakcja Tima bezcenna: "machasz mu na dowidzenia? To jest program radiowy!"

Tak oto mijał mi tydzień z ludźmi, których na początku oceniłam inaczej, niż trzeba. Jechałam do poważnych, starszych państwa, którzy na pewno będą mieli mnóstwo zajęć oprócz nas. Mhm… a przyjechałam do państwa Websterów, którzy: zawsze spytali, co miałam w szkole i jak mi się podobało, prawie każdego dnia spotykali się z jakimiś ludźmi i jechali do miasta, w wolnym czasie oglądająseriale, np. "grę o tron", a kilka tygodni wcześniej byli na koncercie Rolling Stonesów. Dobrze było!
A teraz garść ciekawostek na koniec.
Prąd. W naszych ścianach znajdowały się gniazdka na przycisk. Dobrze czytacie, gniazdko, żeby działało, trzeba było włączyć małym przyciskiem, takim, jak od światła.
Woda. Pomijając już dwa krany, jeden od zimnej, a drugi od ciepłej wody, to pokonał mnie prysznic na sznurek. Polega to na tym, że zanim wejdziesz pod prysznic i normalnie odkręcisz wodę, musisz pociągnąć sznurek, który uruchamia całe to urządzenie. Zawsze zapominałam albo tego włączyć, albo tego zgasić.
Światła. Jak już wspomniałam w pierwszej części wpisu zasada ruchu brzmi: zielone – idź, czerwone – rozejrzyj się i idź. Tak jak w Anglii, tak i w Irlandii odnoszę wrażenie, że ludzie chodzą, jak chcą. Nic nie jedzie? No to niby po co mam czekać, aż mi się cykl świateł skończy, idziemy! Ciekawe jest też to, że nie ma tam pasów na drodze, są tylko takie kwadraty przy krawędziach, więc ja nie wiem, jak oni to ogarniają. Ciekawym obrazkiem było, jak staliśmy przy krawędzi ulicy i próbowaliśmy określić, czy to ten samochód puszcza nas, czy to my puścimy ten samochód. Zawsze mieliśmy wrażenie, że podejmiemy tę decyzję jednocześnie z kierowcą samochodu. W moim domu powstała teoria, że kiedy chcemy przejść przez ulicę lub włączyć się do ruchu, prowadząc auto, za zakrętem czeka 13 samochodów. To jest zawsze te same 13 samochodów i one tylko czekają, żeby wyjechać przed was. Zawsze sobie poczekacie. 🙂
Fish and chips. Jadłam ostatniego dnia, w piątek. Na prawdę, było tego dużo. Bardzo dużo. Nie zjadłam całego, nikt chyba nie zjadł do końca. Denis, człeniu, ty byś zjadł!
Na koniec język polski. Słowa, których nauczyli się moi gospodarze to: Dzień dobry, Warszawa oraz do zobaczenia.

Polecieliśmy do domu w sobotę, no i o tej podróży już za dużo wam nie opowiem, bo nic wybitnie ciekawego się nam nie przydarzyło. No może poza tym, że sygnał puszczony na końcu w ryanerze wybitnie przypominał nam sto lat. Kiedy z pod sufitu rozległo się to charakterystyczne: bim, bom, bim, bom… pani pedagog natychmiast odśpiewała: niech żyje, żyje nam! To bardzo jasno świadczy o stanie naszego umysłu po tak wczesnym, porannym wstawaniu, no nie? 🙂

Wróciliśmy do Polski szczęśliwie, więc i ja szczęśliwie skończę ten wpis. Pozdrawiam was serdecznie i zapraszam do komentowania.

Ja – Majka

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

czerwonym szlakiem jest szybciej! Czyli czego się nauczyłam w Irlandii

Hello!
Jutro. Jutro? Uwierzyliście w to? Na prawdę? Nie jesteście realistami? Kto był, przyznać się w komentarzach! Kto wiedział, że minie tydzień, zanim ja to napiszę? :d

W każdym razie, siedząc sobie w domku, w którym spędzimy razem z rodziną 9 dni naszych wakacji, kiedy za oknem nadal jest słońce, mimo, że wieczór i jakoś inna pogoda się nie zapowiada, jakoś łatwiej mi wrócić do naszej cudownej, deszczowej Irlandii.

Zostawiłam was, czytelnicy, w niepewności, podczas gdy ja przysypiałam w busie ze słuchawkami na uszach. Natychmiast naprawiam niedopatrzenie. Po przybyciu na miejsce okazało się, że za naszą grupę odpowiedzialny jest Konrad, Polak pracujący w NorthWest Academy, który przywitał nas, ku naszemu zaskoczeniu, w naszym ojczystym języku. Taksówki zabrały nas i nasze bagaże do domów, w których mieliśmy spędzić nadchodzący tydzień. Byliśmy podzieleni na pary i jedną trójkę, a każdą z takich par przygarnęła jedna tzw. hosting family. Dawali nam jeść, spać i pogadać, a my grzecznie chodziliśmy na lekcje i zajęcia. 😉
I to właśnie o tych zajęciach chciałabym wam opowiedzieć w pierwszej kolejności, a dopiero potem, w następnym wpisie, o przebywaniu w domu.

Biorąc pod uwagę, że w anglojęzycznym kraju byłam drugi raz w życiu, a pierwszy raz w Irlandii Północnej, zrozumiałym było, że miałam pewne obawy. Pierwsza z nich dotyczyła akcentu, no bo jednak jedno miejsce drugiemu nie równe, a w Derry spodziewałam się już raczej słów bardziej irlandzkich. Derry, to jest czwarte co do wielkości miasto w irlandii, zaraz po Dublinie, Belfaście i, o ile pamiętam, Cork. Jeżeli oczywiście bierzemy Irlandię jako całość, łącznie z północną częścią, administracyjnie znajdującą się w UK. Przyznaję, że kolejna moja obawa dotyczyła kompletnego niezrozumienia historii. Zanim tam nie pojechałam na prawdę nie miałam bladego pojęcia o co chodziło z tym całym konfliktem. Wiedziałam, że pewna część jest oddzielona od drugiej, ale kiedy, dlaczego i w jakim stopniu? To było dla mnie zagadką. I to była pierwsza rzecz, której się tam nauczyłam, powtórzyli nam to z 5 razy. Pierwszy raz w sobotę, podczas wycieczki po Belfaście. Drugi podczas warsztatów dotyczących historii miasta, odbywających się w środę popołudniu. Trzeci natomiast w czwartkowe popołudnie, kiedy to mieliśmy wycieczkę po mieście, aby obejrzeć murale. Murale, gdyby ktoś nie wiedział, to są takie spore obrazy malowane na murach, jak nietrudno się domyślić. Murale w Derry, a także w Belfaście często przedstawiają sceny związane z tzw. "the troubles", czyli z konfliktem pomiędzy katolicką społecznością pochodzącą z Irlandii, a protestantami, będącymi równocześnie za unią z Wielką Brytanią. Trwało to długo i niezbyt ładnie wyglądało. Dużo ładniej za to wyglądało zakończenie konfliktu, gdy oba państwa dogadały się, wiedząc, że dotarli do punktu, w którym jeden drugiego nie pokona. Bez sensu było więc stać w miejscu.

Sporo osób pyta, jak wyglądał typowy dzień na tym moim wyjeździe, już tłumaczę. Wstawało się rano, ale nie tak rano, jak zwykle, bo tam, drogie dzieci, lekcje zaczynały się o 9:30. Zwykle najpierw mieliśmy 3 godziny języka angielskiego, potem o 12:30 przerwę na lunch, trwającą do drugiej, a od drugiej do czwartej lub piątej różne warsztaty.

Lekcje, to był w dużej części speaking i zawsze praca w mniejszych grupach. Czy to rozmowy o prace, przeprowadzane z odgrywaniem ról, czy to przygotowywanie swoich opinii na temat prawa w danym kraju, czy formułowanie pytań i odpowiedzi w dowolnym temacie, wszystk oto było mniejszym lub większym projektem do wykonania wspólnie. Dwa razy nawet mieliśmy zadanie, żeby wyjśćna ulicę i mniej więcej 10 osobom zadać sformułowane przez nas lub otrzymane od pani pytania. Raz nawet, podczas takiej ankiety, zatrzymaliśmy inną nauczycielkę z NorthWest Academy, nie mając pojęcia, że tam pracuje. Nie wiedzieliśmy również o tym, że ta pani pochodzi z Polski i rozmawialiśmy z nią przez ponad 5 minut, dopytując się o uzasadnienia jej odpowiedzi. Dopiero potem wyszło na jaw, że: ahaaaaa, tak tak, ja jestem z Polski! Yyyyyyyyyyy… OK, nie mam pytań. Pani za nas poświadczy, że zadanie wykonaliśmy!
Innym ciekawym zadaniem było dawanie kar za przewinienia. Były obrazki albo opisy sytuacji, w których ktoś cośzrobił. No i trzeba było powiedzieć, jak prawo powinno winowajcę karać, ale nie tak prosto: więzienie, grzywna, nic, upomnienie… Jak więzienie, to ile czasu, jak grzywna, to ile pieniędzy, wszystko trzeba uwzględnić! Na jednej z lekcji natomiast nasza nauczycielka – Meghan, przygotowała dla nas listę popularnych słów w slangu, którego używa się w Irlandii, w odróżnieniu od zwykłej dla nas, brytyjskiej odmiany angielskiego. W połączeniu z jej akcentem brzmiało to bardzo autentycznie, ponieważ Meghan z Derry pochodzi, w Derry się uczyła i, muszę przyznać, to było słychać.

Teraz wróćmy sobie do tych warsztatów i atrakcji dodatkowych. Mówiłam już wam o naszych warsztatach w środę i czwartek, ale co jeszcze? W poniedziałek typowych warsztatów nie było, ponieważ zamiast nich była orientacja w terenie, czyli pokazali nam, gdzie w naszym mieście znaleźć można centrum handlowe, a także, w których miejscach szkoły nam wolno być, a w których raczej nie. Wieczorem natomiast zaczęła się zabawa, ponieważ pierwszą naszą wieczorną aktywnością była… nauka tańca irlandzkiego. To muszą być bardzo sprawni ludzie, ci obywatele. :d
We wtorek były warsztaty muzyczne. Składały się w dużej części z ćwiczeń rytmicznych typu powtarzanie, albo pytanie i odpowiedź, w sensie ktoś gra jedno, wy drugie. Po przerwie natomiast mieliśmy coś w stylu "songwriting session". Polegająca na skojarzeniach nauka pisania tekstów. Piszecie na kartce słowo i podajecie osobie po lewej. Potem do tego słowa, które sami dostaliście, dopisujecie swoje skojarzenie, na innej kartce. Jedną z tych kartek podajecie w prawo, drugą w lewo. O ile pamiętam, tych wymian było kilka, a potem dzieliło się kartki na dwie grupy, w zależności od ich koloru. Mazaki były różowe i zielone, podzieliliśmy się więc na zielonych i różowych, a następnie mieliśmy przekręcić tekst jakiejś znanej piosenki, używając w naszej wersji wylosowanych słów. Taaaaaa… W sumie spoko było, śmialiśmy się z tego bardzo. W ogóle pani, która prowadziła te warsztaty powiedziała na początku coś fajnego. Wspólna praca, jakieś aktywności wymagające współpracy, a zwłaszcza aktywności wywołujące śmiech, pobudzają w nas empatię. I rzeczywiście, na początku tych warsztatów mieliśmy zadania typu: dostawaliśmy takie woreczki napełnione ziarenkami, każdy po jednym, i musieliśmy je sobie w rytm muzyki podawać. Te woreczki nam wypadały, ktoś zamulił i nie podał, ktoś inny podawał za szybko… W końcu wychodziło na to, że po jednej stronie kółka jest u kogoś z 6 tych worków, a po drugiej w ogóle jest taka przerwa… No i poważnie, to tam nikt nie wysiedzi. A jeśli już zaczniecie się śmiać, to znika to całe napięcie, jakie się ma na początku przy niezbyt znajomych ludziach. No bo jużcoś musieliście robić razem. To samo, jak dostajecie nagle małe, drewniane pałeczki i powtarzacie coraz trudniejsze rytmy, w różnych układach i na różnych elementach otoczenia je wystukujecie. Mylicie się w tych samych miejscach, wypada wam to i ogólnie na początku jest rozgardiasz. Ale to pozwala zapomnieć o tym, że poznaliście się 3 dni wcześniej. Ogólnie warsztaty uważam za udane. Podobno kiedyś ta pani prowadziła warsztaty z chyba trzydziestką dzieciaków, takich 7 / 8 lat. No i zasada jest taka, że ona z takiej torby im te pałeczki podaje i one tak w krąg idą, podają sobie te pałeczki dotąd, aż wszyscy nie będą mieć. W ten sam sposób odbywa się potem odkładanie ich do torby, one idą dookoła. No i oni tak sobie podają, podają, podają, wrzucają do tej torby, jużto ze dwie minuty trwa… Dużo ich było, no ale bez przesady, więc w końcu ta prowadząca pokazuje to nauczycielce i pyta, o co chodzi, przecież to niemożliwe, żeby oni przez dwie, teraz już 4 minuty, nie mogli tego pozbierać. Okazało się, że jeden z małych chłopców siedział koło tej torby i te patyczki sukcesywnie wyjmował. One wracały, a on je znowu wyjmował… I myślicie, że oni tego nie widzieli? A guzik, cała grupa wiedziała! To się nazywa solidarność!

We wtorek wieczorem mieliśmy tzw. quizz night. Ja nie wiedziałam, że to taka popularna zabawa na wyspach, oni uwielbiają te quizzy. Podobno w pubach można zobaczyć takie ogłoszenia, że np.: quizz night organizujemy w każdy czwartek. No i przychodzisz i grasz. Pytania były z różnych kategorii, a nawet w jednej kategorii zakres możliwości był dosyćszeroki, ponieważ np. w muzyce można było trafić na takie rzeczy jak: powiedz, jak się nazywali członkowie the beatles, powiedz, za jaką piosenkę Adele dostała Oscara, a także, gdzie się urodziłBieber. To ostatnie wiedziała większość, a ja mam teorię, że to ze zwykłej przekory. Pewnie wszyscy na początku myśleli, że on jest z USA, no to się specjalnie nauczyli na pamięć, że właśnie z Kanady. Nasza grupka wygrała w quizach, otrzymałyśmy wielką paczkę żelków. Jejjjjjj!

W środę i piątek wieczory były spędzane z rodziną, ale w czwartek cała nasza grupka wybierała się na kręgle. Mimo moich obaw nie szło mi najgorzej, mój wynik nie był wcale taki ostatni. :d Oprócz rozmowy o kręglach, pomiędzy naszymi kolejkami przy naszym stole toczyły się dialogi praktyczne, w celu niezmarnowania pożywienia. W skrócie można by to ująć w słowach: "Pani profesor, chce pani frytkę? Pani profesor, pani je, bo my i tak te kalorie zaraz spalimy. Proszę pani, pani je, przecież my to musimy zjeść do końca, jak ja to potem zabiorę?!"
Skończyło się na tym, że z tym koszyczkiem trzeba było obejść wszystkie stoliki polskie, co by się poczęstowali frytką.

Teraz czas na wycieczki i na wyjaśnienie tytułu wpisu. Tytuł ten nawiązuje do wycieczki, która miała miejsce na drugi dzień po naszym przyjeździe, w niedzielę. Pojechaliśmy wtedy do miejsca, które nazywa sięGiant's Causeway. Teraz się doczytałam, że po polsku mówią na to grobla olbrzyma albo droga olbrzyma. Jest to niezwykła formacja skalna, można tu znaleźć ogromne kolumny bazaltowe, całe to miejsce wygląda tak, jakbybyło stworzone przez człowieka, a jest efektem wybuchu wulkanu. Jest to jednak nudniejsza wersja wydarzeń, ponieważ legenda głosi, że była to droga, którą zbudował tamtejszy olbrzym o imieniu Finn, kiedy wybierał się do Szkocji, żeby walczyć z olbrzymem ze Szkocji – Benandonnerem.
Finn odwalił kawałdobrej roboty, o czym przekonałam się wraz z kolegą Hubertem. Przy okazji w tym miejscu podziękowania dla kolegi Huberta, który dość często brał na siebie obowiązek prowadzenia mnie, który to obowiązek może być dosyć wymagającym zajęciem, zwłaszcza, jak się łazi po formacjach skalnych. Wymieniając poglądy na temat wycieczki ogólnie, jak i okropnej pogody, oraz książek fantastycznych, przemierzaliśmy szlak, nie bardzo zastanawiając się, czy idziemy z grupą, czy nie. W końcu uznaliśmy, że jak tamci w lewo, to my w prawo i udaliśmy się w dalszą drogę. Trasa była dość męcząca, pamiętam, że kiedy jużdotarliśmy do zwykłych, zrobionych już prawdopodobnie ręką ludzką, schodów, musieliśmy się po drodze na górę zatrzymać, bo jakoś nam tak się zrobiło… niewyraźnie. Po dotarciu nagórę i przejściu jeszcze kawałka trasy, postanowiliśmy wracać na dół… i to był błąd. Gdy tylko postawiliśmy jeden krok za daleko na niewłaściwej ścieżce, stało się coś dziwnego. Audioprzewodniki, które dostaliśmy przy samym wejściu, a które teraz mieliśmy poutykane po kieszeniach, zaczęły wyć, piszczeć, wibrować, wyświetlać różne niezrozumiałe kody… słowem, dostały świra. Przezornie się cofnęliśmy, podejrzewając, żę może gps zwariował i biedne urządzonka pomyślały, że my zeszliśmy ze szlaku, chodząc już tam, gdzie chodzić się nie powinno. Do tej pory jednak nie wiemy, co ten warjacki alarm na prawdę miał oznaczać. Wróciliśmy do punktu wyjścia mokrzy, zmarznięci, ale zadowoleni. Co ciekawe, dopiero schodząc ze szlaku zorientowaliśmy się, że był to szlak czerwony – trudny. Ahaaaa…? A i tak byliśmy przed naszą grupą! :p

Po drodze do domu odwiedziliśmy jeszcze miejsce, gdzie kręcili jedną ze scen w "grze o tron", ale zabijcie mnie, nie wiem jaką. Wiem, że była dłuuuuuga droga, z wysokimi, powykręcanymi drzewami… tam podobno straszy, wiecie?

A w piątek popołudniu udaliśmy się do dwóch fortów, znacie mój stosunek do historii, więc, jak ktoś jest ciekawy, to proszę zapytać, wtedy wygrzebię, do jakich. Pamiętam z wizyt w fortach to, że było duuuuużo schodów, duuuuużo chodzenia i wiało okropnie. Morze i góry na raz, to robi sfoje. Chociaż, w jednym miejscu były armaty, zrobiliśmy sobie z nimi zdjęcie. Podjęliśmy równieżpewne działania, by sprawdzić, czy działa działają. Niestety, działa nie działały. Będąca z nami na tym wyjeździe nauczycielka fizyki i angielskiego popisała się wtedy znajomością mowy ojczystej, rozpoczynając: wstąpiłem na działo… spojrzałem na pole…
W sumie się zgadzało.

Podczas tych wycieczek można było poobserwować piękne widoki i porobić zdjęcia, to niestety nie ja, oraz doświadczyć pięknej, irlandzkiej pogody, to już jak najbardziej ja. Z naszą pogodą nie możesz się nudzić!

I to jużchyba wszystko, co wam mogę opowiedzieć o naszych lekcjach i zajęciach w Derry. A nie, przepraszam, jeszcze jedno. Nikt mi nie wmówi, że one direction, to tylko dla małych dziewczynek. Byłam w pubie i leciało! :p
A, no i coś dla fanów muzyków ulicznych, melduję, że w Derry też są. Kamil, jedziemy!

Kończę wpis i zapewniam, że drugi już na pewno będzie jutro, bo już jest gotowy, tylko się czyści.
Pozdrawiam ja – Majka

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

wy się zachwycacie, a to zwykły Belfast! Czyli wyprawy do Irlandii część pierwsza

Hej hej!

Od paru dni mnie męczą, a i ja się męczę, o napisanie tego wpisu, bo jak nie, znowu zapomnę i nie napiszę w ogóle, a to by była szkoda.

W sobotę wróciłam do domu koło drugiej, dostałam jeść, zjadłam, położyłam się na kanapie i przegapiłam półtorej godziny. Potem byłam w sumie zdolna do współpracy z ludzkością, ale jeszcze nie na tyle, żeby pisać. Następne dni upłynęły mi na decydowaniu, co przeczytać i co właściwie robić. Była to o tyle trudna decyzja, że poraz pierwszy w życiu opuściłam zakończenie roku szkolnego i nie bardzo do mnie docierało, że już mam wakacje. Mój mózg sobie egzystował w stanie pt. musisz czytać lalkę, musisz czytać lalkę! Ale to już! Trochę trudno mi było zająć się czymkolwiek innym, ale w końcu zdołałam samą siebie przekonać, żę tak, możesz chwilę odpocząć. Wróciłam sobie więc do czegokolwiek Chmielewskiej, żeby zresetować mózg. Czytam więc, czytam, natknęłam się po drodze na malowanie deski o powierzchni trzy czwarte metra kwadratowego. Zaczęłam odruchowo liczyć, jak by ta deska miała wyglądać, gdzieś tam mi po drodze wyszedł pierwiastek z trzech… i niby z trzech czego, chyba metrów, i na dwa… ile to jest pierwiastek z trzech metrów? TO był pierwszy moment, kiedy pomyślałam sobie, że może jednak powinnam zrobić coś porzytecznego, bo mój mózg zachowuje się niezbyt dobrze. No i oczywiście nagle się okazało, że wszystkim się świat wali i pali, że ja tutaj mam niezaplanowane, a zaplanować muszę, że muszę poćwiczyć, a i tak tego nie zrobiłam, a także, że znalazłam książkę o Sheeranie. No to jakże tu w takich warunkach pisać wpis na blogu? Ale teraz się staram i piszę. A było tak.

Kiedyś, na lekcji, chyba hisu, weszła do nas pani pedagog i powiedziała o wymianie językowej, a raczej kursie językowym za granicą. Nie wiem czemu, ale od razu wiedziałam, że to jest takie coś do koniecznego zrobienia. Mimo, że byłam pewna, że będę się bać, a poza tym, że trochę kasy na to pójdzie. Potem były różne rozmowy, formularze, następne formularze, oznaczanie w rubryczkach zdrowotnych, że stałych leków nie biorę, za to mam tzw. visual problems, a na końcu test poziomujący, w celu przydzielenia do grup. Minęło to jakoś szybko, najpierw do terminu były 2 miesiące, a potem jakoś tak… tydzień. Sprawdziany pozaliczane, oceny do piętnastego, średnia, sprawowanie, podomykać wszystko i jedziemy, a raczej, lecimy.

Do Irlandii Północnej wybrałam się16 czerwca. Było to w sobotę, o nieludzkich godzinach rannych, pamiętam wychodzenie o trzeciej piętnaście i ładowanie się do samochodu dziadka koleżanki, który zabierał mnie i moją mamę na lotnisko. Ja, nie bardzo wiedząca, co się za moment stanie, na przednim siedzeniu Ada, wyrażająca swoje zdanie na temat godziny i mama, podtrzymująca rozmowę… piękny obrazek. Miałam niewielką ryanerową walizkę, plecak pożyczony od siostry, żeby go nosić do szkoły… i w sumie tyle. Najważniejsze, żeby żadnych kabli nie zapomnieć.

W kraju, w którym obiad jedzą na kolację i odwrotnie, w którym jeżdżą po niepoprawnej stronie ulicy i na rądach jadą pod prąd, w kraju, w którym zasada korzystania ze świateł brzmi: zielone, idź, czerwone… rozejrzyj się i idź… A wreszcie, w kraju, w którym pogoda jest taka, jakby ktoś w niebie odkręcił kurek, a potem o tym zapomniał… właśnie w tym kraju spędziłam następny tydzień.
Dla waszej informacji, będąc w zeszłym roku w Londynie nie widziałam deszczu ani razu. No, może raz, przez trzy minuty, jak wracaliśmy i dosłownie przechodziliśmy z lotniska do samolotu. I to nie był duży deszcz. Dopiero tutaj mogłam więc zaobserwować tę wszędzie reklamowaną angielską pogodę.

A propos angielską. Przyznam się szczerze, że nie bardzo wiedziałam, czy mi tam jest wolno lubić Brytyjczyków. No bo wiecie, upodobania swoją drogą, a druga strona medalu to to, że zakochać się w kulturze całych wysp, to trochę tak, jak przyjaźnić się z hucznie rozwodzącym się małżeństwem. Szybko jednak okazało się, że miałam szczęście.
Państwo Webster, wspaniali ludzie, o których potem powiem dużo, są pół na pół, co oznacza, że, szczęśliwie dla mnie, Bernie jest z Irlandii, a Tim z UK. Lepiej trafić nie można było, można się bezkarnie zachwycać i Galway i Londynem. :p

Ciekawostka. Po wylądowaniu od razu ruszyliśmy na wycieczkę po Belfaście, co, biorąc pod uwagę nasz stan umysłu i organizmu, było nielada wyczynem. Już same wspomnienia z lotniska bardzo lubię, kiedy to ja, nieco zirytowanym tonem pytam, stojąc nad walizkami.
– Pani profesor, czekamy? –
– Myślę, żę tak. – odpowiedziała ze wspułczuciem pani pedagog.
– Aha, w takim razie, nie wiem, jak pani, ale ja jem. – Trochę nam zajęło odnajdywanie się po tej kontroli paszportowej, odszukanie i ściągnięcie walizek, po drodze zjedzenie i pójście do łazienki, w końcu odnalezienie wyjścia i autobusu. Cała grupa, rzecz jasna, podeszła do autobusu od złej strony. Kilka razy. Dobrze, że kierowca miałpoczucie humoru.
Po wymienieniu wstępnych "dzień dobry, jak się macie" itd. przyszedł czas na trudniejsze pytania.
– A rozumiecie irlancki akcent? – zapytał wesoło kierowca autobusu. Yyyyyyyyyyy….
– Nooooo… tak… mniej więcej. – Tak można było zinterpretować odpowiedź całej grupy.
– A, to tak jak ja, też nie rozumiem. Jestem ze Szkocji. – Cudownie! Pierwsza trudność już za nami. Okazało się, że pan kierowca urodził się w Irlandii, ale w Szkocji wychował, co sprawiło, że mówił do prawdy ciekawie, zwłascza, gdy nie zwracałsię do nas, tylko, na przykład, do trąbiących na niego kierowców. Ciekawie mówił też o muralach i miejscach do odwiedzenia w Belfaście, bo oprócz kierowcy był naszym przewodnikiem. W czasie pozostawionego nam czasu wolnego, wraz z kilkoma osobami z grupy wybraliśmy się na kawę. Przypominam, stan umysłu. Kawa dobra, nie żałujemy, wychodzimy.
– Chodźcie, zrobimy sobie zdjęcie! – ucieszyła się Roksana, która była i jest gwiazdą naszej grupy, w kwestiach życia celebrytów na pewno.
– Czekajcie, musimy znaleźć kogoś, kto wygląda, jakby chciał nam pomóc. O, może ona! – Roksana bez wachania zaczepiła dziewczynę w naszym wieku i zapytała po angielsku, czy zrobi nam zdjęcie. A tak, jasne, nie ma problemu. A skąd jesteście, a z wymiany, aha, to spoko… wymiana grzeczności, no i to magiczne pytanie.
– Where are you from? –
– From Poland. –
– Aaaa, to czekajcie, też jestem z Polski! – Niespodzianka…? Co ciekawe, napotkana w Belfaście Martyna łaziła z nami przez następne półtorej godziny, po sklepach i różnych takich. Pewnie tego nie czytasz, ale dzięki za bycie naszym prywatnym przewodnikiem, fotografem i towarzyszem podróży. Najlepszy tekst: Jezu, wy się tak zachwycacie, a dla mnie, normalny Belfast! 🙂 Wiadomo, o co chodzi.
W Belfaście byliśmy też w muzeum Tytanica i… powiem tak. Jeśli ktoś się tym interesuje, bardzo fajnie. Można zobaczyć te wszystkie rysunki techniczne, etapy budowy itd. Z tym, że raz, nie dla niewtajemniczonych, dwa, na pewno nie bardzo dla niewidomych. Ekrany, rysunki, prezentacje, nawet interaktywne, no ale co z tego? Inna sprawa, że pewnie więcej byśmy z tego wynieśli, gdybyśmy więcej spali. Wychodząc z tego budynku wszyscy marzyliśmy tylko o dotarciu na całkiem wygodne fotele w autobusie, do naszego celu – miasta Derry się jednak troszkę jedzie.

Zostawię więc was, drodzy czytelnicy, w autobusie, który troszkę do Derry jechał. Myślę, że następna część wycieczki w następnym wpisie. Chciałam tylko zacząć, żeby się zmusić do pisania dalej. Teraz już nie zostawię niedokończonego. :d Więc zapraszam do wyrażania zainteresowania lub niezainteresowania dalszą częścią, może ewentualnie co byście chcieli na pewno wiedzieć, a ja sobie będę sukcesywnie pisać. 🙂

Pozdrawiam ja – Majka

PS Druga część najpewniej jutro.

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

Witaj na pokładzie, my friend!

Witajcie!

I oto jest, kolejny wpis z dedykacją. Chciałam wrzucić wczoraj, serio. Chciałam. Ale wiesz, jak to jest… trochę, jak z pracą domową…

Przechodząc do rzeczy, mam dla was kolejną ciekawą opowieść. Kiedy byłam w przedszkolu, traf chciał, że wybrałam się kiedyś na koncert. Chyba szkoły muzycznej, choć nie przysięgnę, co to właściwie było. Tam spodobał mi się ksylofon, a jeśli ktoś chce wiedzieć więcej o dalszej części przygody z nim związanej, zapraszam do mojego wpisu na forum eltena, w wątku pt "kto gra na bębnach". Omijając pewną jej część, wybrała się wtedy mała Maja do szkoły muzycznej i rozpoczęła naukę o nutach. Nie wiem, na prawdę nie mam pojęcia, w jakim celu, nie jestem wam w stanie powiedzieć. Ważniejsze od tego były zajęcia z perkusji, na których Maja mogła się bawić w grę na ksylofonie. Nie ważne, ważniejsze dla tego wpisu jest, co się działo na tych nutkowych, teoretycznych lekcjach. Poznała tam mała Maja małą Zuzię i jeszcze mniejszą Beatkę. Mała Maja bawiła się z nimi, nawet odwiedziła ich dom, a one jej. Nawiasem mówiąc, Beciu, musimy odnowić to zdjęcie.

Potem mała Maja wyruszyła w podróż życia do Lasek i została tam na 10 lat. I przysięgam, że przez ten czas… zero kontaktu z Zuzią i Beatą. Nie mam pojęcia czemu, tak po prostu wyszło.

Mija 10 lat, Maja jest teraz nieco większa… Dawid, Mateusz, Kamil, Klaudia… nawet nie zaczynajcie, powiedziałam, że Trochę większa! Jest starsza i idzie do liceum.

Kiedy poszłam do liceum, wszystko było dla mnie nowe i kompletnie pogrążone w haosie. Oczywiście, że tutaj o tym nie pisałam, było za późno, ale jednak, kto mnie lepiej zna, ten wie. Jedną z interesujących rzeczy było to, że na lekcje językowe klasa chodziła podzielona na 3 grupy, wedłóg poziomu zaawansowania. Wylądowałam w najwyższej z nich, wraz z innymi osobami z klasy mojej i z klasy B. W naszej grupie często dostawaliśmy zadania do zrobienia w podgrupach, np. w 4 / 5 osób. Pewnego dnia pojawiło się zadanie polegające na wymyśleniu, o ile pamiętam, co chcemy mieć w takim pomieszczeniu dla uczniów w naszej szkole. No wiecie, w czymś w rodzaju świetlicy. Nauczyciel sam zabrał się do podzielenia nas na grupy, a w mojej grupie zjawiła się Beata. Beatę znałam z imienia i nazwiska, przecież pan odczytywał listę. A gdzie tam?! Kiedy musieliśmy się skontaktować przed następną lekcją, żeby się przygotować do prezentacji, Beata mnie oświeciła. Znamy się już całkiem długo, byłyśmy u siebie w domach, zdjęcie mamy na dowód, a tak w ogóle, to można by zrobić jakieś reunion party, musimy się umówić! To były nasze pierwsze wnioski, ale jednak, na razie były luźnymi pomysłami, które nic nie dawały.

Myślę, Beciu, że tak serio, to zaczęłyśmy się mocniej zgrywać przy okazji koncertu dla maturzystów. Musicie wiedzieć, że Beata potrafi grać nie tylko na instrumentach perkusyjnych, ale także na gitarze zwykłej i basowej, a także śpiewa. Z jej umiejętności grania na basie trzeba było czym prędzej skorzystać podczas koncertu dla maturzystów. Hasło z tytułu wpisu pojawiło się po jednej z prób do tego koncertu. Doskonale pamiętam naszą wyprawę ze sprzętem. Beata była chyba pierwszą osobą w tej szkole, która pozwoliła sobie pomóc akurat mi. Trzeba wam wiedzieć, że Becia nie jest dużo większa ode mnie, musiało to więc wyglądać pięknie, gdy po schodach, a potem przez nasz szeroki hall szła najpierw Beata z wielkim piecem, a potem ja, z jej basową gitarą. A kiedy wreszcie doczłapałyśmy się do drzwi od strony szatni okazało się, że…? Że są zamknięte!
"No nieeeeee… nie żartujcie sobie ze mnie!" Becia jęknęła z rezygnacją, stawiając jej bagaż na podłodze. Pielgrzymka musiała się odbyć w drugą stronę, znów przez całe piętro, do innych drzwi. Pierwszym moim pomysłem było rozbicie w połowie drogi obozu numer jeden. Przecież musimy się aklimatyzować! To nie można tak… na raz… Potem natomiast szłam za Beatą i przekonywałam usilnie, że: dasz radę, lekkie jest, lekkie! Mogę być twoim motywatorem!
"Dobra, będę pamiętać." Od tego się chyba zaczęło.

Potem był koncert dla maturzystów, na którym pan, który nas nagłaśniał ciągle mówił: Beata, nie graj, a nie, Beata, graj! Ucieszyliśmy się: aha, Beciu, gratulujemy, możesz z nami grać! Witaj na pokładzie!
Jeszcze potem były wakacje i wreszcie udało nam się umówić poza szkołą. Okazało się, że jak żeśmy się zaprzyjaźniły w przedszkolu, tak teraz również jest to możliwe.

Gdymym się chciała trzymać wzorca, musiałabym opowiedzieć parę wspomnień. Bardzo proszę. Ten moment, kiedy przyszłam do Beaty, a ta nauczyła mnie przez 5 minut grać piosenkę o kokosach. Na gitarze basowej. Nie pytajcie. ("the cocotun nut is a giant nut…") Again: nie pytajcie.
Ten moment, kiedy Becia przyszła do mnie, przytargała gitarę i wszystkie możliwe kable, a u mnie okazało się, że nie ma w gitarze baterii… (But you're very lucky, cause I love you… anywayyyyyyy…)
Ten moment, kiedy kibicowałam całym sercem, a Becia mówiła poważnie do swojego telefonu: Beciu, dasz radę! To nie jest takie trudne! To jest tylko gra! Jesteś od niej mądrzejsza! (You won one point!)
Ten moment, kiedy grałyśmy "from eden" Hoziera, podczas gdy powinnyśmy ćwiczyć nasze utwory na konkurs.
Ten moment, kiedy Becia zjawiła się na mojej osiemnastce dla starych znajomych i była jedyną osobą obdarzoną zmysłem wzroku. Medal z aodwagę!
Wszystkie nasze korytarzowe wymiany poglądów na tematy egzystencjalne, takie jak: jest za zimno, jest za gorąco, jest za wcześnie, kto to w ogóle wymyślił… I inne niezmiernie ważne rzeczy. Nasze mądrości z instagrama, nasze linki do pięknych utworów, nasze wfy, nasze angielskie, na których przewinęło się już więcej tematów, niż zmieści jakikolwiek program, nasz angielski akcent, nasza rodzina, do której oficjalnie należysz, nawet jeśli to tylko apple music…

A to wszystko jest opisywane tutaj, ponieważ… Ponieważ Becia skończyła wczoraj osiemnaście lat. Beciu, najlepszego! Żebyś była uśmiechnięta, żebyś się wyspała, żebyś miała czas na czytanie i na ćwiczenie, żebyś przetrwała dyplom i żebyś przetrwała ten motor… Motocykl! Nie zabijaj! Słuchajcie, właśnie. Becia dostała motocykl. Robi prawko na motocykl. Cool! I życzę ci, żebyś zaczęła czym prędzej żyć z tego, co kochasz robić. Witaj na pokładzie naszego kraju!
Inna sprawa, dawaj! Jedziemy do Irlandii, będziemy grać! :d A konto youtube czeka…
I podziękowania. Dzięki, że mam co robić. Dzięki, że nauczyłaś mnie, jak ważne jest ćwiczenie na instrumentach. Dzięki, że pokazałaś mi, że nawet ja mogę cośrozumieć z gitary. Dzięki, że miałam sposobność robić z tobą zadanie z opisywania osób na niemieckim i, z braku lepszego pomysłu, przyjąć imiona najsłynniejszych youtubowych przyjaciółek. To do czegoś zobowiązuje. Dziękuję, że mam przyjaciółkę. Tutaj, w moim mieście, w mojej szkole i w ogóle.
A, i jeszcze jedno! Kiedy uczyłam się grać na tych różnych gitarach, nie wiem czemu piosenki o kokosach, Beata powiedziała, że musimy napisać własną piosenkę. Beciu, zadanie wykonane! Może ci nawet dam, jak wrócę. 🙂

Chyba nie wymyślę nic lepszego. Pozdrawiam i piszcie w komentarzach.
Ja – Majka

PS Nie wyprowadzaj się do Stanów, to za daleko! Group hug!

Kategorie
muzyka wspomnienia i dłuższe opisy

po drugiej stronie

Miałam to wrzucić bez wyjaśnień. No bo co tu wyjaśniać? Świat jednak potrzebuje wiedzieć, więc coś powiem.
Ed Sheeran napisał "supermarket flowers" po tym, jak umarła babcia. Napisał tekst z perspektywy swojej mamy i zawarł w nim wszystko, o czym zwykle się nie pamięta. Ja zawsze przy tej piosence płakałam, jak z resztą wszyscy, dziś jednak będę płakać ponownie.
Ostatnio dwie osoby z mojego otoczenia straciły osobę z rodziny. Nawet sobie nie chcę wyobrażać, co muszą czuć, zwłaszcza, że jedna z osób, które odeszły do Pana, była młodsza ode mnie. Znałam ją… pamiętam… To chore, wiecie? Na prawdę, to jest coś ponad moje wyobrażenie.

Będę o Tobie pamiętać i Tobie będę dedykować tę piosenkę. W końcu Sheeran gra to na koncertach… To dla Ciebie.

Bądźcie silni…

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

Nagranie z moją siostrą – wpis głosowy

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

tu jest coś twojego, zabierz to!

Witajcie!

Ten wpis ma specjalną dedykację, a raczej jest pierwszym z serii takich wpisów.
Jestem prawie pewna, że osoba, której ten wpis będzie poświęcony udusi mnie za to gołymi rękami, Ale, czego się nie robi dla przyjaciół?

Otóż, moi drodzy, mam ja przyjaciółkę. Poznałyśmy się wiosną roku pańskiego 2007. Ponieważ obie wtedy uczyłyśmy się pilniej niżteraz i ogólnie byłyśmy milsze, ona pilnie uczyła się różnych rzeczy, a ja pokazałam jej szkołę. Nie pamiętam, czy było to w klasie wstępnej, czy już po wakacjach, w pierwszej, ale kiedyś postanowiłyśmy się zaprzyjaźnić. Dobrze czytacie, w tym wieku dosyć normalne jest poczynienie w tym kierunku pewnych ustaleń. No więc jedna zapytała drugą: a wiesz co, może byłybyśmy przyjaciółkami? Druga zaś się zgodziła. I tak nam dotąd zostało.

Dziewczyna, o której mówię jest osobą bardzo inteligentną. To można o niej powiedzieć od razu, wcale nie trzeba znać jej długo. Następna rzecz, jaką się o niej słyszy, to to, że potrafi być kreatywna, wymyślić dobre rozwiązanie problemu, a kto ją zna lepiej wie, że potrafi mieć też różne ciekawe i nie do końca normalne pomysły na spędzanie czasu wolnego. O ile oczywiście będzie chciała go jakoś spędzać, bo, trzeba również uczciwie przyznać, że czasem trudno jąwyciągnąć z łóżka. Jednak mi się udało, nie zabijaj! Cóż jeszcze można o niej powiedzieć… Na pewno to, że jest osobą bardzo oczytaną i choć wiedza szkolna czasem umyka jej z pamięci, wie takie mnóstwo dziwnych, pięknych, specyficznych i przerażających rzeczy o świecie i ludziach, że na długo jej wystarczy. Nie dajcie się nabrać, kiedy będziecie z nią rozmawiać. Nie jest niemiła. Ona czasami po prostu mówi coś w niekonwencjonalny sposób, szybko i szczerze. Namawiajcie ją jednak do tych rozmów, spacerów i czego tam jeszcze, bo warto!!!

Teraz parę wspomnień. A wspominać jest co, bo to z nią:
Jeździłyśmy na różne szkolne wycieczki, prawie zawsze pozostając w jednym pokoju.
Na jednej z nich zamroziłyśmy sok jabłkowy, aby zrobić sobie lody.
Na innej zaś sprawnie i zgodnie opanowałyśmy powódź.
Gadałyśmy po nocach do czwartej.
Grałyśmy i gramy w kostkę, kiedy tylko nie mamy nic innego do roboty.
Biłyśmy się i zrzucałyśmy z wielkich dmuchanych piłek.
Jeździłyśmy na biwaki z grupą z internatu, a także, z braku pogody, rozbijałyśmy namiot w samym internacie.
Śpiewałyśmy na cały głos "eh mała", gdy tylko przychodziła nam na to ochota.

Wiele osób myśli, że jak ludzie się przyjaźnią, to się we wszystkim zgadzają. A gdzie tam! Nie zgadzamy się w mnóstwie rzeczy. Kłucimy się, tłumaczymy swoje racje po półtorej godziny każda, a potem kończymy, ja doprowadzona do histerii, a ona do wściekłości nad brakiem mojego mózgu. Skoro już przy tym jesteśmy, jednym z charakterystycznych cytatów, jakie od niej pochodzą, mogłoby być powtarzane przynajmniej raz na dwa tygodnie zdanie: Majka, przestań gadać głupoty! Lub: Majka, ogarnij się, co ty gadasz?

Dziwicie się, jak można podtrzymywać przyjaźń z głośnymi kłutniami? Jasne, że można. Bo jeśli z kimś żyje się tak długo, ani się nie chce, ani się nie może przerwać tego przez jakąś kłutnie. Myślę, że raz jedna dla drugiej jest tą starszą lub młodszą siostrą, a innym razem odwrotnie. Co sprawia, że, kiedy pokłucimy się na bardzo życiowy i poważny temat o godzinie 19, wcale nie przeszkadza nam to w rozmawianiu całkiem normalnie o godzinie 22, no bo przecież rozmawiamy na inny temat, to co nas tamto obchodzi?

Poza tym, jednak częściej od kłutni zdarzają się rozmowy normalne, wymiany poglądów lub głupawki, najczęściej występujące w nocy.

Kilka przykładowych dialogów.
– Majaaaa, przynieś czekoladę z lodówki! –
– A gdzie ona jest? –
– O rany, na dolnej półce! –
– Ale którą… jedna tam jest? –
– Dolna półka, taaak. –

Dialog drugi, tu wyjaśnienie. Jesteśmy na wycieczce, mamy zamiar powoli udawać się na spoczynek, a moja przyjaciółka, kładąc się na łóżku, odkrywa fakt, że opieram się o nie głową. Po krótkim milczeniu, bardzo spokojnie uwaga została mi zwrócona.
– Maja, tu jest coś twojego, zabierz to. –

Pomijam już niezliczone debaty o książkach i dziwnych z nimi skojarzeniach, przekonywanie mnie w czwartej klasie w dość mocnych słowach, że "chłopcy z placu broni" na szacunek zasługują, moje gadanie z opcym akcentem, jej gadanie o tym, że nie mam żadnych praw do własnego plecaka, a także nasza debata z wychowawczynią o różnych rzeczach rodem z przedszkola, których na głos nie wspomnę, bo mi jeszcze życie miłe.

Dzisiaj ta niezwykła osoba kończy osiemnaście lat.
Klaudi, wszystkiego najlepszego. Żeby ci się powodziło, żebyś była zdrowa i nie chorowała, tak jak ja mam w zwyczaju, w najbardziej nieodpowiednim momencie. Żebyś zdała egzaminy zawodowe śpiewająco i żebyś nadal ze mną śpiewała na cały głos. Żebyś nie wątpiła w swoje możliwości i żebyś nie pozwoliła wątpić w nie innym. Żeby cię ludzie słuchali i żeby mówili tak ciekawie, abyś i ty słuchała ich. Żebyś miała mnóstwo ciekawych książek do czytania i mnóstwo cierpliwości do streszczania ich przez telefon. :d

Podziękowania: dzięki, że zawsze mam komu powiedzieć nawet najgłupszą rozkminę świata. Dzięki, że, mimo swojego podejścia do tego typu spraw, powiedziałaś mi choć trochę o swoim świecie wewnętrznym. Dzięki za te czarne godziny, w których musiałaś mnie uspokajać, żebym nie była chora. Dzięki za te godziny, kiedy to ja mogłam za tobą polatać i pozbijać ci gorączkę. Za to, że omawiasz ze mną moje fazy i za to, że, w razie potrzeby, też mówisz o wszystkich momentach, w którym cię kopie prąd podczas gry. No i na koniec, tak dla pewności, dziękuję ci za to, że zamiast się obrazić, że publicznie mówię tyle ciepłych słów w tym wpisie, uśmiechniesz się i zrobi ci się miło. Doceń, nie dręczę cię o głosowy wpis, wiem, że nie lubisz, nie musisz, nawet nicku tu twojego nie podałam, ale daj mi się wyrazić tak, jak potrafię, bo nie mam dla ciebie mixu.
Trzeba wam wiedzieć, że gdy Klaudia się na mnie denerwuję, to ja tak długo mówię do niej różne głupoty, aż wreszcie nie wytrzyma i się roześmieje. Dlatego teraz wszyscy w komentarzu piszemy: Klaudi, uśmiech! Może mi ten wpis kiedyś wybaczy. Witamy w świecie głosujących, obywatelu!

Pozdrawiam jubilatkę ja – Majka

PS WPisy nie mogą być głupie, mogą być umownie głupie. Pamiętaj, jesteś elementem konstrukcyjnym.

Kategorie
wspomnienia i dłuższe opisy

efekt dnia otwartego, czyli wpis o mojej szkole

Siemanko! Oto ja i nowa porcja informacji. A raczej wpis planowany już dosyć dawno, choć mgliście. Kolega Dawid zaproponował kiedyś, żebym napisała kiedyś o szkole w Laskach; nie dziś, Dawidzie, nie dziś. Ale, zważywszy na to, że w zeszłym tygodniu był i dzień otwarty w naszej szkole, i nieco wcześniej dzień wagarowicza, postanowiłam coś napisać o szkole, do której chodzę obecnie. O liceum ogólnokształcącym imienia Stefana Żeromskiego. Zwane również czerwoniakiem. Było w czerwonym budynku, teraz szkoła się przeniosła, a nazwa została. No i dobrze, my tam Czerwoniak lubimy. Co przypomina mi pierwszą zabawną anegdotę. Kiedyś, razem z Gosią, robiłyśmy projekt na podstawy przedsiębiorczości, zakładający między innymi zadanie paru pytań sprzedawcom w różnych sklepach. No więc Gosia grzecznie, po raz kolejny z rzędu mówi wyuczoną formułkę: dzień dobry, ja się nazywam tak i tak, jestem z Czerwoniaka i robię projekt o tym i tym, czy mogę zadać kilka pytań? Na co jedna pani, z niepewnością i lekkim przerażeniem: z czego? No tak, nie każdy musi znać nazwę, ale brzmiało to trochę tak, jakby owa pani posądziła moją koleżankę o współpracę z jakąś, conajmniej lokalną, mafią.

OK, przejdę do opisu naszej szkoły, a raczej życia w niej. Najpierw informacje o przykładowym spędzaniu przerw.

Uwielbiam słuchać, jak ktoś sobie sam przemawia do rozsądku.
– Dasz radę, musisz dać radę! To nie jest takie trudne. – mówiła Beata do ekranu. – Na prawdę, nie jest trudne. To tylko głupia gra. Jesteś od niej mądrzejsza. – Psychologowie wyraźnie mówią, że trzeba być miłym dla samego siebie. Z resztą, kto nie lubi z kimś inteligentnym porozmawiać. A propos inteligentnych rzeczy, ostatnio wszyscy są na etapie czytania dziadów. Znaczy… bardziej przypominania sobie różnych szczegółów lektury. Stanowczo nie mogę się doczekać "pana Tadeusza", chyba już wolę. Kiedy ostatnio zapytałam "gdzie jesteś w dziadach", otrzymałam odpowiedź "jak na razie, to na okładce". Oczywiście ten piękny przykład czytelnictwa wystąpił w innej klasie, bo nam się czas omawiania nie pokrył.
Innym sposobem spędzania przerw jest zastępowanie radiowęzła i puki to jest muzyka z głośnika bluetooth, to jeszcze spoko. Inna sprawa, żę ostatnio dwóch kolegów, obawiam się, że z mojej klasy, opierało się o parapet i zajmowało się synchronicznym wygwizdywaniem różnych popularnych melodii. Można? Można!
Co jeszcze się robi na przerwach? A, prawda, na przerwach się je! Informacja sprawdzona, w sklepiku mamy bardzo dobre kanapki. Jak tak dalej pójdzie, będę mogła podejść do okienka i powiedzieć: poproszę to, co zwykle. To co zwykle, to jest mała lub duża kanapka z gyrosem, jak nie ma, to pizzerka, do tego woda, niegazowana, no i czasami dodatkowo chusteczki, bo zapomnę, albo zgubię w torbie. Serio, udało mi się już mieć 3 paczki w jednej torbie, bo miałam taki bajzel, że nie mogłam znaleźć tych poprzednich. No nic, może przejdźmy dalej.

Na matmie zadania tekstowe (nie takie łatwe, na jakie wyglądają), a na fizyce chydraulika. Znaczy… hydrostatyka, hydrodynamika, ogólnie woda. Powoduje to ciekawą reakcję ucznów, mianowicie, kiedy ktoś pyta, kto umiał zrobić fizykę, najczęściej druga osoba zaczyna się bardzo śmiać. To może być jakiś objaw histerii, myślę.
Nie wiem, czy to ma odzwierciedlać nasze tematy i nastroje, ale w środę rano – dzień wagarowicza, zaistniało zjawisko interesujące, mianowicie
świeciło słońce, niebo było błękitne… i padał śnieg. Na chwilę zjawiła się chmura, ale nawet nie zdążyłam się porządnie zmartwić, bo zaraz sobie poszła. Z resztą razem z Gosią stwierdziłyśmy, że w sumie jest granatowa, to nam pasuje do wystroju.

O właśnie, jak jesteśmy przy szkole, to zapytam. Jak was w szkole uczą języków? Dobrze? Niedobrze? Co dają? Bo jedna rozmowa zmusiła mnie do refleksji nad tym, jak to się może różnić. Jedna moja nauczycielka stawiała na słownictwo, robiła kartkówki z czasowników nieregularnych prawie na każdej lekcji i odpytywała ze słów i zwrotów. Inna robi z nami wszystkie ćwiczenia, jakie są w podręczniku, rzadko wychodząc ponad, ale za to bardzo pilnując gramatyki. Nauczyciel, który uczył mnie rok w szkole, a teraz na dodatkowych, prawie na każdej lekcji zadaje nam pytania, żebyśmy ćwiczyli mówienie, a oprócz ćwiczeń z podręcznika, robi z nami słuchanki z poza i wyświetla filmy. Moja przyjaciółka uczy się rozszerzonego angielskiego u pani, która daje im wielkie zbiory słówek i przykładowych zdań. Napełniła jego umysł okrucieństwem i niegodziwością. To było jedno z tych zdań.
Wszystkie te metody mogą być zrozumiałe i każda w jakimś sensie prawidłowa. Znałam jednak również nauczyciela, który sam wiele słów mylił i nie znał, a także prawie niczego nie uczył, w szkole moich znajomych jest sobie pani, która drugiej klasie liceum tłumaczy słówka takie jak "go", "see", "sport" itd. Spotkałam się też z tym, że jedna pani w liceum dawała swoim uczniom speakingi do napisania. Znaczy OK, napiszcie sobie, notatki zróbcie. Ale to się jednak chyba powi`no mówić, nie czytać. Chociaż, sama doświadczyłam podobnego postępowania, kiedy ktoś się zdziwił, że podałam argumenty inne, niż w podręczniku, na szczęście tylko raz tak miałam.
Na koniec cytat z lekcji angielskiego: to nie jest takie impossible!

Dobra, zostawmy te języki… albo nie, zaraz. Najpierw streszczam, do wyboru mamy trzy. Oczywiście te drugie, oprócz angielskiego. Można się uczyć niemieckiego (to ja), francuskiego lub rosyjskiego. Tu ciekawostka, języka z Francji nasi uczniowie uczą się w sali 101, w której, z uwagi na obecność pianina i podwyższenia, odbywają się też wszelkie szkolne wydarzenia kulturalne. No i teraz można patrzeć na dwa sposoby. Członkowie zespołu muzycznego powiedzą, że w sali widowiskowej jest francuski, z kolei pani od francuskiego powie, że ma na wyposarzeniu sali pianino. 🙂 I co zrobisz, nic nie zrobisz. 😉

Ostatnim językiem, jakiego się pilnie uczymy, jest, rzecz jasna, język polski. Okolicznościowy cytat brzmi: proces myślenia działa! O naszych lekcjach polskiego możnaby napisać książkę i akurat z tą opinią zgodziłoby się całe moje liceum. Nie będę się rozpisywać, powiem tylko, że na naszych lekcjach odbywają się rzeczy niezwykłę, dyskusje wychodzą poza ramy czasowe i umysłowe, lektury sąrozpatrywane na wszelkie sposoby, a ocen i znaczków pojawia się niesamowita wręcz ilość, w różnych rangach i kategoriach. Ostatnio plusów było tyle, że uznaliśmy, że musiała być kumulacja. Pozdrawiamy panią profesor i stwierdzamy z wszelką pewnością, że na lekcjach polskiego, czy jest dobrze, czy źle, na pewno nudzić się nie można, a wręcz nie wolno! 🙂
Pamiętajcie! "Jedyną rzeczą jakiej powinniśmy się bać jest sam strach."

Cóż my tam jeszcze mamy za przedmioty… Pozwólcie, że o matematyce i fizyce nie będę wam tutaj opowiadać, bo opowiadam wam o tym na codzień, zapraszam do moich wpisów z cyklu "paradoksy matfizowe".

Mówiłam pewnie teżkiedyś o ekonomii w praktyce. Nazwa zasłużona, ponieważ na tym przedmiocie zbieramy się w grupy i tworzymy tzw. mini przedsiębiorstwa, które na prawdę działają! Np. jedno z mini przedsiębiorst w naszej klasie trzy razy w tygodniu wystawia na dole stoisko i sprzedaje skarpetki. Różne wzory, rodzaje i rozmiary. Inne przesiębiorstwo natomiast, również w wybrane dni, zabiera się do pracy i sprzedaje głodnym uczniom przygotowane przez siebie tosty. Niektóre moje koleżanki sprzedają bransoletki i kosmetyki w swojej małej firmie. Ogólnie bardzo fajny pomysł z tym projektem.

Przejdźmy dalej, co jeszcze mamy? Mamy na przykład wf, tutaj ciekawostka. Wiadomo, że oprócz ćwiczeń w parach, na basenie, na siłowni czy wyjść na lodowisko, na wfie często się w coś gra. W koszykówkę, siatkówkę, ręczną, nożną, tenis… jednym słowem różne gry, które są dla mnie absolutnie niedostępne w obecnym stanie. Trzeba by zapalić światło, no nie ważne. W każdym razie parę osób może zainteresować to, że, rzadko bo rzadko, ale zdarzało nam się zagrać z dziewczynami w goalball. Goalball – piłka bramkowa, gra zespołowa dla niewidomych, ktoś kojarzy? Odpowiadając na pytanie większości widzących: zasady to dłuższa opowieść, w skrócie mówiąc: po 3 osoby po dwóch stronach boiska, mamy dźwiękową piłkę i wbijamy bramki. Jest to najgłupszy opis goalballa w historii, więc zapraszam do internetu, bo tam jest mnóstwo informacji.
https://www.start.wroclaw.pl/co_to_jest_goalball2

Uprzedzając pytanie większości niewidomych, tak, mamy piłkę! Kupiła szkoła i mamy! 🙂 Do nożnej też mamy dźwiękową, ale nie miałyśmy okazji zagrać, nie bardzo jest gdzie. Jeszcze jakbym wygrała 6 tysięcy na showdown, to już w ogóle by był raj na ziemi.

Ostatnim przedmiotem, jaki sobie aktualnie przypominam jest historia i społeczeństwo, tak zwany his. Nasza pani profesor od hisu, a wcześniej od wosu ma do nas iście anielską cierpliwość i twierdzi, że wos z naszą klasą jest bardzo ciekawym doświadczeniem. Podobno prawnicy jeszcze nie wymyślili takich przypadków, o jakie nasza klasa pytała na wosie. W końcu matfiz, no nie? :d Na hisie jest mniej więcej podobnie. Lekcję można podsumować cytatem z godziny gdzieś przed jakąś dłuższą przerwą świąteczną, a brzmiał on tak: "Proszę państwa, jak widzę jest was trzynaście osób, to pięćdziesiąt procent. Gdybyśmy byli w sejmie, obrady by się odbyły!".

No i na koniec, cóż w naszej szkole jest poza tym, co wymieniłam? Mnóstwo rzeczy! Po pierwsze, jest sześć klas, od a do f i każda ma określone rozszerzenia. Po drugie jest prężnie działający samorząd szkolny z mnóstwem różnych sekcji. Mamy szkolną grupę teatralną o interesującej nazwie "szafa na rozdrożu". Mamy też zespół muzyczny działający pod nazwą The Reds, do którego sama należę. Dwoma okazjami podczas których zespół wystąpi na pewno, są święta Bożego Narodzenia, a także specjalny koncert na zakończenie szkoły maturzystów pod koniec kwietnia. Ostatnio doszła jeszcze jedna okazja, mianowicie zagraliśmy dla gimnazjalistów, którzy przyszli na dzień otwarty.
Mamy drużyny sportowe, zdobywające medale na międzyszkolnych zawodach. Mamy laureatów konkursów matematycznych, recytatorskich, olimpiad filozoficznych oraz konkursów wiedzy o Biblii, to bardziej religijnie. Uczniowie biorą też udział w wielu innych konkursach, o których niestety mało wiem, ponieważ dotyczą innych przedmiotów. O, jeszcze olimpiada z angielskiego, rany boskie… ja angielski lubię, ale utrafić w Ten klucz… Wolę maturę, serio.
W szkole odbywają się różne okolicznościowe eventy, w listopadzie dzień patrona szkoły, w grudniu ten koncert bożonarodzeniowy, w lutym zarząd SU urządził walentynki, a przez ostatni tydzień dni frankofonii, co oznaczało mnóstwo języka francuskiego i prezentacji z nim związanych. Już nie wspominając o np. wieczorkach filmowych czy wyjściach na kręgle w ramach integracji, też organizowanych przez samorząd. Jeszcze mi się nie udało być, bo zawsze coś wypadało, ale mam nadzieję, że to się zmieni.

Podsumowując, nie jest źle! Jak widać, lubimy, jak się coś dzieje!
Pozdrawiam moich współklaśców, nietylko tych regularnych, ale też językowych. Ucz się, ucz… bo będziesz miałrobotę w wakacje.

Pozdrawiam ja – Majka

EltenLink